Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XVI

„Diabli i kruki”

Jechali dwa dni przez porośnięte zielenią pagórki. Po długiej wędrówce ich oczom ukazało się pasmo kolorowych wzgórz o różnym rozmiarze. Zachodzące słońce nadawało im blasku i różnorakich kolorów. Stoki zalane były barwami: od fioletów i różów przez pomarańcze, czerwień i żółć aż do królującego nad innymi ogromnego masywu w kolorze królewskich dukatów- Złotego Wzgórza.

- Myślisz, że będziemy musieli wspiąć się na jego szczyt? – zagadnęła Liliana Terry’ego.

- Hm… – zamyślił się Terry – Pewnie tak.

Richard wydał z siebie jęk. Humoru raczej nie poprawiło mu też to, że niebo zaszło chmurami i lunął rzęsisty deszcz. Schronili się pod jednym z dużych drzew, mając nadzieję, że przeczekają pod nim ulewę, jednak chwilę po tym niebo przecięła błyskawica i w powietrzu dał się słyszeć przerażający grzmot. Wiedząc, że chowanie się pod drzewem podczas burzy jest dość ryzykowne Terry i jego przyjaciele ruszyli przed siebie. Ubrani w długie, szare płaszcze przemierzali pagórki na grzbietach koni, którym najwyraźniej deszcz nie przeszkadzał tak bardzo jak ich jeźdźcom była Huba. Podczas, gdy Terry starał się zmoknąć jak najmniej ona biegała dookoła nich, kłapiąc pyszczkiem i próbując połknąć krople deszczu. Zniechęciła się dopiero, gdy zaczął padać grad.

- Musimy znaleźć jakieś schronienie – jęknęła Liliana, ocierając wodę, cieknącą jej z włosów.

Jechali jeszcze kawałek, co chwilę oglądając się za biegnącą za nimi Hubą, aż ich oczom ukazały się ogromne ruiny zamczyska.

- Może schronimy się na dziedzincu? – zaproponowała Liliana – Nie musimy wchodzić do środka, bo nie wiadomo, co w tych ruinach może się znajdować, ale schrońmy się chociaż przed deszczem.

Richard i Terry przystali chętnie na tą propozycję, prędko kierując konie w kierunku ruin zamku. Mniejszy entuzjazm wykazała Huba, bo jej wielkie czarne ślepka czujnie rozejrzały się wokół i już jej nie było. Dała susa gdzieś między drzewa, znikając im z oczu. Terry nie zaniepokoił się tym zbytnio. Już wcześniej zdarzał się, że psina znikała na chwilę, aby zaraz się pojawić. Liliana, Richard i Terry usiedli na dziedzincu, gdzie deszcz i grad nie dosięgały ich. Siedzieli tak przez chwilę, drżąc z zimna. Terry rozejrzał się dookoła. Ruiny zamku musiały być naprawdę stare, bo w niczym nie przypominały pałaców i zamków, które dotychczas wojownik widział. Wyglądały raczej jak budowle, które Terry oglądał w książkach. Patrząc na ruiny można było przypuszczać, że niegdyś były niezwykle użyteczną twierdzą o kilku wieżach, basztach, murach obronnych. Teraz pozostał z nich jedynie kawałek znajdującej się w prawym, wschodnim skrzydle wieży, mury, ogromne, mosiężne drzwi i część dziedzinca. Terry nie wiedział jak jest w środku. Naraz jednak z drugiego końca ruin dał się słyszeć hałas. Mosiężne drzwi otworzyły się z łomotem. Wybiegła z nich grupa mężczyzn. Na ich przedzie stał tęgi mężczyzna o pokaźnym brzuchu, ubrany w długi, purpurowy płaszcz. W ręku trzymał berło zakończone srebrnym kryształem. Jego włosy i broda były przypruszone siwizną. Poruszał się w sposób dostojny. Dobył miecza i skierował go w kierunku Terry’ego. W jego ślady poszedł około tuzin ubranych w żołnierskie stroje mężczyzn. Stali za nim i czekali na jego rozkaz. Miecze wycelowali w ich trójkę. Mężczyźni byli w różnym wieku. Najmłodsi chłopcy mogli mieć tyle lat co Terry, starsi zaś mieli od dwudziestu do około sześćdziesięciu lat. Terry zdumiał się, bo uświadomił sobie, że Liliana jest jedyną dziewczyną na dziedzincu. W grupie stojących na przeciw byli tylko mężczyźni.

- Kim jesteście? – zawołał tęgi mężczyzna – Przyszliście od kruków? Przyznajcie się! Szpiegujecie dla nich?! Ty na pewno! – wskazał na Lilianę – Szpiedzy!

- Nie jesteśmy szpiegami! – wtrącił się Richard – I nie bardzo wiemy, co chce pan powiedzieć.

- To nie jest właściwy sposób zwracania się do przywódcy Diablów! – zakrzyknął bojowym tonem – Nie dam się nabrać waszym sztuczkom. Dobrze wiem, że to pewnie oni was tu przysłali. Byłbym skłonny uwierzyć, że wasza dwójka – wskazał Terry’ego i Richarda- nie służy krukom, ale ty! – ryknął, patrząc na Lilianę – Nie uwierzę!

Księżniczka, która dotychczas spokojnie stała z twarzą zasłoniętą kapturem podeszła do starca.

- Ty jesteś Dalton Reynolds – powiedziała pewnie – Prawda?

Terry’emu nazwisko wydało się dziwnie znajome.

- OCHO! – zakrzyknął mężczyzna – Więc przyznajesz się, że jesteś szpiegiem?!

- Nie – warknęła Liliana – Ale mój ojciec mi o tobie opowiadał.

Zrzuciła kaptur z głowy, pokazując mu swoją twarz. Oblicze starca drgnęło.

- Liliana? – zdumiał się – Liliana Avila? To znaczy… jej wysokość… księżniczka… – mieszał się.

- Tak, to ja – przytaknęła – A teraz może opuścicie broń, co? – spytała groźne.

- Tak jest… to znaczy – plątał się mężczyzna – Wykonać rozkaz!

- Liliano – zaczepił ją Terry – Co tu się właściwie dzieje?

- Skąd znasz tego świra? – zainteresował się Richard.

Zamiast księżniczki odezwał się starzec.

- Powiem wam, młodzi ludzie, co tu się dzieje – zawołał radośnie – Otóż szlachetni bogowie zesłali mi w darze córkę mego przyjaciela z dawnych lat. Tą samą, przy której chrzcie, ja Dalton Reynolds, byłem obecny! Wciąż pamiętam jak wzruszony był wtedy Argus, tak… Niestety kilka dni później zmuszony byłem opuścić zamek w celu kolejnej podróży, Liliano, nic się nie zmieniłaś.

I wtedy Terry’emu przypomniało się skąd zna imię i nazwisko tego człowieka. Gdy poszukiwał rozpaczliwie informacji o Johanessie Burke, znalazł wzmiankę o największych podróżnikach Armeni, a wśród nich był również Dalton Reynolds.

Tymczasem mężczyzna ułożył stos gałązek zerwanych z pobliskiego drzewa i podpalił go. Upadł na kolana przed płonącym drewnem i zaczął wykrzykiwać.

- Dzięki wam bogowie! Dzięki wam!

A potem razem z towarzyszami zaczął śpiewać pieśń, której słów Terry nie mógł rozróżnić.

- Oni są mocno pokręceni – szepnął do niego Richard.

. . .

Następnego dnia Terry, Liliana i Richard zgromadzili się w wielkiej sali, mając nadzieję, że zjedzą dobre śniadanie i ruszą w dalszą podróż. Srogo się jednak zawiedli, bo choć w sali stał bogato zastawiony stół, to Dalton i jego towarzysze nie pozwolili im tak od razu zasiąść do posiłku.

Kiedy wszyscy zgromadzili się dookoła stołu Dalton przywdział białe, aksamitne rękawiczki i ujął w dłonie półmisek z chlebem. Następnie wymamrotał coś pod nosem, a wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu mężczyźni zaintonowali pieśń, z której Terry nic nie rozumiał. Następnie Dalton odezwał się.

- A teraz najważniejsza część naszych obrzędów – rzekł poważnie – Ofiara dla naszych bóstw. Proszę o absolutną ciszę, bo tych, którzy się odezwą lub zrobią coś co zakłóci święte obrzędy mamy w zwyczaju również składać w ofierze.

Na twarzach towarzyszy Daltona malował się spokój i opanowanie jakby już nie raz grożono im w ten sposób. Dalton wziął jeden z chlebków, ułożył na stosie z gałązek i tak samo jak poprzedniego dnia, podpalił.

I wtedy wiele rzeczy potoczyło się błyskawicznie. Do sali wpadła umorusana błotem Huba. Terry poczuł nieopisaną ulgę na jej widok, bo już dawno jej nie widział i niepokoił się, że być może gdzieś się zagubiła. Teraz jednak ulgę zdławiło przerażenie, gdy Terry uświadomił sobie, co Huba chce zrobić.

Suka rzuciła się w kierunku płonącego chleba i wyłowiła go pyskiem z płomieni. Z wyraźną błogością zjadła zwęglone pieczywo. Następnie ruszyła w kierunku Daltona, który z przerażeniem odpędzał ją białą rękawiczką. Złapała ją zębami i rozerwała na kilka małych kawałeczków. Terry bał się odezwaźć, pamiętając o ostrzeżeniu Daltona, więc stał jak skamieniały. Tymczasem Dalton, przewrócony przez Hubę pozbierał się z podłogi i z furią w oczach rzucił się z nożem na stojącego najbliżej Richarda. Zanim zdążyło dojść do rękoczynów powietrze przeciął grad strzał. W sali pojawiło się kilkanaście dziewczyn z bronią w rękach.

- Kruki! – rozległo się wycie Daltona i walka rozpoczęła się na dobre.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XV

„Huba i bagna”

Jechali galopem nie zatrzymując się i nie oglądając za siebie. Pęd powietrza targał Terry’emu włosy. Wojownikowi zrobiło się niedobrze. Nie wiedział, czy to z szybkości, czy z poczucia winy. Zostawili ją, porzucili Jenny. Poczuł piasek pod powiekami.

- Jak mogliśmy? – pomyślał z rozpaczą.

Galopowali jednak dalej. Ani Liliana, ani Richard nie odzywali się. Być może oni też mieli podobne myśli. Zwolnili znacznie, gdy pałac Jennifer został daleko za nimi.

- Nie powinniśmy zwalniać – Liliana przerwała ciszę – Christhoper może być tuż za nami.

Na jej twarzy malowały się upór i determinacja. Terry nie wiedział co powiedział jej Christhoper, ale uznał, że to nie jest najlepszy moment na to. Przejechali przez las, wyjeżdżając na otwartą przestrzeń. Jechali przez kilka godzin bez przerwy. Zatrzymali się w zielonej dolince, aby napoić konie, a potem ruszyli dalej. Ich trójka, tak jak było na początku.

Jechali ścieżkami, które otoczone były drewnianymi tabliczkami, na których znajdowały się pobladłe napisy. Część jednak wciąż dało się odczytać.

Śmierć przybyszom! Wjeżdżasz na własne ryzyko! Zatrzymaj się póki możesz!

- Wjeżdżasz w gno? – odczytał z jednej zdziwiony Richard.

- Nie – jęknęła Liliana po czym krzyknęła – Uwaga! Wjechaliśmy w bagno!

Ona i Richard stali w miejscu, bo ich konie ugrzęzły. Terry ze zdumieniem zauważył, że jego koń chce iść na przód i już robi kolejny krok. Prędko go zatrzymał. Liliana krzyczała, a Richard szamotał się przeraźliwie.

Terry pilnował, aby koń nie ruszał się z miejsca. Jednocześnie wspiał sięna najwyższy punkt na jego grzbiecie i spróbował dosięgnąć ręką gałąź stojącego najbliżej drzewa.

- Nie ruszaj się – syknął do swojego konia i prosząc, aby ten wysłuchał polecenia uniósł się i przyklęknął na grzbiecie wierzchowca.

