Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XIV

„Ucieczka z lochów”

Elfy strażnicy sprowadzili ich do znajdujących się w podziemiach pałacu lochów. Wepchali ich do zimnej, brudnej, oślizgłej celi. Wrzucili ich tam, trzaskając kratami więziennymi. Na straży stanęło dwóch elfów.

- Za jakiś czas zostaniecie wydani w ręce goblinów – poinformował ich jeden z nich.

- Królowa Jennifer najpierw chce się targować z goblinami. O to, ile za was dadzą.

Richard jęknął i przeklnął pod nosem. Drugi z elfów wsunął do ich celi miskę z wodą i naczynie z oślizgłą breją, która bardzo przypominała Terry’emu specjały zielarki Rose.

- Mówię wam zjedzcie – poradził elf – To może być wasz ostatni posiłek w życiu. Te gobliny nie wyglądają na łagodne.

- Wolę zginąć z pustym żołądkiem – warknął Richard.

Czekali w celi znudzeni. Mimo, że mieli broń nie było sposobu na wydostanie się z celi bez kluczy, a te z kolei posiadali jedynie strażnicy. Około godzinę później do celi zeszła Honorata, siostra Jenny, która przekazała im wiadomość od matki.

- Liliana Avila? – spytała cicho – Jesteś proszona do Sali tronowej. Właśnie trwają negocjacje i ktoś zażyczył sobie twojej obecności.

- Kto? – zapytała księżniczka, przeczuwając, że zna odpowiedź.

- Przedstawił się jako Christhoper – odparła – Sojusznik goblinów, kto by pomyślał. Ładny chłopak… Chodźmy. Zostaw broń w celi.

- Nigdzie nie pójdzie – Terry spojrzał twardo na Honoratę – Nie bez nas.

- Daj spokój, Terry – Liliana łagodnie go odepchnęła i zostawiła łuk oraz sztylet w celi – Dam sobie radę. Chcę usłyszeć co Christhoper ma mi do powiedzenia.

Terry zawahał się.

- Nie chcę, żeby znowu cię skrzywdził – powiedział, biorąc ją za rękę.

- Nie skrzywdzi – Liliana uśmiechnęła się – Zaraz wracam.

Księżniczka wyszła z celi prowadzona przez Honoratę. Kraty za nią zamknęły się. Terry odprowadził ją wzrokiem, czując niczym nieuzasadnione uczucie niepokoju.

. . .

Liliana szła posłusznie za Honoratą. Nie miała broni, więc uznała za nierozsądne jakąkolwiek formę ucieczki lub ataku, bo u pasa elfki wisiał ogromny nóż. Księżniczka założyła więc, że Honorata posługuje się nim równie dobrze co Jenny swoim łukiem. Idąc korytarzem czuła w gardle wielką gulę. Każde słowo Christhopera budziło w niej tęsknotę za chwilami spędzonymi w lesie.

Honorata otworzyła przed nią drzwi. Gdy Liliana ją mijała elfka złapała ją za ramię i wyszeptała do ucha:

- Nie bój się – powiedziała cicho – Nie daj się sprowokować, a wszystko dobrze pójdzie. Uwolnimy was.

Odsunęła się od Liliany i wskazała jej wejście. Zanim księżniczka zdążyła się zastanowić co to oznacza ujrzała Christhopera. Siedział na przeciw Jennifer. Na jego twarzy malowało się skupienie. Zmarszczył czoło, gdy z ust matki Jenny padły słowa.

- Pięćdziesiąt tysięcy i to moje ostatnie słowo – Jennifer zrobiła się czerwona na twarzy.

- Czterdzieści – zaoponował Christhoper.

Liliana starała się nie myśleć jak dobrze wygląda w przetartym podkoszulku i czarnych spodniach.

- Jest ich czwórka, więc po dziesięć tysięcy za każdego – Christhoper spojrzał na nią, gdy wesz ła, ale natychmiast odwrócił wzrok.

Lilianie zrobiło się lżej. Czyżby bał się spojrzeć jej w oczy? Nagły przypływ lekkości zniknął pod wpływem słów chłopaka. Licytowali się ile za nich zapłacą.

- To obrzydliwe – pomyślała.

- Ale Terry jest wart dwa razy tyle – sprzeciwiła się Jennifer – A już nie mówiąc o tym, że dzięki mej łaskawości możesz porozmawiać z nią – czubkiem podbródka wskazała Lilianę.

- Mam tego dość – zawarczała Morena, stojąca po prawej stronie Christhopera.

Liliana zauważyła też Lorda Brandera, który stał oparty o tron królowej elfów. Gdy spojrzała na niego poczuła niemiły ścisk w gardle. Nie znała go osobiście, ale jego gobliny niegdyś porwały ją zabijając mnóstwo ludzi. Jego rysy przypominały Christhopera.

- O, Liliana – Christhoper podszedł do niej – Jak miło, że zechciałaś do nas dołączyć.

- Nie miałam za dużego wyboru – odparła z gniewem.

- Podejdź tu, Liliano – Christhoper stanął przy oknie – Zobacz.

Księżniczka podeszła do niego. Z okna roztaczał się widok na ogromną armię goblinów, przygotowanych do walki.

- Ta armia czeka na mój rozkaz – poinformował ją chłopak – Zaatakują, gdy dam znak.

Liliana roześmiała się kpiąco.

- Naprawdę tak myślisz? – parsknęła – One słuchają tylko jednego pana. Tego dla którego ty jesteś tylko marnym pionkiem.

Christhoper przemilczał to.

- Co takiego obiecał ci Król Ciemności? – spytała Liliana – Władzę? Bogactwo? Skarby?

Christhoper odwrócił się i złapał ją za ramiona.

- Słyszę jego głos – wyznał – Nawiedza mnie w snach. Z początku ruszyłem na tę wyprawę, aby samemu sobie udowodnić, że potrafię być jego pożytecznym sługą. A teraz… Skoro chcesz wiedzieć, Król Ciemności obiecał mi, że będziesz bezpieczna.

Liliana odepchnęła jego dłonie.

- Nie dotykaj mnie – zawarczała.

- Nie rozumiem, dlaczego chciałeś się z nią zobaczyć – wtrąciła Jennifer – Tracisz tylko czas.

- Denerwują mnie te negocjacje – Morena złapała za pistolet – Mogę ją zastrzelić? – wskazała na Jennifer.

- Nie – zaprotestował Christhoper – To negocjacje pokojowe, Moreno.

Objął ramieniem Lilianę.

- Chodź z nami – powiedział – Zostaw wojownika. Wszyscy, którzy z nim trzymają muszą zginąć.

- Nie zostawię go – odparła dumnie.

- Gdy ja go potrzebowałam nie zostawił mnie. Gdy porwały mnie gobliny, poszedł za mną.

- To bardzo wzruszające – z ironią odparował Christhoper – Ale masz szansę zacząć wszystko od nowa. Król Ciemności przyjmie cię w swoje szeregi. Możemy znów być blisko, jak wtedy w lesie.

- Nie rozumiem cię – Liliana odtrąciła jego ramię – Najpierw grozisz mi, że mnie zabijesz, a potem chcesz, żebym się do ciebie przyłączyła. Dlaczego?

- Bo cię kocha – zarechotała Jennifer.

Ręka Moreny sięgnęła do pistoletu. Chisthoper jednak to zauważył i machnięciem ręki nakazał jej odłożenie broni.

- A nawet jeśli to co z tego – Christhoper spojrzał na nią błagalnie – Będziesz bezpieczna.

- Nie – ręka Liliany powędrowała do policzka – Popatrz – wskazała na ślad po jego uderzeniu – Nigdy już nie będę bezpieczna w twojej obecności.

- Więc nie zostawisz wojownika? – wyszeptał Christhoper – Dlaczego?

- Bo ten wojownik – odpowiedziała – Jest dla mnie więcej wart niż moje życie.

Jennifer wybrała ten moment, żeby powiedzieć:

- To co, pięćdziesiąt tysięcy i po sprawie?

Morena wydała z siebie nieludzki wrzask i oddała strzał z pistoletu. Kula trafiła matkę Jenny prosto w pierś. Oczy wyszły jej na wierzch, gdy runęła na podłogę. Szarpała się chwilę w spazmach aż zastygła bez ruchu.

- Moreno! – jęknął Christhoper. Jego oczy zaszkliły się, a Liliana dostrzegła w nich obrzydzenie i wstyd.

- Mogliśmy dojść do targu – wymijająco powiedziała Morena – Więc wybawiłam nas z kłopotów.

Liliana spojrzała na leżący koło jej nogi plecak. Wystawały z niego talizmany. Nie udało jej się cofnąć wzroku, a czujne oczy Moreny złapały jej spojrzenie.

- Chodź i je sobie weź! – zasyczała – A wtedy Christhoperowi przydasz się bardziej martwa niż żywa.