Usiadł z powrotem i machnął ręką w kierunku Liliany, która złapała konar i pociągnęła go mocno, wyciągając siebie i swojego mustanga z bagna. Trudniejsza sprawa była z Richardem. Jego koń ugrzązł bardzo głęboko. Wreszcie z pomocą księżniczki Terry’emu udało się pomóc Richardowi.

- Jedźmy dalej – zarządził Fioletowy Wojownik – Nie wytrzymam ani minuty dłużej w bagnie.

- Ty się nawet nie ubłociłeś – zauważyła Liliana – Tylko twój koń.

Zeskoczyła ze swojego wierzchowca i wyciągnęła z plecaka kawałek szmatki. Podeszła do koni i wytarła im kopyta, gdy już znaleźli się poza bagnem. Terry skierował wzrok na nią. Ich spojrzenia się spotkały. Znowu Terry przyłapał się na tym, że mimowolnie na nią patrzy. Kiedy Liliana wskoczyła na konia ruszyli ponownie. Jechali przez leśne ścieżki do wieczora. Gdy już zrobiło się bardzo ciemno, a na niebo wypełzły pierwsze gwiazdy zatrzymali się. Nie rozkładali namiotów. Usiadli po prostu na ziemi, a Richard rozpalił małe ognisko. Żar oraz ciepło bijące od ognia były uspokajające. Terry wpatrywał się w wesoło tańczące płomyki. Myślał o rodzicach, przyjaciołach, którzy zostali w pałacu, o Jenny, o niej w szczególności. Jego rozmyślania przerwał głos Richarda.

- Liliano, co powiedział ci Christhoper?

Terry usiadł prosto zainteresowany tym co odpowie księżniczka. Liliana wzięła oddech i odparła, cały czas patrząc z zamyśleniem w ogień.

- Chciał, żebym was zostawiła. Twierdził, że jeśli pójdę z nimi Król Ciemności daruje mi życie.

W powietrzu nie było słychać niczego prócz trzaskania iskierek z ogniska. Terry gwałtownie zaczerpnął powietrza. Richard też miał nieswoją minę.

- Więc czemu wciąż tu jesteś? – spytał w końcu Fioletowy Wojownik – Czemu z nim nie odeszłaś? Przecież wiemy, że ci się podoba.

Liliana spojrzała na niego jak na wariata, a Terry poczuł ukłucie złości.

- Jesteśmy drużyną, pamiętasz? – przypomniała mu Liliana – I nie, nie podobają mi się ludzie, dla których śmierć jest zabawą.

- Dobra, dobra – Richard mrugnął do niej, ale natychmiast spoważniał – Po prostu myślałem, że po tym jak się pokłóciliśmy nie będzie tak jak dawniej…

- Oszalałeś? – Liliana uśmiechnęła się – Dawniej też się kłóciliśmy.

Richard roześmiał się. Dobrze było ich widzieć, kiedy nie skakali sobie do oczu. Terry przyglądał im sięz radością do póki nie zobaczył jak się ściskają i zderzają głowami ze śmiechem. Poczuł ukłucie zazdrości, ale natychmiast o nim zapomniał, bo Liliana powiedziała:

- Pewnie martwisz się o Jenny – zwróciła się do Richarda, klepiąc go po ramieniu – My też – zapewniła go.

W brązowych oczach Fioletowego Wojownika pojawił się niepokój.

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że tam została. Nie po tym jak wredna była dla niej matka – westchnął.

- Jej matka nie żyje – wtrącił Terry – A ona została tam, aby pomóc nie jej, lecz siostrom. I choć uważała, że ich dworskie życie i ploteczki są głupie, to chyba je kochała, skoro została. Tak mi mówiła – dodał, widząc pytające spojrzenie księżniczki.

- Ciekawa jestem tylko, kogo przyśle, żeby dać nam znak, że przeżyła – zastanowił się Richard.

- Jeśli przyśle – zaznaczyła złowrogo Liliana.

- Znowu zaczynasz?!

- Tak – Liliana trąciła go w ramię, nie przestając się uśmiechać – Przyśle na pewno.

- Ja trzymam wartę pierwszy – powiedział Richard uspokojony słowami księżniczki.

Terry położył się spać na ziemi, przykrywając się kurtką. Chłód owiał go, więc przysunął się bliżej ognia. Kiedy zasnął przyśnił mu się koszmar.

Christhoper, Morena i Lord Brander przedzierali się przez jedną z leśnych ścieżek. Jechali konno. Morena zbliżyła się do jadącego daleko na przodzie Christhopera.

- Dalej się gniewasz, co? – powiedziała, odrzucając do tyłu długie, czarne włosy – To bardzo dobrze, gniew pomaga osiągać wielkie rzeczy.Ale nieuzasadniony… Mogę chociaż wiedzieć o co?

- Dobrze wiesz o co – odburknął Christhoper – Dlaczego zabiłaś tą elfkę? Obiecaliśmy jej negocjacje pokojowe, a ty poprostu ją zastrzeliłaś.

- Ciesz się, że tylko zastrzeliłam. Mogłam zrobić dużo gorsze rzeczy. I zaoszczędziłam nam kłopotów w wypłacaniu jej pieniędzy – odparowała.

- Ale Terry Moon znów nam uciekł – zauważył Christhoper – A ty postąpiłaś jak zwykły morderca… jak… jak… Król Ciemności.

- To dla mnie pochlebstwo – odparła chłodno Morena – A i ty mógłbyś być czasem bardziej jak on.

Christhoper potrząsnął głową, a jego blond włosy rozburzyły się na wszystkie strony.

- TERRY! TERRY! – ktoś nim potrząsał.

Terry otworzył oczy. Richard próbował go obudzić.

- Co? Co? – wymamrotał na wpół przytomny.

- Zobacz! – krzyknął Richard, potrząsając nim.

Na polanie obok wielkiego, zarośniętego hubą drzewa stał dosyć duży pies. Był czarny w białe łaty, a jego duże brązowe oczy patrzyły mądrze na Terry’ego. Powąchał czubkiem nosa hubę na drzewie i kichnął. Terry podszedł bliżej niego. Kiedy się zbliżył pies zaczął merdać ogonem. Terry zauważył, że na szyi ma czerwoną obrożę z dużą, okrągłą, srebrną zawieszką. Z zawieszki wystawał kawałek pergaminu. Terry podszedł do psa i ściągnął jej obrożę. Z początku zaszczekała dwa razy, ale potem zaczęła merdać puszystym ogonem. Terry rozpiął zawieszkę i wydobył z niej pergamin.

Terry! Richardzie! Liliano!

Bitwa skończyła się pomyślnie. Wygoniłyśmy gobliny z naszego terytorium. Po ich klęsce Christhoperowi, Morenie i Lordowi Branderowi udało się uciec. U mnie w porządku. Matka nie żyje, a Honorata przygotowuje się do objęcia władzy. Rozważałam udanie się za wami w podróż, ale uznałam, że tu będę bardziej potrzebna. Razem z siostrami przygotowujemy armię elfów i innych, aby kiedy Król Ciemności rozpocznie wojnę móc się bronić. Jak pewnie pamiętacie to miało być moje zadanie po wyprawie do Nawiedzonego Lasu. Zrealizuję je dopiero teraz. Mam nadzieję, że u was wszystko dobrze i że list do was dotarł, dzięki najszybszej z elfickich psów.

Jenny

Ps. Weźcie suczkę ze sobą.

Terry prześledził wzrokiem list jeszcze raz, a potem spojrzał na suczkę radośnie ocierającą się o pień drzewa porośniętego hubą.

- Huba – nazwał ją.

I tak o to pozyskał nowego członka wyprawy i wierną przyjaciółkę, Hubę.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XIV

„Ucieczka z lochów”

Elfy strażnicy sprowadzili ich do znajdujących się w podziemiach pałacu lochów. Wepchali ich do zimnej, brudnej, oślizgłej celi. Wrzucili ich tam, trzaskając kratami więziennymi. Na straży stanęło dwóch elfów.

- Za jakiś czas zostaniecie wydani w ręce goblinów – poinformował ich jeden z nich.

- Królowa Jennifer najpierw chce się targować z goblinami. O to, ile za was dadzą.

Richard jęknął i przeklnął pod nosem. Drugi z elfów wsunął do ich celi miskę z wodą i naczynie z oślizgłą breją, która bardzo przypominała Terry’emu specjały zielarki Rose.

- Mówię wam zjedzcie – poradził elf – To może być wasz ostatni posiłek w życiu. Te gobliny nie wyglądają na łagodne.

- Wolę zginąć z pustym żołądkiem – warknął Richard.

Czekali w celi znudzeni. Mimo, że mieli broń nie było sposobu na wydostanie się z celi bez kluczy, a te z kolei posiadali jedynie strażnicy. Około godzinę później do celi zeszła Honorata, siostra Jenny, która przekazała im wiadomość od matki.

- Liliana Avila? – spytała cicho – Jesteś proszona do Sali tronowej. Właśnie trwają negocjacje i ktoś zażyczył sobie twojej obecności.

- Kto? – zapytała księżniczka, przeczuwając, że zna odpowiedź.

- Przedstawił się jako Christhoper – odparła – Sojusznik goblinów, kto by pomyślał. Ładny chłopak… Chodźmy. Zostaw broń w celi.

- Nigdzie nie pójdzie – Terry spojrzał twardo na Honoratę – Nie bez nas.

- Daj spokój, Terry – Liliana łagodnie go odepchnęła i zostawiła łuk oraz sztylet w celi – Dam sobie radę. Chcę usłyszeć co Christhoper ma mi do powiedzenia.

Terry zawahał się.

- Nie chcę, żeby znowu cię skrzywdził – powiedział, biorąc ją za rękę.

- Nie skrzywdzi – Liliana uśmiechnęła się – Zaraz wracam.

Księżniczka wyszła z celi prowadzona przez Honoratę. Kraty za nią zamknęły się. Terry odprowadził ją wzrokiem, czując niczym nieuzasadnione uczucie niepokoju.

. . .

Liliana szła posłusznie za Honoratą. Nie miała broni, więc uznała za nierozsądne jakąkolwiek formę ucieczki lub ataku, bo u pasa elfki wisiał ogromny nóż. Księżniczka założyła więc, że Honorata posługuje się nim równie dobrze co Jenny swoim łukiem. Idąc korytarzem czuła w gardle wielką gulę. Każde słowo Christhopera budziło w niej tęsknotę za chwilami spędzonymi w lesie.

Honorata otworzyła przed nią drzwi. Gdy Liliana ją mijała elfka złapała ją za ramię i wyszeptała do ucha:

- Nie bój się – powiedziała cicho – Nie daj się sprowokować, a wszystko dobrze pójdzie. Uwolnimy was.

Odsunęła się od Liliany i wskazała jej wejście. Zanim księżniczka zdążyła się zastanowić co to oznacza ujrzała Christhopera. Siedział na przeciw Jennifer. Na jego twarzy malowało się skupienie. Zmarszczył czoło, gdy z ust matki Jenny padły słowa.

- Pięćdziesiąt tysięcy i to moje ostatnie słowo – Jennifer zrobiła się czerwona na twarzy.

- Czterdzieści – zaoponował Christhoper.

Liliana starała się nie myśleć jak dobrze wygląda w przetartym podkoszulku i czarnych spodniach.

- Jest ich czwórka, więc po dziesięć tysięcy za każdego – Christhoper spojrzał na nią, gdy wesz ła, ale natychmiast odwrócił wzrok.

Lilianie zrobiło się lżej. Czyżby bał się spojrzeć jej w oczy? Nagły przypływ lekkości zniknął pod wpływem słów chłopaka. Licytowali się ile za nich zapłacą.

- To obrzydliwe – pomyślała.

- Ale Terry jest wart dwa razy tyle – sprzeciwiła się Jennifer – A już nie mówiąc o tym, że dzięki mej łaskawości możesz porozmawiać z nią – czubkiem podbródka wskazała Lilianę.

- Mam tego dość – zawarczała Morena, stojąca po prawej stronie Christhopera.