Bez ostrzeżenia zaczęła strzelać na oślep. Liliana upadła na ziemię, robiąc unik. Słyszała krzyk Christhopera i wrzask Lorda Brandera: do ataku! A potem wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie i księżniczka niewiele z tego pamiętała. Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wpadły siostry Jenny, ona sama, Terry i Richard. Gobliny z kolei zachęcone okrzykiem Lorda Brandera ruszyły szturmem do ataku. Pałac zatrząsł się. Liliana pochwyciła plecak za nogą Moreny i razem z przyjaciółmi wybiegła z pokoju. Po drodze napotkali kilku goblinów. Jenny wbiła jednemu z nich nóż w pierś, drugiego tak kopnęła, że stoczył się ze schodów.

- Idźcie! – zawołała, rozprawiając się z kolejnym – Ja muszę pomóc moim siostrom w walce – spojrzała na wrota pałacu, gdzie Honorata walczyła z goblinem – Musicie poradzić sobie bezemnie na wyprawach! Przed pałacem pasą się konie! Biegiem! Jeżeli przeżyję przyślę wam wiadomość!

Wybiegli i prędko wskoczyli na konie. Ruszyli galopem, zostawiając za sobą pałac, martwą Jennifer, jej córki, pole bitwy, goblinów i tak… samą Jenny.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XIII

„Umowy”

Terry przeszedł korytarzem pałacowym w kierunku pokoju Jenny. Chciał ją zapytać co takiego zamierza dalej zrobić. Medycy Jennifer, bo tak nazywała się matka Jenny czuwali przy Lilianie i Richardzie, którzy mieli zapewnioną ich fachową opiekę i pomoc w dochodzeniu do zdrowia.

Wszedł do pokoju Jenny, pukając wcześniej, ale nikt nie odpowiadał. Pchnął więc lekko uchylone drzwi. W środku nie było nikogo.

- Jenny? – zawołał ją cicho.

Elfki najwyraźniej jednak nie było w pokoju, więc Terry wyszedł. Czuł uścisk w gardle, bo na podłodze leżał plecak Jenny. Dopiero teraz uświadomił sobie, że talizmany są w posiadaniu Christhopera. Wyobraził sobie zawiedzioną minę Modesta i zrobiło mu się przykro. Jęknął, ale zaraz potem w jego sercu pojawiła się nadzieja, że może uda im się odzyskać talizmany. Ta myśl pocieszyła go.

Skierował się do komnaty, którą przydzieliła mu Jennifer. Ona i Jenny ustaliły na razie, że królowa karze medykom uzdrowić Lilianę i Richarda, a elfka w zamian zostanie na jakiś czas w krainach elfów i przekona ludzi o tym, że pogodziła się z matką, nie wszczyniając bumtu. Po drodze do komnaty minął pokój Richarda. Drzwi były uchylone. Strumień światła oświetlał korytarz. Terry chciał zobaczyć jak czuje się jego przyjaciel, ale zatrzymał się pod drzwiami.

Richard leżał na łóżku nieprzytomny, a Jenny siedziała obok niego, trzymając go za rękę. W pokoju nie było nikogo oprócz nich. Elfka odgarnęła mu opadające na czoło blond włosy, a Terry poczuł się trochę niezręcznie.

- Scarlett… – wymamrotał Richard.

Na twarzy Jenny pojawił się jakiś dziwny smutek.

- Nie, to nie Scarlett – powiedziała cicho, nie puszczając jego ręki – To ja… Jenny…

Terry poczuł dreszcz na plecach. Czyżby elfka i Richard byli kimś więcej niż przyjaciółmi? Zadrżał, kiedy Jenny pocałowała Fioletowego Wojownika w czubek nosa. Wyszedł i udał się odwiedzić Lilianę, zgadując, że po tym jak księżniczka nie była zbyt miła dla Jenny, elfka raczej jej nie odwiedziła.

Wszedł do komnaty, w której medycy zajmowali się Lilianą. Jednak ani lekarzy, ani księżniczki nie było w pokoju. Wyszedł na balkon wychodzący z jej pokoju. Liliana również tam stała. Wiatr rozwiewał jej blond włosy. Ramię miała zabandażowane.

- Jak się czujesz? – spytał, podchodząc do niej.

Chciał ją wziąć za rękę, ale nie odważył się. Stanął obok niej. Oczy księżniczki przypatrywały się lasom, rzekom, wodospadom i dolinom zdobiącym krajobraz.

- W porządku – odparła, odwracając się do niego – Co z Richardem?