Liliana zauważyła też Lorda Brandera, który stał oparty o tron królowej elfów. Gdy spojrzała na niego poczuła niemiły ścisk w gardle. Nie znała go osobiście, ale jego gobliny niegdyś porwały ją zabijając mnóstwo ludzi. Jego rysy przypominały Christhopera.

- O, Liliana – Christhoper podszedł do niej – Jak miło, że zechciałaś do nas dołączyć.

- Nie miałam za dużego wyboru – odparła z gniewem.

- Podejdź tu, Liliano – Christhoper stanął przy oknie – Zobacz.

Księżniczka podeszła do niego. Z okna roztaczał się widok na ogromną armię goblinów, przygotowanych do walki.

- Ta armia czeka na mój rozkaz – poinformował ją chłopak – Zaatakują, gdy dam znak.

Liliana roześmiała się kpiąco.

- Naprawdę tak myślisz? – parsknęła – One słuchają tylko jednego pana. Tego dla którego ty jesteś tylko marnym pionkiem.

Christhoper przemilczał to.

- Co takiego obiecał ci Król Ciemności? – spytała Liliana – Władzę? Bogactwo? Skarby?

Christhoper odwrócił się i złapał ją za ramiona.

- Słyszę jego głos – wyznał – Nawiedza mnie w snach. Z początku ruszyłem na tę wyprawę, aby samemu sobie udowodnić, że potrafię być jego pożytecznym sługą. A teraz… Skoro chcesz wiedzieć, Król Ciemności obiecał mi, że będziesz bezpieczna.

Liliana odepchnęła jego dłonie.

- Nie dotykaj mnie – zawarczała.

- Nie rozumiem, dlaczego chciałeś się z nią zobaczyć – wtrąciła Jennifer – Tracisz tylko czas.

- Denerwują mnie te negocjacje – Morena złapała za pistolet – Mogę ją zastrzelić? – wskazała na Jennifer.

- Nie – zaprotestował Christhoper – To negocjacje pokojowe, Moreno.

Objął ramieniem Lilianę.

- Chodź z nami – powiedział – Zostaw wojownika. Wszyscy, którzy z nim trzymają muszą zginąć.

- Nie zostawię go – odparła dumnie.

- Gdy ja go potrzebowałam nie zostawił mnie. Gdy porwały mnie gobliny, poszedł za mną.

- To bardzo wzruszające – z ironią odparował Christhoper – Ale masz szansę zacząć wszystko od nowa. Król Ciemności przyjmie cię w swoje szeregi. Możemy znów być blisko, jak wtedy w lesie.

- Nie rozumiem cię – Liliana odtrąciła jego ramię – Najpierw grozisz mi, że mnie zabijesz, a potem chcesz, żebym się do ciebie przyłączyła. Dlaczego?

- Bo cię kocha – zarechotała Jennifer.

Ręka Moreny sięgnęła do pistoletu. Chisthoper jednak to zauważył i machnięciem ręki nakazał jej odłożenie broni.

- A nawet jeśli to co z tego – Christhoper spojrzał na nią błagalnie – Będziesz bezpieczna.

- Nie – ręka Liliany powędrowała do policzka – Popatrz – wskazała na ślad po jego uderzeniu – Nigdy już nie będę bezpieczna w twojej obecności.

- Więc nie zostawisz wojownika? – wyszeptał Christhoper – Dlaczego?

- Bo ten wojownik – odpowiedziała – Jest dla mnie więcej wart niż moje życie.

Jennifer wybrała ten moment, żeby powiedzieć:

- To co, pięćdziesiąt tysięcy i po sprawie?

Morena wydała z siebie nieludzki wrzask i oddała strzał z pistoletu. Kula trafiła matkę Jenny prosto w pierś. Oczy wyszły jej na wierzch, gdy runęła na podłogę. Szarpała się chwilę w spazmach aż zastygła bez ruchu.

- Moreno! – jęknął Christhoper. Jego oczy zaszkliły się, a Liliana dostrzegła w nich obrzydzenie i wstyd.

- Mogliśmy dojść do targu – wymijająco powiedziała Morena – Więc wybawiłam nas z kłopotów.

Liliana spojrzała na leżący koło jej nogi plecak. Wystawały z niego talizmany. Nie udało jej się cofnąć wzroku, a czujne oczy Moreny złapały jej spojrzenie.

- Chodź i je sobie weź! – zasyczała – A wtedy Christhoperowi przydasz się bardziej martwa niż żywa.

Bez ostrzeżenia zaczęła strzelać na oślep. Liliana upadła na ziemię, robiąc unik. Słyszała krzyk Christhopera i wrzask Lorda Brandera: do ataku! A potem wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie i księżniczka niewiele z tego pamiętała. Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wpadły siostry Jenny, ona sama, Terry i Richard. Gobliny z kolei zachęcone okrzykiem Lorda Brandera ruszyły szturmem do ataku. Pałac zatrząsł się. Liliana pochwyciła plecak za nogą Moreny i razem z przyjaciółmi wybiegła z pokoju. Po drodze napotkali kilku goblinów. Jenny wbiła jednemu z nich nóż w pierś, drugiego tak kopnęła, że stoczył się ze schodów.

- Idźcie! – zawołała, rozprawiając się z kolejnym – Ja muszę pomóc moim siostrom w walce – spojrzała na wrota pałacu, gdzie Honorata walczyła z goblinem – Musicie poradzić sobie bezemnie na wyprawach! Przed pałacem pasą się konie! Biegiem! Jeżeli przeżyję przyślę wam wiadomość!

Wybiegli i prędko wskoczyli na konie. Ruszyli galopem, zostawiając za sobą pałac, martwą Jennifer, jej córki, pole bitwy, goblinów i tak… samą Jenny.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XIII

„Umowy”

Terry przeszedł korytarzem pałacowym w kierunku pokoju Jenny. Chciał ją zapytać co takiego zamierza dalej zrobić. Medycy Jennifer, bo tak nazywała się matka Jenny czuwali przy Lilianie i Richardzie, którzy mieli zapewnioną ich fachową opiekę i pomoc w dochodzeniu do zdrowia.

Wszedł do pokoju Jenny, pukając wcześniej, ale nikt nie odpowiadał. Pchnął więc lekko uchylone drzwi. W środku nie było nikogo.

- Jenny? – zawołał ją cicho.

Elfki najwyraźniej jednak nie było w pokoju, więc Terry wyszedł. Czuł uścisk w gardle, bo na podłodze leżał plecak Jenny. Dopiero teraz uświadomił sobie, że talizmany są w posiadaniu Christhopera. Wyobraził sobie zawiedzioną minę Modesta i zrobiło mu się przykro. Jęknął, ale zaraz potem w jego sercu pojawiła się nadzieja, że może uda im się odzyskać talizmany. Ta myśl pocieszyła go.

Skierował się do komnaty, którą przydzieliła mu Jennifer. Ona i Jenny ustaliły na razie, że królowa karze medykom uzdrowić Lilianę i Richarda, a elfka w zamian zostanie na jakiś czas w krainach elfów i przekona ludzi o tym, że pogodziła się z matką, nie wszczyniając bumtu. Po drodze do komnaty minął pokój Richarda. Drzwi były uchylone. Strumień światła oświetlał korytarz. Terry chciał zobaczyć jak czuje się jego przyjaciel, ale zatrzymał się pod drzwiami.

Richard leżał na łóżku nieprzytomny, a Jenny siedziała obok niego, trzymając go za rękę. W pokoju nie było nikogo oprócz nich. Elfka odgarnęła mu opadające na czoło blond włosy, a Terry poczuł się trochę niezręcznie.

- Scarlett… – wymamrotał Richard.

Na twarzy Jenny pojawił się jakiś dziwny smutek.

- Nie, to nie Scarlett – powiedziała cicho, nie puszczając jego ręki – To ja… Jenny…

Terry poczuł dreszcz na plecach. Czyżby elfka i Richard byli kimś więcej niż przyjaciółmi? Zadrżał, kiedy Jenny pocałowała Fioletowego Wojownika w czubek nosa. Wyszedł i udał się odwiedzić Lilianę, zgadując, że po tym jak księżniczka nie była zbyt miła dla Jenny, elfka raczej jej nie odwiedziła.

Wszedł do komnaty, w której medycy zajmowali się Lilianą. Jednak ani lekarzy, ani księżniczki nie było w pokoju. Wyszedł na balkon wychodzący z jej pokoju. Liliana również tam stała. Wiatr rozwiewał jej blond włosy. Ramię miała zabandażowane.

- Jak się czujesz? – spytał, podchodząc do niej.

Chciał ją wziąć za rękę, ale nie odważył się. Stanął obok niej. Oczy księżniczki przypatrywały się lasom, rzekom, wodospadom i dolinom zdobiącym krajobraz.

- W porządku – odparła, odwracając się do niego – Co z Richardem?

- Medycy się nim zajęli, ale na razie się nie obudził – powiedział i po chwili niepewnie dodał – Jenny jest z nim.

- To wszystko moja wina – jęknęła cicho – Gdyby nie ja… Richard nie byłby ranny, talizmany byłyby w naszym posiadaniu, Christhoper… – urwała, a na jej twarzy pojawiło się poczucie winy.

- Liliano – Terry objął ją – Jakby to mogła być twoja wina? To przez Christhopera i Króla Ciemności.

- Ty i Richard próbowaliście mnie ostrzec – powiedziała – A ja wam nie wierzyłam. A teraz on jest nieprzytomnym, a ty… a ty…

Broda zaczęła jej drżeć. Terry dopiero teraz zauważył jakie Liliana ma piękne usta.

Wziął jej twarz w swoje ręce i delikatnie musnął jej policzek palcami, wsłuchując się w rytm jej oddechu.

- O mnie nie musisz się martwić – rzekł, biorąc ją za ręce – Martw się o tych, którzy mordują, walczą i wszczynają wojny. Martw się o Króla Ciemności i jego sługi.

Stali teraz bardzo blisko siebie. Liliana nachyliła się od niego. Terry poczuł przypływ paniki. Czy powinien ją pocałować?  Postanowił podjąć ryzyko. Nachylił się i w tej samej chwili, gdy chciał to zrobić do pokoju Liliany wszedł jakiś elf.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – powiedział, kiedy Liliana odsuwała się od Terry’ego – Chciałem tylko przekazać wiadomość od Jenny. Mówi, żebyście przyszli do komnaty Richarda. Wasz przyjaciel się obudził.

Terry i Liliana chyżo pognali do komnaty Richarda. Kiedy tam dotarli Fioletowy Wojownik siedział już na łóżku, obejmowany przez Jenny.

- Jak się czujesz, stary? – spytał Terry’ego

- Ja?! – zdziwił się Terry – Raczej to ja powinienem o to ciebie spytać.

- No dobra, dobra… Po prostu chciałem być pierwszy – roześmiał się Richard – Jenny opowiedziała mi pokrótce co się dzieje. Wygląda na to, że jesteśmy w tarapatach, nie? Nie mamy talizmanów i trafiliśmy do elfów – powiedział to niefrasobliwym tonem, ale Terry mógł przysiądz, że się tym zaniepokoił.

- Wciąż jesteśmy na trasie prowadzącej na Złote Wzgórze – powiedziała Jenny- Obawiam się, że nie będę mogła z wami pójść. Muszę spełnić obietnicę daną matce.

Liliana dostrzegła zawód jaki pojawił się w oczach Terry’ego.

- Matce – powtórzyła – Skoro już o tym mowa… jesteście całkiem podobne.

Jenny poderwała się z łóżka. Wyciągnęła zza pasa sztylet. Richard szybko zareagował i złapał ją za ramiona. Elfka próbowała mu się wyrwać, ale chłopak był silniejszy.

- Nigdy więcej nie waż się tak mówić – wycedziła tylko.

Wyglądała jakby dostała ataku szału. Nie wiadomo jakby się skończyła ta drobna sprzeczka, gdyby nie elfa, która weszła do Sali. Miała długie, proste włosy w kolorze czerwonym i zielone oczy. Była uderzająco podobna do Jenny.