- Medycy się nim zajęli, ale na razie się nie obudził – powiedział i po chwili niepewnie dodał – Jenny jest z nim.

- To wszystko moja wina – jęknęła cicho – Gdyby nie ja… Richard nie byłby ranny, talizmany byłyby w naszym posiadaniu, Christhoper… – urwała, a na jej twarzy pojawiło się poczucie winy.

- Liliano – Terry objął ją – Jakby to mogła być twoja wina? To przez Christhopera i Króla Ciemności.

- Ty i Richard próbowaliście mnie ostrzec – powiedziała – A ja wam nie wierzyłam. A teraz on jest nieprzytomnym, a ty… a ty…

Broda zaczęła jej drżeć. Terry dopiero teraz zauważył jakie Liliana ma piękne usta.

Wziął jej twarz w swoje ręce i delikatnie musnął jej policzek palcami, wsłuchując się w rytm jej oddechu.

- O mnie nie musisz się martwić – rzekł, biorąc ją za ręce – Martw się o tych, którzy mordują, walczą i wszczynają wojny. Martw się o Króla Ciemności i jego sługi.

Stali teraz bardzo blisko siebie. Liliana nachyliła się od niego. Terry poczuł przypływ paniki. Czy powinien ją pocałować?  Postanowił podjąć ryzyko. Nachylił się i w tej samej chwili, gdy chciał to zrobić do pokoju Liliany wszedł jakiś elf.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – powiedział, kiedy Liliana odsuwała się od Terry’ego – Chciałem tylko przekazać wiadomość od Jenny. Mówi, żebyście przyszli do komnaty Richarda. Wasz przyjaciel się obudził.

Terry i Liliana chyżo pognali do komnaty Richarda. Kiedy tam dotarli Fioletowy Wojownik siedział już na łóżku, obejmowany przez Jenny.

- Jak się czujesz, stary? – spytał Terry’ego

- Ja?! – zdziwił się Terry – Raczej to ja powinienem o to ciebie spytać.

- No dobra, dobra… Po prostu chciałem być pierwszy – roześmiał się Richard – Jenny opowiedziała mi pokrótce co się dzieje. Wygląda na to, że jesteśmy w tarapatach, nie? Nie mamy talizmanów i trafiliśmy do elfów – powiedział to niefrasobliwym tonem, ale Terry mógł przysiądz, że się tym zaniepokoił.

- Wciąż jesteśmy na trasie prowadzącej na Złote Wzgórze – powiedziała Jenny- Obawiam się, że nie będę mogła z wami pójść. Muszę spełnić obietnicę daną matce.

Liliana dostrzegła zawód jaki pojawił się w oczach Terry’ego.

- Matce – powtórzyła – Skoro już o tym mowa… jesteście całkiem podobne.

Jenny poderwała się z łóżka. Wyciągnęła zza pasa sztylet. Richard szybko zareagował i złapał ją za ramiona. Elfka próbowała mu się wyrwać, ale chłopak był silniejszy.

- Nigdy więcej nie waż się tak mówić – wycedziła tylko.

Wyglądała jakby dostała ataku szału. Nie wiadomo jakby się skończyła ta drobna sprzeczka, gdyby nie elfa, która weszła do Sali. Miała długie, proste włosy w kolorze czerwonym i zielone oczy. Była uderzająco podobna do Jenny.

- Matka chce was widzieć – oznajmiła – Wszystkich – dodała, po czym wyszła z pokoju.

Skierowali się w stronę sali tronowej. Gdy szli korytarzem Jenny podeszła do Terry’ego i powiedziała:

- To była Honorata, moja nastarsza siostra – wyjaśniła po czym dodała – Pozostałe to Jasmine, Helena, Jena i Hiacynta.

W kącie sali stały starsze siostry elfki tak do niej podobne, że Terry pomyślał, że gdyby nie wiek nie poznałby jej. Wszystkie miały takie same włosy i oczy i tak samo nadąsane miny i to różniło je od Jenny. Jennifer siedziała na tronie. W zielonej sukni wyglądała zupełnie jak żaba.

- Ciężkie czasy nastały dla mojej krainy – rzekła teatralnym szeptem – Spójrzcie – wskazała ogromne oko.

Terry wykonał jej polecenie. Serce zamarło mu z przerażenia. Za oknem przed pałacem stał oddział kilkuset goblinów, uzbrojonych jak do bitwy. Skandowały dwa słowa, których Terry z początku nie rozpoznał.