- Matka chce was widzieć – oznajmiła – Wszystkich – dodała, po czym wyszła z pokoju.

Skierowali się w stronę sali tronowej. Gdy szli korytarzem Jenny podeszła do Terry’ego i powiedziała:

- To była Honorata, moja nastarsza siostra – wyjaśniła po czym dodała – Pozostałe to Jasmine, Helena, Jena i Hiacynta.

W kącie sali stały starsze siostry elfki tak do niej podobne, że Terry pomyślał, że gdyby nie wiek nie poznałby jej. Wszystkie miały takie same włosy i oczy i tak samo nadąsane miny i to różniło je od Jenny. Jennifer siedziała na tronie. W zielonej sukni wyglądała zupełnie jak żaba.

- Ciężkie czasy nastały dla mojej krainy – rzekła teatralnym szeptem – Spójrzcie – wskazała ogromne oko.

Terry wykonał jej polecenie. Serce zamarło mu z przerażenia. Za oknem przed pałacem stał oddział kilkuset goblinów, uzbrojonych jak do bitwy. Skandowały dwa słowa, których Terry z początku nie rozpoznał.

- Postawili mi ultimatum – wytłumaczyła Jennifer – Albo wydam im Terry’ego Moona i jego przyjaciół, albo zaatakują moje krainy. W tej sytuacji niewiele mogę zrobić. Obiecali mi bogactwa i złoto.

- Zniszczę twoją opinię jeśli to zrobisz! – histerycznie wykrzyknęła Jenny – Zbuntuję ludzi przeciwko tobie!

- Nie sądzę – Jennifer klasnęła w dłonie – Straże, do lochu z nimi.

- TY WSTRĘTNA, CHCIWA, PAZERNA, GŁUPIA… – zaczęła krzyczeć Jenny, lecz matka jej przerwała.

- Ciekawe ile mi wypłacą za waszą czwórkę. Za ciebie, córko nie dałabym nawet złamanego dolara.

Jenny coś jeszcze wykrzykiwała, ale Terry nie wiedział co. Zrobiło mu  się ciemno przed oczami, gdy uświadomił sobie, że tym co wykrzykiwały gobliny było jego imię i nazwisko.

 

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XII

„U elfów”

Terry jęknął. Spojrzał na stojącą najbliżej elfkę. Miała zielone, długie włosy i odstające uszy. Wycelowała łuk prosto w niego. Wyglądała na przywódczynię, a jej przyboczne trzymały łuki przygotowane do wystrzału w jego przyjaciół.

- Co wy sobie wyobrażacie? – zapytała twardo – Dlaczego wtargnęliście na terytorium elfów? Ludzie nie są tu mile widziani.

- Oni są ze mną – usłyszał Terry za sobą.

Jenny klęczała tyłem do nich przy Richardzie, próbując opatrzeć mu ranę.

- A niby kim ty jesteś? – spytała przywódczyni Jenny, a Terry wybrał ten moment, żeby spróbować wyrwać jej łuk z rąk. W oka mgnieniu wszystkie elfy wycelowały broń w Terry’ego, a ich przywódczyni kopnęła go w plecy. Wojownik zgiął się w pół.

- Spróbuj go uderzyć jeszcze raz – warknęła Jenny, odwracając się.

Na twarzy przywódczyni elfów pojawił się popłoch i niedowierzanie. Wpatrywała się w Jenny jakby ta była duchem.

- Jenny? – wyjąkała po chwili ze zdziwieniem.

- Kilka lat, Neonio – wycedziła przez zęby, jakby nie bardzo ciesząc się z jej widoku – Musisz nas zaprowadzić do mojej matki. Ma najlepszych medyków. Szybko i dokładnie wyleczą moich przyjaciół. Chyba, że wy byłybyście w stanie to zrobić.

Neonia pokręciła głową.

- Jesteśmy żołnierzami, nie medykami.  Twoja matka nie będzie zadowolona z twojego powrotu, siostry pewnie też nie.

Stalowe spojrzenie oczu Jenny wpatrywało się w Neonię.

- Nie wiem jak siostry, ale nie obchodzi mnie co sobie pomyśli matka – Jenny wzruszyła ramionami – Ja też się nie ucieszę na jej widok. Gdyby nie to, że moi przyjaciele są ranni nigdy bym do niej nie wróciła. Ona od dawna nie jest moją rodziną.

Neonia spojrzała na nią z powątpiewaniem.

- Radzę ci tak nie mówić w jej obecności. Czy chcesz, czy nie to twoja matka, a przy tym królowa wszystkich elfów – rzuciła Neonia po czym dała znak swoim przybocznym, żeby opuściły broń.

Kilka z jej towarzyszek przygotowało nosze, na które ułożyły Lilianę i Richarda,

- Oni żyją… żyją… – powtarzał sobie w myślach Terry.

- Krainy elfów już niedaleko – poinformowała ich Neonia idąca na samym przodzie.

Jej towarzyszki dźwigały nosze z Fioletowym Wojownikiem i księżniczką, a Terry i Jenny trzymali się z tyłu.

- Dokąd idziemy? – zapytał szeptem Terry.

- Do krain elfów – odparła Jenny – Włada nimi moja matka.

- W takim razie na pewno nam pomoże, prawda?

Jenny parsknęła śmiechem.

- Nie liczyłabym na to. Ja i moja matka niezbyt się lubimy. W każdym razie na pewno najmniej z pięciu moich sióstr. Ja jestem szósta, najmłodsza. Wychowałam się w krainach elfów. Byłam… trochę inna niż one. Nigdy nie interesowały mnie dworskie plotki i dobre maniery, ja…

- Dworskie? – przerwał jej Terry – Więc twoja mama jest też królową krain elfów? A ty księżniczką?

- Matka teoretycznie jest królową – przytaknęła Jenny – Ale według prawa elfów tylko najstarsza z córek może nazywaćsię księżniczką.

- Teoretycznie? – zdziwił się Terry.

- Och, wielu elfom nie podoba się sposób sprawowanej przez nią władzy – wyjaśniła Jenny.

Terry pokiwał głową.

- Mi się nie podoba – dodała twardo Jenny po czym po chwili milczenia dodała – Nie rozumiem kobiety, która jest gotowa poświęcić własne dziecko w imię dobrej opinii poddanych. Nigdy nie zrozumiem.

Terry spojrzał na nią pytająco.

- Chciała zyskać dobrą opinię poddanych – wytłumaczyła mu Jenny – Potrzebowała kogoś kto ruszy do Nawiedzonego Lasu, by strzec znajdującej się tam wybudowanej przez elfy Bramy Światła. Nie chciała wywołać buntów i zamieszek przez wysyłanie tam kogoś z jej poddanych. Wysłała więc córkę – Terry’emu wydawało się, że wylewa z siebie całą gorycz i złość na matkę.

- Wysłała mnie. Byłam zrozpaczona. Myślałam, że mnie nie kocha, że chce mnie za coś ukarać. Byłam wtedy tylko dzieckiem. Po dwóch latach wróciłam do matki, a do Nawiedzonego Lasu została wysłana jej znienawidzona pokojówka Lizzy. Jednak kiedy wróciłam nie byłam już idealnie grzeczną córeczką mamusi jak siostry. Zamiast sukni nosiłam łuk. Podczas jednej z publicznych uroczystości poniżyłam matkę. Skrytykowałam to, że twierdziła, że trzeba zabijać ludzi, którzy wtargną na nasze tereny. Skończyło się na tym, że chciała wtrącić mnie do lochu na oczach wszystkich elfów, a ja strzeliłam do niej z łuku. Żałuję, że nie miałam wtedy bardziej celnego oka. Matka już nigdy mi tego nie wybaczyła, bo ci którzy nie popierali jej władzy i organizowali ruchy oporu przeciwko niej uznali, że skoro córka i to najmłodsza umiała się przeciwstawić to i oni mogą. W krainach elfów robiło się niespokojnie. Ludzie zaczęli nazywać rządy mojej matki tyranią. Po kolejnej kłótni wyrzuciła mnie z domu. Uciekłam więc z powrotem do Nawiedzonego Lasu i zostałam tam na długo. Miejsce, którego kiedyś nienawidziłam stało się moim domem. Zostałam tam na długo, pełniąc funkcję strażniczki Bramy Światła, co jakiś czas zamieniając się z Lizzy.

- A twój ojciec… – zaczął Terry, ale Jenny szybko mu przerwała.

- Mój ojciec nie żyje – powiedziała sucho – Zmarł półtora roku po moim narodzeniu. Myślę, że to dlatego matka była wobec mnie najbardziej zgorzkniała. Bo tylko mnie musiała wychowywać samotnie.

Terry milczał, bo nie bardzo wiedział co ma odpowiedzieć. Patrzył jak Jenny mimowolnie bawi się strzałami w kołczanie i uświadomił sobie jak bardzo elfka jest silna.

- Myślisz, że nam pomoże? – spytał po chwili – Twoja matka?

- Sama z siebie na pewno nie – Jenny potrząsnęła głową – Ale mam pewien plan, który pozwoli nam wejść do pałacu, a potem namówić ją do pomocy. Gdy już dotrzemy do krain elfów róbcie tylko to co będę wam kazać. I słuchajcie się mojego planu – trochę się zarumieniła.

- Medycy twojej matki uleczą Richarda i Lilianę? – spytał z niepokojem Terry.

Jenny kiwnęła głową.

- Jeśli oni tego nie zrobią, nikomu się to nie uda.

Wyszli z lasu. Oczom Terry’ego ukazał się niesamowity widok. Ogromne, roztaczające się aż po horyzont miasteczko pełne było domów, gospodarstw i przechadzających się po ulicach elfów. Na środku wybudowany było ogromny pałac. To wszystko przypominało Terry’emu Miasto Złudzeń, w którym on i Richard niegdyś się znaleźli. Neonia i jej przyboczne ruszyły w kierunku pałacu, a Terry i Jenny powlekli się za nimi. Terry musiał podtrzymywać Jenny, żeby ta się nie wywróciła. Elfy mijające ich różnie się zachowywały. Niektórzy pozostawali obojętni, inni wytykali palcami Jenny i mamrotali coś pod nosem. Z pojedynczo rzucanych określeń Terry wychwycił.

- Zdrajczyni.

- Niewierna.

- Niewdzięcznica. Czego tu szuka?

Przeszli koło groźnie wyglądających elfów, które na widok Jenny zaczęły klaskać. Najwyraźniej byli z ruchu oporu przeciwko jej matce. Dłoń Jenny wsunęła się w rękę Terry’ego, gdy przeszli przez próg pałacu.

Wrota otworzyły się przed nimi z głośnym hukiem. Weszli do bogato zdobionej sali tronowej. Na tronie siedziała tęga, jeśli nie gruba dama o bordowych włosach upiętych w okrągły, bułeczkowaty kok. Jej czarne zimne oczy zilustrowały przybyszów. Ubrana była w długą suknię, purpurowy płaszcz, a jej nadgarstki i pulchne dłonie zdobiła biżuteria. Przypominała Terry’emu ropuchę.

- Córcia – wycedziła lodowato na widok Jennt – Jakże miło mi cię widzieć. Och, no tak zupełnie zapomniałam. Czyż to nie ty przeciwstawiłaś się mojej woli i wystawiłaś mnie na pośmiewisko?! – zawołała histerycznie.

Terry spodziewał się, że Jenny odpowie jej coś złośliwego, ale ta nie puszczając jego ręki wyprostowała się i z dumą odrzekła.

- Uznałam, że to doskonały czas na pojednanie – powiedziała, a Terry oniemiał ze zdziwienia – Przyszłam tu, aby poprosić cię o pomoc. Moi przyjaciele są ranni. Chciałabym, aby twoi medycy uleczyli ich.

- A niby dlaczego miałabym ci pomóc, niewdzięcznico? – matka Jenny wstała – Za to co mi zrobiłaś?

- Nie o to chodzi – Jenny zacisnęła wargi – Jeżeli nam nie pomożesz – zaczęła grozić – to razem z twoimi przeciwnikami zbuntujemy się. Chętnię ich poprowadzę do walki. Może nawet uda nam się obalić twoje rządy. Natomiast jeśli nam pomożesz zyskasz we mnie sprzymierzeńca. Poprę twoją władzę, siejąc zamęt wśród twoich przeciwników, a twój wizerunek ociepleje, kiedy pokażemy wszystkim elfom, że pogodziłyśmy się.

Gruba elfka zaczęła się śmiać.

- Od kiedy to jesteś taka waleczna, moja droga – parsknęła – Przecież ty rzadko kiedy miałaś łuk w rękach.

Tym razem to Jenny się uśmiechnęła. Momentalnie puściła dłoń Terry’ego i sięgnęła po łuk. Oddała strzał. Strzała utkwiła zaraz nad głową matki.

- Jedne strzał i byłoby po tobie – zagroziła – Z twoją strażą też bym sobie poradziła. To jak zgodzisz się na mój układ?

Matka skinęła powoli głową, wpatrując się w Jenny z nienawiścią.

- Przysługa za przysługę – wyszeptała – To rozumiem. Mów, córko, czego ci trzeba.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XI

„Oko w oko z wrogiem”

Ogień rozprzestrzeniał się z niesamowitą prędkością. Trawił drzewa i krzewy, niszczył trawę, jego płomienie pełzały po wszystkim, siejąc zniszczenie.

- Terry, patrz! – Jenny wskazywała palcem na niebo, gdzie dwa smoki, ten z labiryntu i niebieski, który próbował go tam z powrotem zagonić, walczyły ze sobą.

Uderzały w siebie strumieniami ognia. Co chwilę któryś ze smoków robił unik, a strugi ognia opadały na ziemię, zostawiając z lasu popioły.

- LILIANA! RICHARD! – wrzasnął Terry.

- Richard! Liliana! – krzyknęła w tym samym czasie Jenny.

Spojrzeli na siebie zaskoczeni.

- Terry, Jenny! – rozległ się głos Liliany – Spotkamy się po drugiej stronie lasu!

- Dobra – odkrzyknęła Jenny i złapała Terry’ego za ramię – Chodźmy.

Ogień był już blisko. Terry i Jenny zbiegli po zboczu lasu, starając się unikać miejsc, w których ogień płonął. Wybiegli na drugi koniec lasu. Rozglądnęli się dookoła, ale Liliany i Richarda nigdzie nie dostrzegli.

- Tutaj! – rozległ się głos księżniczki z polany za lasem.

Terry i Jenny podbiegli do nich. Wojownikowi żołądek podskoczył do gardła, gdy zobaczył, że Liliana pochyla się nad Richardem, którego ramię trawił ogień. Usłyszał jak Jenny cicho jęknęła. Fioletowy Wojownik leżał nieprzytomny na ziemi. Liliana właśnie ugasiła ogień i rozpruła koszulkę Richarda na ramieniu. Skórę miał zwęgloną, osmaloną popiołem, poparzoną.

- Co mu się stało? – zapytała Jenny słabym głosem.

- Wpadł w drzewo, które płonęło ogniem – odparła Liliana.

- Liliano, talizman – powiedział Terry, tknięty jakimś złym przeczuciem – Uleczmy go lekarstwem.

- Terry, tak mi przykro – po twarzy księżniczki spływały kropelki potu – Zostawiłeś talizmany w namiocie. Z początku wziął je Richard, ale później został ranny i upuścił plecak gdzieś w lesie.

Terry’emu wzrok zaszedł mgłą. Dwie wyprawy na nic, ryzykowanie życia na nic.

- Jenny, spróbuj go uleczyć – poprosiła ją Liliana.

Elfka z drżącymi rękami podeszła do Richarda i pochyliła się nad jego ramieniem. Zaczęła mruczyć coś pod nosem. Terry spodziewał się, że rana zacznie się zasklepiać, ale nic takiego się nie stało. Jenny tylko przeraźliwie pobladła i osunęła się na ziemię. Terry zdążył złapać ją w ostatniej chwili zanim upadła. Posadził ją na ziemi i objął ramieniem.

- Nie dam rady – cicho powiedziała Jenny – Jestem zbyt roztrzęsiona.

Liliana spojrzała na elfkę i na Terry’ego, który ją obejmował.

- Jesteś zbyt roztrzęsiona?! – kpiąco roześmiała się Liliana – To daj znać jak nie będziesz. On w tymczasie tylko może umrzeć – dodała.

Terry spojrzał zdumiony na Lilianę. Księżniczka rzadko kiedy była złośliwa. Zdumiony jej reakcją, spoglądał raz na nią raz na Jenny. Czy to możliwe, że Liliana była o niego zazdrosna?

Zanim zdążył się nad tym zastanowić. Talizmany na pewno już spalił ogień, a trud i poświęcenie jakie włożył w wyprawy do Czterech Światów poszły na marne.

- Po talizmanach – jęknął, gdy nagle od strony lasu dał się słyszeć inny głos.

- Szukacie tego?

Na skraju lasu, opierając się o pień drzewa stał Christhoper. Trzymał ręce w kieszeniach, a na plecach  narzucony miał plecak Terry’ego, w którym wojownik trzymał talizmany.

- Christhoper, oddaj to – rozległ się spokojny głos Liliany.

- Nie sądziłem, że przyjdziecie tu za mną – chłopak bawił się mieczem – Lepiej by było, gdybyście zostali w pałacu.

Liliana błyskawicznie nałożyła strzałę na łuk i wycelowała w chłopaka. Czuła nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, gdy strzała znalazła się na przeciw Christhopera.

- Strzelaj – zachęcił ją chłopak, ale coś w jego posępnym uśmiechu nie podobało się księżniczce – Zabij mnie.

Ogień trawił znajdujące się za nimi drzewa. Lilianie drżały.

- No dalej – ponaglił ją – Zrób to albo ja zabiję jego – wskazał na stojącego kawałek dalej Terry’ego – Jeden rzut mieczem i po nim.

Coś w wyrazie twarzy Christhopera pozwoliło Terry’emu uwierzyć, że nie blefuje.

- Jestem pewny, że tego nie zrobisz – szydził Christhoper – Zawsze byłaś tylko rozwydrzoną królewną.

Po twarzy Liliany płynęły łzy i kropelki potu. Terry patrzył jak księżniczka osuwa się na ziemię i upuszcza łuk.

Ręka Christhopera powędrowała do miecza. Podszedł do Liliany i przyłożył jej go do gardła. Ich spojrzenia spotkały się i łzy zniknęły z oczu Liliany. Zastąpiło je coś w rodzaju współczucia.

- Może i nie – Liliana odtrąciła jego rękę z mieczem – Ale ty też nie.

- Czemu tak sądzisz? – Christhoper znów przyłożył jej miecz do gardła, ale tym razem jego ręka lekko zadrżała – Jestem sługą Króla Ciemności. Miałem was oszukać. Po to byłem w pałacu. Potrafię zabijać z zimną krwią.

Liliana roześmiała mu się w twarz. W tym śmiechu było jednak coś mrocznego, niepokojącego, coś co Terry’emu się nie podobało. Christhoperowi najwyraźniej też nie, bo podniósł rękę i uderzył księżniczkę w twarz. To Terry’ego rozbudziło. Dotychczas przypatrywał się tej scenie jakby był to fragment snu, jakiejś nierealnej wizji. Gdy Christhoper uderzył Lilianę, bez wahania posadził Jenny na ziemi i ruszył na Christhopera. Dobył miecza i spróbował mu go wytrącić. Znacznie jednak ustępował umiejętnościami starszemu. Christhoper wytrącił mu miecz, a kiedy Terry schylił się, by go podnieść przyłożył mu miecz do gardła.

- Zginiesz zanim zdążysz powiedzieć choćby jedno słowo – wycedził, patrząc na niego błękitnymi oczami, z których jedno było podbite przez Terry’ego – Nie jesteś nią – wskazał na Lilianę – Mogę cię zabić bez wahania.

- Nim zdążysz to zrobić moja strzała przestrzeli twój łeb na wylot – warknęła Liliana, zachodząc go od tyłu i wycelowując łuk z napiętą strzałą w jego głowę – Puść go i rzuć broń oraz plecak z talizmanami na ziemię.

Christhoper bardzo powoli odepchnął Terry’ego do tyłu i upuścił swój miecz i plecak na ziemię. Płomienie szalejącego ognia szalały za nimi.

- Zabij mnie – zachęcił ją ponownie, ale pod nosem uśmiechnął się ponuro – Zabij naszą dawną… przyjaźń.

Z twarzy Liliany nie dało się nic wyczytać. Wzięła strzałę i nałożyła na cięciwę. Powoli, zamykając oczy wystrzeliła. Strzała poleciała prosto w głowę Christhopera. Strzał byłby śmiertelny, gdyby nie to, że nagle jakaś dłoń przechwyciła ją w locie. Był to gest, który mógł wykonać tylko najszybszy i najlepiej wyszkolony wojownik i nawet Christhoper miałby z tym problem. Przed Terrym pojawiły się jeszcze dwie postacie. Pierwszą z nich była czarnowłosa kobieta, być może kilka lat starsza od Terry’ego.

- Morena – przypomniał sobie wojownik.

Drugą postacią był tęgi mężczyzna, o rudych włosach.

- Lord Brander – pomyślał Terry.

Wydawało mu się, że już gdzieś słyszał to nazwisko.

- Chciałaś zabić Christhopera? – zawarczała Morena – Może to ja powinnam zabić ciebie?!

Ruszyła na Lilianę i jednym ruchem wystrzeliła z pistoletu. Nie trafiła wyłącznie dlatego, że Christhoper złapał ją za rękę i kula zmieniła trajektorię lotu. Księżniczka uchyliła się przed lecącą kulą, padając na trawę. Morena spojrzała zdziwiona i trochę wściekła na Christhopera.

- Nie strzelaj – warknął chłopak.

- Jak sobie życzysz – Morena wzruszyła ramionami.

Terry poczuł nieopisaną ulgę. Trwała jednak tylko chwilę, bo Morena wyrwała się Christhoperowi i wbiła nóż w ramię leżącej na ziemi Lilianie. Powietrze przeszył wrzask księżniczki i stłumiony okrzyk Christhopera. Krew oblała ziemię w okolicach ramienia Liliany. Terry’emu zrobiło się gorąco. Nie był pewny, czy to z paniki, czy z ognia za jego plecami.

Lord Brander ruszył na Terry’ego. Gdy był już blisko Terry uświadomił sobie, że żadne z przyjaciół już go nie wesprze. Zaglądał śmierci w oczy, w oczy Lorda Brandera. I nagle Lord Brander zmienił kierunek. Pchnął Christhopera i złapał za kark szamoczącą się dziko i miotającą przekleństwami Morenę, wziął do rąk plecak z talizmanami. Zagwizdał trzy razy, a na polanę wbiegły trzy konie. Wsadził Morenę i Christhopera na konie. Sam też wskoczył na swojego wierzchowca. Wrogowie Terry’ego odjechali z niewiadomych wojownikowi powodów. Odpowiedź nasunęła się wojownikowi sama, kiedy ziemia zadrżała i przed Terrym pojawił się około tuzin elfów. Wszystkie miały spiczaste uszy i łuki w dłoniach.

A były one wycelowane w Terry’ego i jego leżących bezwładnie przyjaciół.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział X

„Studnia przyszłości”

Znalazł ich na polanie w środku lasu. Rozstawili namioty i czekali na niego bardzo niespokojni. Liliana miała podkrążone oczy, gdy go ujrzała na jej twarzy pojawiło się uczucie nieopisanej ulgi.

- Jesteś – powiedziała, ściskając go.

- Oczywiście – Terry uśmiechnął się – Nie myśleliście chyba, że zostanę w tych tunelach, co?

- Nie – oczy Liliany błyszczały – Nie myśleliśmy.

- Zatrzymamy się tu na chwilę – wyjaśnił mu Richard – Odpoczniemy, a potem z rana ruszymy w dalszą drogę.