- Postawili mi ultimatum – wytłumaczyła Jennifer – Albo wydam im Terry’ego Moona i jego przyjaciół, albo zaatakują moje krainy. W tej sytuacji niewiele mogę zrobić. Obiecali mi bogactwa i złoto.

- Zniszczę twoją opinię jeśli to zrobisz! – histerycznie wykrzyknęła Jenny – Zbuntuję ludzi przeciwko tobie!

- Nie sądzę – Jennifer klasnęła w dłonie – Straże, do lochu z nimi.

- TY WSTRĘTNA, CHCIWA, PAZERNA, GŁUPIA… – zaczęła krzyczeć Jenny, lecz matka jej przerwała.

- Ciekawe ile mi wypłacą za waszą czwórkę. Za ciebie, córko nie dałabym nawet złamanego dolara.

Jenny coś jeszcze wykrzykiwała, ale Terry nie wiedział co. Zrobiło mu  się ciemno przed oczami, gdy uświadomił sobie, że tym co wykrzykiwały gobliny było jego imię i nazwisko.

 

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XII

„U elfów”

Terry jęknął. Spojrzał na stojącą najbliżej elfkę. Miała zielone, długie włosy i odstające uszy. Wycelowała łuk prosto w niego. Wyglądała na przywódczynię, a jej przyboczne trzymały łuki przygotowane do wystrzału w jego przyjaciół.

- Co wy sobie wyobrażacie? – zapytała twardo – Dlaczego wtargnęliście na terytorium elfów? Ludzie nie są tu mile widziani.

- Oni są ze mną – usłyszał Terry za sobą.

Jenny klęczała tyłem do nich przy Richardzie, próbując opatrzeć mu ranę.

- A niby kim ty jesteś? – spytała przywódczyni Jenny, a Terry wybrał ten moment, żeby spróbować wyrwać jej łuk z rąk. W oka mgnieniu wszystkie elfy wycelowały broń w Terry’ego, a ich przywódczyni kopnęła go w plecy. Wojownik zgiął się w pół.

- Spróbuj go uderzyć jeszcze raz – warknęła Jenny, odwracając się.

Na twarzy przywódczyni elfów pojawił się popłoch i niedowierzanie. Wpatrywała się w Jenny jakby ta była duchem.

- Jenny? – wyjąkała po chwili ze zdziwieniem.

- Kilka lat, Neonio – wycedziła przez zęby, jakby nie bardzo ciesząc się z jej widoku – Musisz nas zaprowadzić do mojej matki. Ma najlepszych medyków. Szybko i dokładnie wyleczą moich przyjaciół. Chyba, że wy byłybyście w stanie to zrobić.

Neonia pokręciła głową.

- Jesteśmy żołnierzami, nie medykami.  Twoja matka nie będzie zadowolona z twojego powrotu, siostry pewnie też nie.

Stalowe spojrzenie oczu Jenny wpatrywało się w Neonię.

- Nie wiem jak siostry, ale nie obchodzi mnie co sobie pomyśli matka – Jenny wzruszyła ramionami – Ja też się nie ucieszę na jej widok. Gdyby nie to, że moi przyjaciele są ranni nigdy bym do niej nie wróciła. Ona od dawna nie jest moją rodziną.

Neonia spojrzała na nią z powątpiewaniem.

- Radzę ci tak nie mówić w jej obecności. Czy chcesz, czy nie to twoja matka, a przy tym królowa wszystkich elfów – rzuciła Neonia po czym dała znak swoim przybocznym, żeby opuściły broń.

Kilka z jej towarzyszek przygotowało nosze, na które ułożyły Lilianę i Richarda,

- Oni żyją… żyją… – powtarzał sobie w myślach Terry.

- Krainy elfów już niedaleko – poinformowała ich Neonia idąca na samym przodzie.

Jej towarzyszki dźwigały nosze z Fioletowym Wojownikiem i księżniczką, a Terry i Jenny trzymali się z tyłu.

- Dokąd idziemy? – zapytał szeptem Terry.

- Do krain elfów – odparła Jenny – Włada nimi moja matka.

- W takim razie na pewno nam pomoże, prawda?

Jenny parsknęła śmiechem.

- Nie liczyłabym na to. Ja i moja matka niezbyt się lubimy. W każdym razie na pewno najmniej z pięciu moich sióstr. Ja jestem szósta, najmłodsza. Wychowałam się w krainach elfów. Byłam… trochę inna niż one. Nigdy nie interesowały mnie dworskie plotki i dobre maniery, ja…

- Dworskie? – przerwał jej Terry – Więc twoja mama jest też królową krain elfów? A ty księżniczką?