Terry ruszył w kierunku namiotu. Czuł się jakby miał piasek pod powiekami i był niezwykle zmęczony. Ułożył się w namiocie. Sen przyszedł natychmiast, niestety koszmary również.

Christhoper siedział na polanie przed namiotem. Siedział sam i ostrzył miecz. Nagle w krzakach obok niego coś zaszeleściło. Dobiegł z nich dziwny odgłos, coś jakby rżenie konia. Z lasu wyjechały dwa konie: jeden maści brązowej, drugi cały czarny. Na ich grzbietach siedziała dwójka jeźdźców: groźna, czarnowłosa kobieta i barczysty, rudowłosy mężczyzna.

- Morena i Lord Brander –przypomniał sobie Terry.

- Morena! – wykrzyknął Christhoper z radością po czym dodał nieco bardziej ostudzonym głosem – Ojcze…

- Od tygodnia próbujemy cię spotkać, chłopcze – powiedział Lord Brander, nazwany przez Christhopera ojcem – Już myśleliśmy, że jeszcze nie wyruszyłeś. Na szczęście się spotkaliśmy.

- To ty tak myślałeś, Lordzie Brander – powiedziała Morena, odrzucając do tyłu długie, czarne włosy – Ja byłam wręcz przekonana, że sobie poradzisz – zamruczała, bawiąc się pistoletem u pasa.

Obraz rozmył się.

Teraz Christhoper i Morena siedzieli przed namiotem. Rozmawiali o czymś cicho.

- Jak myślisz jaki talizman ukryty jest na Złotym Wzgórzu? – spytał Christhoper.

- Nie wiem – Morena nie oderwała oczu od noża, który właśnie ostrzyła – Albo rękawiczka, albo broń, bo mapę i lekarstwo ma Terry Moon – na jej twarzy pojawiła się złość – Żałuję, że nasz pan nie wybrał mnie wcześniej do wyprawy. Wolder i Diana zmarnowali tylko dwa talizmany. My na pewno tego nie zrobimy – przysunęła się do niego bliżej i położyła mu głowę na ramieniu. Wiesz, że moje serce od dawna należy do ciebie. Pomyśl, kiedy Król Ciemności zapanuje na Armeni, będziemy mogli być razem w jego królestwie, gdzie nie ma żadnych zasad.

- Jak minęła wam podróż tutaj? – zapytał Christhoper, nie patrząc na nią i ignorując jej ostatnie zdanie.

- W porządku – Morena wzruszyła ramionami – Po drodze musiałam się uporać z kilkoma wieśniakami, którzy chyba uznali mnie za czarowniccę i bardzo opóźniali naszą podróż.

- Co to znaczy uporać? – spytał z przerażeniem Christhoper, odsuwając się od niej.

Morena wskazała na swój nóż, a potem przejechała długim, czarnym paznokciem po gardle. Christhoper spojrzał na nią. Terry’emu przez moment wydawało się, że widzi w jego spojrzeniu wstręt i przerażenie. Morena najwyraźniej też to dostrzegła. Nic nie powiedziała, po prostu przysunęła się do niego i położyła rękę na czubku głowy. Oczy Christhopera momentalnie się zamknęły, a jego ciałem wstrząsnęły drgawki. Po chwili jednak ustały, chłopak otworzył oczy i odepchnął od siebie Morenę.

- Nie wiem jakich jeszcze diabelskich sztuczek nauczył cię jeszcze Król Ciemności, ale ostrzegam na tą jestem odporny. Król Ciemności czytał mi w myślach długo przed tym jak ty do niego dołączyłaś.

- Nie wiem co cię tak złości – powiedziała – Oczywiście ty zawsze byłeś przeciwko zabijaniu, ale zupełnie nie mam pojęcia jak przyłączyłeś się do Króla Ciemności – rzekła, przekrzywiając głowę – Śmierć jest konieczna.

Christhoper zerwał się na nogi.

- Jest konieczna – odparł z trudem, opanowując emocje – Ale nie tak jak ty to opisujesz.

Teraz i Morena wstała.

- Wiem czemu się tak wściekasz – wycedził – Wiem, że twoja matka umarła dawno temu, ale to cię nie usprawiedliwia. Nie rób z siebie bohatera. Po co ratowałeś tą księżniczkę w pałacu Avila? Po co w ogóle byłeś z nią w lesie?

- Są rzeczy, których ani ty, ani Król Ciemności nie zrozumiecie – Christhoper odbiegł w kierunku namiotu.

- Christhoperze – zatrzymała go Morena – Pamiętaj komu naprawdę służysz. Takie słowa zalatują zdradą. Z pewnością wiesz, że moje serce od dawna należy do ciebie, ale jeśli zdradzisz spotkamy się po przeciwnych stronach pola walki. Nie opanowałeś do końca umiejętności zakrywania pewnych myśli, kiedy ktoś ci w nich czyta. Widziałam twoje wątpliwości. To ja na rozkaz Króla Ciemności wysłałam do ciebie tego niedźwiedzia. Miał zabić księżniczkę, ale ty stanąłeś mu na drodze. Dlaczego?

Christhoper milczał.

- Ona ci się podoba – w oczach Moreny płonęła wściekłości – Może nawet lepiej, gdyby wtedy zginęła. Przyjaźni się z Terrym Moonem, więc zginie. Wykończę ją osobiście.

Christhoper wszedł do namiotu, zaciskając wargi z wściekłością. Do Moreny wyszedł Lord Brander.

- Słyszałem o czym rozmawialiście – powiedział, siadając obok niej – Martwię się o niego, jest zupełnie jak jego matka.

- Jaka była? – zapytała sucho Morena, po czym dodała, widząc, że Lord Brander się zamyślił – Lordzie Brander?

- Dobra, miła, piękna, czysta … – odrzekł po chwili – A to nie są cechy pożądane w służbie u Króla Ciemności.

- Z czasem zmądrzeje – pocieszyła go Morena – Mówiłeś, że ty też byłeś inny w jego wieku.

- Tak było – przytaknął Lord Brander – Na szczęście Król Ciemności otworzył mi oczy. Nikt nie ma z nim szans. Gdy powstanie będzie niezwyciężony, a my jego najwierniejsi słudzy zostaniemy wynagrodzeni.

Terry obudził się ze strachem. Czuł, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszedł więc na dwór. Jenny siedziała kilka metrów dalej, opierając się o drzewo.

- Przyszedłeś przejąć wartę? – spytała – Richard już to zrobił. Jego warta rozpocznie się za pół godziny.

- Nie, nie po to przyszedłem – odparł Terry, próbując zignorować potworny ból głowy – Chciałem się tylko przewietrzyć.

Jenny wstała i podeszła do niego. Na jej twarzy malowała się troska. Zauważyła, że Terry krzywi się i łapie za głowę.

- Co się dzieje? – zapytała, kładąc mu ręce na ramionach po czym dodała szeptem – Od początku tej wyprawy chodzisz niewyspany. Masz podkrążone oczy. Cały czas śnią ci się koszmary? Richard mówił, że krzyczysz przez sen.

Terry kiwnął głową. Zielone oczy elfki wpatrywały się w niego czujnie.

- Odkąd go noszę – wyjął zza bluzki Amulet Espery – ciągle mi się śnią. Różne sceny, bardzo realistyczne. Myślisz, że mogą być prawdziwe? – spytał, obracając w palcach Amulet Espery.

Musiał z kimś o tym porozmawiać, a Jenny wydawała mu się odpowiednią osobą do tego. Liliana zbyt go onieśmielała, a Richard pewnie obróciłby to wszystko w żart. Z elfką zdążył się już zaprzyjaźnić. Połączyły ich nie tylko dwie wyprawy, ale też czas spędzony razem w pałacu Avila. Usiedli pod drzewem. Jenny przypatrywała mu się z nieodgadnioną miną.

- Elfy przywiązują duże znaczenie do snów- powiedziała w końcu – Mówią, że można z nich wyczytać wiele, więc myślę, że mogą być prawdziwe.

Terry milczał. W końcu odezwał się drżącym głosem:

- Nie chcę, żeby były prawdziwe.

Jenny złapała go za rękę przez co Terry’emu przypomniało się jak pocałowała go w policzek gdy razem ratowali Elenę i jej przyboczne. Nie myślał jednak o Jenny jak o kimś więcej niż przyjaciółce.

I wtedy ją zobaczył. Na skraju polany stała murowana studnia. Na jej ściance wypisane były wyrazy w jakimś języku, którego Terry nie znał.

- Co to jest? – zapytał Jenny.

- Runy elfów – odparła.

- Przetłumaczysz? – poprosił ją.

- Tu pisze, że znajduje się tu studnia przyszłości. Pokazuje fragmenty przyszłości, ale mogą okazać się one niejasne. Pamiętaj, że twój los jest wynikiem twoich decyzji. To ty jesteś jego panem. Wrzuć pieniążka i podaj swoje imię.

- Tak jest tu napisane? – zapytał Terry po chwili milczenia.

- Tak – Jenny patrzyła ze zdumieniem na studnię – Ale nie sądzę, żeby to działało. Terry, co robisz?! – spytała, widząc że wojownik podchodzi do studni i wyjmuje z kieszeni monetę – Terry, co…

Terry nie usłyszał już co powiedziała, bo wrzucił pieniążka do studni i wyszeptał:

- Terry Moon…

Woda znajdująca się w studni zafalowała. Terry pochylił się niżej, żeby ujrzeć obrazy, które pojawiły się na powierzchni wody. Na jednym z nich biegł sam po kamienistej ścieżce w kierunku wulkanu Espera. Gorąco i pył owiewało mu twarz. Tafla wody zafalowała. Tym razem trzymał w dłoniach jaśniejący blaskiem miecz. Ruszył do walki z niewidzialnym przeciwnikiem. Nagle krzyknął. Liliana leżała bezwładnie na ziemi. Nieprzytomna, czy… Brzuch miała przeorany mieczem. I nagle rozległ się zimny, przenikający przez zmieniające się obrazy głos.

- Krew ostatniego z wojowników pozwoli mi powstać z Espery.

I nagle Terry poczuł, że ktoś go szarpie za ramię. Jenny odciągnęła go od studni z dziwnie pobladłą miną, a Terry po chwili dostrzegł co było powodem jej przerażenia.

Drzewa do okoła nich zajął ogień. Namioty, w których spali Liliana i Richard odgrodził od Terry’ego i Jenny pas ognia. Las płonął.

 

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział IX

„Labirynt”

Był ogromny. Duże fragmenty wysokich zielonych krzewów tworzyły plątaninę korytarzy, zaułków i ścieżek. Rozciągał się na co najmniej kilka kilometrów. Wiatr zaszumiał złowrogo, odsłaniając wejście do labiryntu między dwoma krzakami. Zupełnie jakby labirynt zapraszał ich do środka. Terry rozejrzał się do okoła, szukając innej drogi, niż ta, która wiodła przez labirynt, ale sieć korytarzy ciągnęła się daleko za horyzont.

- Wiem, gdzie jesteśmy – usłyszał głos Jenny obok siebie – Za labiryntem znajduje się duży las, a dalej krainy elfów. To już niedaleko.

- To świetnie – powiedział Richard – Ale żeby tam dotrzeć musimy przejść przez ten labirynt, prawda?

- Nie da się ukryć – Jenny ruszyła w kierunku wejśćia – Idźcie za mną, poprowadzę was. W labiryncie na pewno będzie dużo pułapek i ślepych zaułków. A ja się na tym znam – dodała.

Nikt nie zaprzeczył. Terry był pewien, że jego przyjaciele też teraz o tym myślą.

- Idziemy – zarządziła Jenny – Dla większej pewności trzymajmy się za ręce. W ten sposób nikt się nie zgubi.

Złapali się za ręce. Jenny prowadziła, Terry szedł ostatni, trzymając za rękę Lilianę. Gdy weszli do labiryntu wejście zasunęło się za nimi, a w labiryncie panowała ciemność. Jedynym źródłem światła był miecz Terry’ego, którego czerwony klejnot świecił mocno.

- Co z tym mieczem? – zdenerwował się Richard – Czemu on tak świeci?

- Świeci odkąd wróciliśmy z nad Morza Zawiści – wyjaśnił mu Terry – Ale… to dobrze. Przynajmniej widzimy, gdzie stawiamy kroki.

Gdy to powiedział w jego głowie pojawiła się straszna myśl. Co jeśli któreś z jego przyjaciół było zdrajcą? Lilianę Terry mógł wykluczyć. Znał ją od dziecka, więc nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby nie być po jego stronie. Może dlatego, że znali się tak długo, a może, bo tak mu się podobała. Z kolei Jenny i Richarda poznał dopiero podczas wyprawy. Richard udał się na nią, bo twierdził, że pragnie zemsty na goblinach, które zabiły mu rodzinę. Terry zadrżał. Tak samo powiedział Christhoper. Mimo wszystko wyjaśnienia Fioletowego Wojownika zdawały się mieć sens, a gdy podczas ostatniej wyprawy spotkali jego zaginioną siostrę, tylko utwierdzili się w przekonaniu, że mówił prawdę. Z kolei Jenny była dla niego prawdziwą zagadką. Gdyby nie jej pomoc w Nawiedzonym Lesie na pewno nie udałoby im się odnaleźć talizmanu i wyjść żywym z poszukiwań. Przyłączyła się do nich, twierdząc, że ich losy są połączone. Miała rację, bo spotkali ją ponownie na kolejnej wyprawie i uratowali z rąk Czarnobrodego. Nagle Terry przypomniał sobie Starego Joe’ego i słowa, z którymi wysłał ich na Morze Zawiści.

„ Ufajcie sobie nawzajem”, tak im wtedy powiedział.

- Poza tym… – pomyślał Terry – Gdyby któreś z nich było zdrajcą, klejnot świeciłby przez wszystkie wyprawy, nie tylko przez tą jedną. Tu musi chodzić o coś innego. Pozbywszy się wątpliwości podszedł do Jenny, która przykładała ucho do jednej z krzewiastych ścian i poświecił jej drogę.

Przeszli do końca korytarza i potem skręcili w prawo. Terry rozpędził się i prawie wpadł do zamaskowanej liściami dziury. Jenny złapała go w ostatniej chwili. Szli powoli, a ponure uczucia nie opuszczały ich ani na moment.

Teraz korytarza labiryntu stały się dużo bardziej ciasne. Nie mogli więc trzymać się za ręce.

- Wszyscy za mną – zakomenderowała Jenny.

Przeszli kawałek, gdy Jenny stanęła jak wryta.

- Stać! – zarządziła i zaczęła rozglądać się dookoła – To niemożliwe.

- Co niemożliwe? -  zapytał Richard, czujnie oglądając się za siebie.

- Wydawało mi się, że wyczułam… Ale nie… To nie może być to o czym myślę.

- Ale co? – Richard złapał za miecz.

Elfka jednak mu nie odpowiedziała.

- Idziemy – powiedziała tylko.

Zdając się na swoją przewodniczką ruszyli za nią. Minęli sieć korytarzy i uniknęli kilku pułapek.

- Tędy – Jenny poprowadziła ich w lewo.

Terry niemal odetchnął z ulgą, gdy drogę przez labirynt oświetliły promyki słońca. Kilka metrów przed nimi znajdowało się wyjście.

On, Richard i Liliana ruszyli szybkim krokiem w kierunku wyjścia. Tylko Jenny została z tyłu.

- Uwaga! – ryknęła nagle – Na ziemię!

Terry padł na ziemię w tej samej chwili, gdy nad jego głową oraz głowami jego przyjaciół przefrunął strumień ognia. Z mroku labiryntu wyłoniło się ogromne monstrum. Był to wysoki na ponad pięć metrów smok. Miał ogromny łeb, czarne ślepia, grubą łuskę w pomarańczowym kolorze. Rozszerzył swoje nozdrza i warknął, ukazując paszczę tak wielką, że mógłby połknąć na raz Terry’ego. Stał przed nimi, tarasując wyjście. Otworzył paszczę i dmuchnął ogniem.

- Za mną – krzyknęła Jenny i pobiegła w korytarz równoległy do tego, w którym się znajdowali.

Smok ruszył za nimi, co chwilę zionąc ogniem. Terry czuł gorąco i żar narastające z tyłu.

- Nie przebijemy skóry smoka – zawołała Jenny, biegnąca obok wojownika – Nie bronią, którą posiadamy. Pozostaje nam tylko jedno wyjście – ucieczka! Jeśli dotrzemy do lasu znajdującego się przed labiryntem będziemy uratowani. To terytorium wielu smoków, które ignorują ludzi, ale mogą zaatakować smoka, bo zazdrośnie strzegą swojego terytorium– powiedziała, przyspieszając, bo kroki smoka było już słychać.

Gnali szybko, nie zatrzymując się i nie oglądając za siebie. Dotarli do rozwidlenia korytarzy. Jeden wiódł w lewo, drugi w prawo, a trzeci biegł środkiem.

- Szybko – Jenny wskazała na korytarze – Którędy idziemy? – spytała.

Nie było jednak czasu na podejmowanie rozważnych decyzji, więc nie zwlekając, bo smok był tuż za nimi, wybrali środkową ścieżkę i pobiegli przed siebie. Ścieżka kończyła się jednak już w połowie.

- To ślepy zaułek – jęknęła Liliana.

- Mam pomysł – powiedział Terry – Ja go odciągnę, a wy pobiegniecie.

- Nie ma mowy- odparła Liliana.

Terry jednak podjął już decyzję. Spojrzał w oczy Jenny i Richardowi. Liliana tego nie zrozumie, ale oni tak. Wiedzieli co to poświęcenie, a poza tym Terry miał plan. Wyglądało na to, że zrozumieli się bez słów. Elfka uściskała Terry’ego nie zważając na krzywą minę księżniczki, a Richard poklepał go po plecach. Do Liliany dopiero po chwili dotarło, że się żegnają.

- Co wy… – zaczęła ze strachem, ale nie dokończyła, bo u wylotu tunelu pojawił się smok.

W jego oczach płonęła wściekłość.

- Będziemy czekać w lesie – usłyszał głos Jenny przy swojej twarzy – Wróć do nas.

Wśród strumieni ognia, Terry podbiegł do smoka i przejechał mu mieczem po brzuchu pokrytym twardymi jak stal łuskami. Jak przewidywał nie zrobiło mu to żadnej krzywdy, ale sprawiło, że smok odblokował wyjście z korytarza i ruszył prosto na niego. Tymczasem Jenny i Richard, który ciągnął za sobą jeszcze wrzeszczącą i krzyczącą coś Lilianę wybiegli z korytarza, a Terry został sam na sam z rozjuszonym smokiem. Gdy monstrum ruszyło na niego i podniosło łapę, by go zgładzić, Terry’emu świat zamigotał przed oczami. Wydawało mu się, że słyszy Lilianę wykrzykującą jego imię. Nagle poczuł przypływ energii. Przemknął się pod łapą smoka i wybiegł z korytarza na rozwidlenie. Starając sięprzypomnieć sobie drogę, mknął przed siebie aż dotarł do wyjścia. Poczuł nieopisaną ulgę, która jednak natychmiast zgasła, bo smok poszedł jego śladem.

Naraz z drugiego końca polany, na którą Terry się wydostał dało się słyszeć jakieś piski, prychnięcia i skrzeczenia. Drugi smok o błękitnej skórze wzbił się w powietrze, machając ogromnymi skrzydłami. Smok, który gonił Terry’ego również poderwał siędo lotu i wyfrunął na spotkanie drugiemu. Zaatakowały. Walka między smokami i wypuszczane co chwilę strumyki ognia przecinały niebo.

Terry zaczął cofać się w kierunku lasu znajdującego się obok. Kątem oka zarejestrował jak błękitny smok zapędza pomarańczowego z powrotem do labiryntu. Dalej jednak nie wiedział co się stało, bo brnął coraz głębiej w las w poszukiwaniu przyjaciół.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział VIII

„Z biegiem rzeki”

Szli na piechotę do wieczora. Bez koni ich wyprawa nabrała znacznie powolniejszego tempa.

- Christhoper na pewno pierwszy dotrze do talizmanu – jęczał Richard.

- Nie martwcie się – pocieszała ich Jenny – Bylebyśmy tylko dotarli do krain elfów, dalej pójdzie już z górki.

Gdy dotarli na małą polanę nad brzegiem rzeki byli już tak zmęczeni, że nie mieli sił iść dalej.

- Odpocznijmy – zasugerował Terry – Zdrzemniemy się godzinę lub dwie, a potem…

- A potem co? – przerwał mu Richard – Nie zajdziemy na piechotę aż na Złote Wzgórze. Nie przed Christhoperem.

- Nie mamy wyboru – odparł Terry, ale po chwili dodał – Ja nie mam wyboru. Wy w każdej chwili możecie zawrócić.

- Daj spokój, Terry – mruknęła Liliana – Pierwsza trzymam wartę.

Terry udał się spać do namiotu. Oczy szybko mu się zamknęły. Poczuł ulgę, bo bardzo chciał się wyspać, a jednocześnie strach, gdyż znów przyśniły mu się koszmary.

Tym razem znalazł się w pobliżu wulkanu. Czuł jak ziemia drżała. Z Espery wybuchała lawa. Nagle wśród gorąca dało się rozróżnić zimny, opanowany i głęboki głos.

Przyjdź do mnie, Terry Moonie. Nie opieraj się. Niech twoja krew wskrzesi mnie z czeluści wulkanu. Przyjdź dobrowolnie, a oszczędzę twoich przyjaciół. Chodź! Chodź!

Terry obudził się z krzykiem. W głowie mu łupało, czuł się okropnie. Jego samopoczucia nie poprawiał też koszmarny ból w czaszce. Nie wiedział ile przespał, ale wyglądało na to, że jego przyjaciele już nie spali, bo Richarda nie było w namiocie.

Terry przypiął do pasa miecz i wyszedł na zewnątrz. Jenny i Richard siedzieli przed namiotami i rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami. Terry nie chciał im przeszkadzać, ale zaniepokoił go brak Liliany. Podszedł więc do nich i zapytał:

- Gdzie jest Liliana?

- W lesie – odparł Richard, wskazując na gęstwinę drzew otaczających polanę – Powiedziała, że musi coś sprawdzić.

- Pójdę jej poszukać – zaniepokoił się wojownik, ale zanim zdążył podjąć w tej sprawie jakiekolwiek działania z lasu wyszła księżniczka. Uśmiechała się. Taszczyła za sobą kilka grubych gałązek drzew.

- Co to jest? – zapytał Terry, otwierając oczy szeroko ze zdumienia, gdy księżniczka rzuciła je na trawę.

- Już wszystko sprawdziłam – odparła księżniczka – Na mapie wyraźnie widać, że jeśli pójdziemy lądem nie dogonimy Christhopera – posmutniała chwilę, ale w jej oczach pojawił się zapał do działania – Konie są martwe, więc musimy znaleźć inny środek transportu.

- Więc co proponujesz? – przerwał jej niecierpliwie Richard.

- Zbudujemy tratwę – w oczach Liliany błyszczały radosne iskierki – Musi być z najgrubszych i największych konarów i gałęzi, by mogła pomieścić czwórkę osób. Popłyniemy rzeką – kontynuowała – W ten sposób zaoszczędzimy wiele godzin, które musielibyśmy poświęcić na wędrówkę pieszo. Z biegiem rzeki mamy szansę dogonić … Christhopera.

Terry nie bardzo wiedział co o tym sądzić.

- Tratwa nie zatonie pod naszym ciężarem? – zapytał.

- Nie, jeśli zbudujemy ją solidnie – Liliana zatarła ręce – Do dzieła!

- Jesteś tego pewna? – chciała wiedzieć Jenny – Nikomu nie pomożemy, jeżeli zatoniemy.

- Jestem pewna – odrzekła Liliana – Pomóżcie mi tylko nazbierać gałęzi.

Jenny wzruszyła ramionami. Razem ruszyli do lasu. Gdy Richard i Jenny próbowali uporać się z jedną z większych gałęzi, Terry odciął mieczem kilka innych. Widząc, że Liliana ma problem z oderwaniem masywnej gałęzi, podszedł do niej i złapał ją za łokieć. Gdy razem pociągnęli za konar, ustąpił on odtrącając ich do tyłu. Odepchnięci znaczną siłą wywrócili się na ziemię, wpadając w błoto. Terry prędko pomógł Lilianie wstać. Księżniczka wytarła mu błoto z czoła wierzchem swojej dłoni. Stali teraz tak blisko siebie, że Terry mógł policzyć jej piegi na nosie.

Nagle rozległ się przeraźliwy wrzask. Z dziupli jednego z drzew wyfrunęło stado nietoperzy. Były szare i oślizgłe. Wytwarzały okropny jazgot, wrzeszcząc, piszcząc i skrzecząc. Otoczyły Terry’ego, Lilianę, Richarda i Jenny. Zaczęły wplątywać się im we włosy. Terry trzepnął jednego ręką, drugiego uderzył płaską stroną miecza. On i Richard pobiegli na skraj lasu, oganiając się od nietoperzy. Gorzej było z Lilianą i Jenny, w których włosach siedziało teraz  po kilka zwierząt. Elfka i księżniczka piszczały i krzyczały, próbując przegonić szkodniki.

- Liliano! Jenny! Chodźcie! – wołali do nich Terry i Richard, ale bez skutku.

Wojownik pobiegł do nich z powrotem. Złapał Lilianę i Jenny za ręce i wyprowadził je na skraj lasu. Słońce oślepiło szamoczące się nietoperze, które wyplątały się z włosów dziewczyn i wróciły w ciemności lasu.

Richard pognał kawałek za nimi, przyniósł na polanę konary i gałęzie, które nazbierali. Resztę poranka spędzili wiążąc pracowicie drewna ze sobą grubymi lianami. Fioletowy Wojownik wystrugał z drewna wiosła.

- Nadszedł czas, żeby przekonać się, czy jest to coś warte – mruknęła Liliana, gdy wjechali tratwą na wody rzeki.

Ruszyli z jej biegiem. Nurt znosił ich trochę w prawo, ale wiosła wykonane przez Richarda, którymi on i Terry zawzięcie wiosłowali.

- Trochę w lewo – powiedziała Jenny, gdy tratwa przechyliła się.

Płynęli kilka godzin. Rzeka nie była zbyt głęboka, więc podróż nie była niebezpieczna. Pod koniec ich trasy u ujścia rzeki znajdował się wodospad.

- Rozbijemy się! – krzyknęła Jenny.

- Richard, w prawo – zawołała Liliana.

- SKACZMY! – wrzasnął Terry.

- Na trzy! – dodał Richard.

- Raz…

- Dwa…

- TRZY!

Skoczyli. Terry poczuł ulgę, gdy wymacał brzeg pod nogami. Niestety Lilianie poślizgnęła się noga i księżniczka wywróciła się. Pewnie by wpadła do rzeki, gdyby nie ręka Terry’ego.

- Trzymam cię – szepnął wojownik, wciągając ją na brzeg.

Odwrócili się gotowi do dalszej wędrówki, gdy nagle ich oczom ukazało się coś na co serce wskoczyło Terry’emu do gardła. Przed nimi rozciągał się labirynt.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział VII

„Wśród zbóż”

Wstali wcześnie, zwinęli obozowisko i zjedli śniadanie w postaci racy żywnościowych z plecaków.

- Co wskazuje mapa? – spytała Jenny Terry’ego siadając obok niego na trawie.

Nie zaczesała dziś czerwonych, długich włosów. Odrzuciła je do tyłu, odgarniając grzywkę z czoła i mrugając zielonymi oczami.

- Terry? – roześmiała się – Jesteś tu jeszcze?

- Taak – Terry też zamrugał oczami -Żeby dotrzeć do krain elfów musimy kierować się na północ. Na mapie zaznaczona jest droga i niektóre obiekty. Kawałek stąd znajduje się Pustkowie – tu wymienił z Richardem porozumiewawcze spojrzenie.

Podczas ich pierwszej wyprawy do Nawiedzonego Lasu, gdy podróżowali tylko we dwójkę przemierzali kawałek Pustkowia, tyle że w zupełnie innych rejonach Armeni.

- Co to jest Pustkowie? – spytała Jenny – Niezbyt fajna nazwa.

- Rozległe, niebezpieczne, opustoszałe tereny – wyjaśnił Richard – Ciągną się pasem przez duży kawałek Armeni.

Wstali więc, spakowali skromny dobytek i wskoczyli na konie.. Terry zerkał co chwilę na Lilianę, gdy już ruszyli, kierowani wskazówkami rzucanymi przez Richarda, który przejął mapę. Księżniczka jechała wyprostowana z pewną siebie miną, ale Terry widział w jej oczach smutek, który nie zniknął jeszcze po zdradzie Christhopera. Terry poczuł nagły przypłym złości na chłopaka. To przez niego Liliana płakała. Miał ochotę krzyczeć. Był przecież wojownikiem. Miał chronić rodzinę królewską, a nie był w stanie ocalić przyjaciółki przed Christhoperem. Nie wiedział co on zrobił ani co powiedział, żeby wzbudzić zaufanie Liliany, ale w jakiś sposób mu się to udało.

Podróż poszła łatwo. Jechali przez kilka godzin bez przerwy, a postój zrobili dopiero w ciemnym lesie, kiedy konie były już zmęczone i nie chciały iść dalej z powodu głodu oraz pragnienia.

Terry zeskoczył z wierzchowca i podał mu bułak z wodą i jabłko. Zwierzę chłeptało i jadło energicznie i po chwili dziarsko potrząsało grzywą gotowe do dalszej drogi.

Gdzieś koło południa, gdy słońce było wysoko na niebie wyjechali z ciemnych, ponurych terenów Pustkowia na rozległe, ciągnące się aż po horyzont pola obsiane zbożem. Wyglądało na to, że nikt o nie nie dbał, bo choć urosły na imponującą wysokość wyglądały na opuszczone i zaniedbane, a niektóre były wręcz uschnięte i obumarłe.

- Zasłaniają drogę – jęknął Richard.

- A co pokazuje mapa? – chciał wiedzieć Terry

- Pokazuje, żeby iść ścieżką – odparła Jenny, zerkając Terry’emu przez ramię – Ale te pola tak się rozrosły, że zupełnie zasłoniły jakąkolwiek ścieżkę.

- Rozdzielmy się – zaproponował Richard – Niech każdy próbuje znaleźć właściwą drogę.

Zeszli z koni i przypięli je do drzewa. Po chwili przyjaciele Terry’ego zniknęli wśród zbóż, a on sam również zagłębił się w roślinach. Krążył dookoła, próbując znaleźć choćby fragment drogi, ale po kilkunastu minutach zrezygnował, mając nadzieję, że jego przyjaciołom się powiedzie.

Wrócił do miejsca, gdzie przywiązali konie i groza chwyciła go za gardło. Konie leżały bezwładnie na trawie z otwartymi oczami. Terry podszedł do nich. Przesuwał ręką po ciałach zwierząt, próbując wyczuć oddech i bicie serca, jednak na próżno. Konie były martwe, a na brzuchu każdego z nich widniała paskudna rana.

Strach obezwładnił Terry’ego. Wojownik czuł się jak podczas ich pierwszej wyprawy do Nawiedzonego Lasu, gdy spotkali czarnego wojownika emanującego przerażeniem, które paraliżowało i uniemożliwiało działanie. Teraz Terry czuł się podobnie. Nie mógł się ruszyć z miejsca, więc stał wpatrując się w zabite konie. Otrzeźwiał dopiero, gdy uświadomił sobie, że ktoś, kto tego dokonał na pewno znajduje się blisko. Wtedy puścił się biegiem w zboża. Jego przyjaciele mogli być w niebezpieczeństwie.

- Jenny! Richard! – krzyczał – LILIANO!

Pędził ile sił w nogach próbując ich znaleźć. Po chwili wpadł na Jenny. Zderzyli się i poturlali na zimię. Elfka potknęła się i wylądowała na wojowniku.

- Co się dzieje? – zapytała, podnosząc się z ziemi.

- Jesteśmy w niebezpieczeństwie – wyharczał Terry i urwał, bo kawałek dalej słychać było czyjś krzyk. Terry złapał Jenny za rękę i pobiegli w kierunku, który jak im się wydawało należał do Liliany.

Księżniczka i Richard stali wśród zbóż otoczeni przez watahę wilków. Zwierzęta wyły głośno, zbliżając się do nich na co raz mniejszą odległość. Wyglądały na zabiedzone i wygłodniałe. Richard stanął przed Lilianą i odganiał od nich wilki wymachując mieczem.

- Precz! – krzyknął Richard – Idźcie sobie!

Terry wyciągnął miecz, a Jenny napięła swój łyk. Jedna z jej strzał przeszyła na wylot bestię znajdującą się najbliżej Richarda i Liliany. Do wilków dotarło, że większe zagrożenie wynika od elfki. Podzielili się na dwie grupy i zawarczały. Troje z nich wciąż szarżowali na księżniczkę i Fioletowego Wojownika, a pozostała piątka za cel obrała wojownika i elfkę. Terry dobył miecza, ale na wilkach nie zrobiło to większego wrażenia.

Wilki były już blisko. Terry spanikował. Chciał rzucić się do ucieczki, ale wiedział, że przeciwnicy szybciej by go przegoniły. I wtedy ponad wilkami ją zobaczył. Liliana przeskoczyła przez wilka i kilkoma szybkimi susami wdrapała się na duży kamień stojący w pobliżu. Napięła łuk i oddała kilka strzałów. Dwa z wilków powaliła, zaś Richard i Jenny ubili po jednym. Terry ze zdwojoną energią ruszył do walki. Pokonał najbliżej stojącego wilka, ale trójka pozostałych już go otoczyła. Stanął gotowy, by odeprzeć ciosy, gdy jeden z wilków podciął mu nogi. Wojownik wylądował na ziemi, a jego miecz potoczył się kilka metrów dalej. Strzały Liliany dosięgnęły już dwóch pozostałych wilków, ale ostatni z nich oparł łapy o pierś Terry’ego i warczał nieprzyjaźnie, ukazując całe rzędy białych kłów.

- To już mój koniec – pomyślał, patrząc w jego paszczę.

Strzała Liliany przeleciała obok nich, nie trafiając w cel.

- Liliano, wyżej! – jęknął Terry.

Tego się obawiał. Księżniczka zawsze miała problem z celowaniem do znajdujących się wysoko celów.

- Teraz jednak przymknęła oczy i naciągnęła strzałę.

- Od tego zależy życie Terry’ego – pomyślała, przez co oblały ją fale gorąca.

Wyobraziła sobie, że znowu jest w lesie z Christhoperem. Przypomniało jej się jak chłopak złapał ją za ręce i ustawił tak, by udało jej się trafić do celu.

Wzięła oddech i wypuściła strzałę. Zamknęła oczy. Nie chciała widzieć jak to wszystko się skończyło. Otworzyła je dopiero, gdy poczuła, że jakieś ciepłe dłonie łapią ją za ręce i pomagają zejść z kamienia.

Terry stał obok niej, a martwe ciało przeszytego strzałą, ostatniego z wilków leżało kilka metrów dalej. Liliana wzięła twarz wojownika w swoje ręce, jakby chciała się upewnić, że jest cały i zdrowy. Terry miał nadzieję, że się nie zaczerwienił. Uściskał Lilianę, ale tym razem w oczach księżniczki nie pojawiły się żadne łzy.

- Musimy ruszać – powiedziała zdecydowanym tonem, a były to jej pierwsze słowa, które wypowiedziała w obecności wszystkich podczas ich wyprawy na Złote Wzgórze.