- Matka teoretycznie jest królową – przytaknęła Jenny – Ale według prawa elfów tylko najstarsza z córek może nazywaćsię księżniczką.

- Teoretycznie? – zdziwił się Terry.

- Och, wielu elfom nie podoba się sposób sprawowanej przez nią władzy – wyjaśniła Jenny.

Terry pokiwał głową.

- Mi się nie podoba – dodała twardo Jenny po czym po chwili milczenia dodała – Nie rozumiem kobiety, która jest gotowa poświęcić własne dziecko w imię dobrej opinii poddanych. Nigdy nie zrozumiem.

Terry spojrzał na nią pytająco.

- Chciała zyskać dobrą opinię poddanych – wytłumaczyła mu Jenny – Potrzebowała kogoś kto ruszy do Nawiedzonego Lasu, by strzec znajdującej się tam wybudowanej przez elfy Bramy Światła. Nie chciała wywołać buntów i zamieszek przez wysyłanie tam kogoś z jej poddanych. Wysłała więc córkę – Terry’emu wydawało się, że wylewa z siebie całą gorycz i złość na matkę.

- Wysłała mnie. Byłam zrozpaczona. Myślałam, że mnie nie kocha, że chce mnie za coś ukarać. Byłam wtedy tylko dzieckiem. Po dwóch latach wróciłam do matki, a do Nawiedzonego Lasu została wysłana jej znienawidzona pokojówka Lizzy. Jednak kiedy wróciłam nie byłam już idealnie grzeczną córeczką mamusi jak siostry. Zamiast sukni nosiłam łuk. Podczas jednej z publicznych uroczystości poniżyłam matkę. Skrytykowałam to, że twierdziła, że trzeba zabijać ludzi, którzy wtargną na nasze tereny. Skończyło się na tym, że chciała wtrącić mnie do lochu na oczach wszystkich elfów, a ja strzeliłam do niej z łuku. Żałuję, że nie miałam wtedy bardziej celnego oka. Matka już nigdy mi tego nie wybaczyła, bo ci którzy nie popierali jej władzy i organizowali ruchy oporu przeciwko niej uznali, że skoro córka i to najmłodsza umiała się przeciwstawić to i oni mogą. W krainach elfów robiło się niespokojnie. Ludzie zaczęli nazywać rządy mojej matki tyranią. Po kolejnej kłótni wyrzuciła mnie z domu. Uciekłam więc z powrotem do Nawiedzonego Lasu i zostałam tam na długo. Miejsce, którego kiedyś nienawidziłam stało się moim domem. Zostałam tam na długo, pełniąc funkcję strażniczki Bramy Światła, co jakiś czas zamieniając się z Lizzy.

- A twój ojciec… – zaczął Terry, ale Jenny szybko mu przerwała.

- Mój ojciec nie żyje – powiedziała sucho – Zmarł półtora roku po moim narodzeniu. Myślę, że to dlatego matka była wobec mnie najbardziej zgorzkniała. Bo tylko mnie musiała wychowywać samotnie.

Terry milczał, bo nie bardzo wiedział co ma odpowiedzieć. Patrzył jak Jenny mimowolnie bawi się strzałami w kołczanie i uświadomił sobie jak bardzo elfka jest silna.

- Myślisz, że nam pomoże? – spytał po chwili – Twoja matka?

- Sama z siebie na pewno nie – Jenny potrząsnęła głową – Ale mam pewien plan, który pozwoli nam wejść do pałacu, a potem namówić ją do pomocy. Gdy już dotrzemy do krain elfów róbcie tylko to co będę wam kazać. I słuchajcie się mojego planu – trochę się zarumieniła.

- Medycy twojej matki uleczą Richarda i Lilianę? – spytał z niepokojem Terry.

Jenny kiwnęła głową.

- Jeśli oni tego nie zrobią, nikomu się to nie uda.

Wyszli z lasu. Oczom Terry’ego ukazał się niesamowity widok. Ogromne, roztaczające się aż po horyzont miasteczko pełne było domów, gospodarstw i przechadzających się po ulicach elfów. Na środku wybudowany było ogromny pałac. To wszystko przypominało Terry’emu Miasto Złudzeń, w którym on i Richard niegdyś się znaleźli. Neonia i jej przyboczne ruszyły w kierunku pałacu, a Terry i Jenny powlekli się za nimi. Terry musiał podtrzymywać Jenny, żeby ta się nie wywróciła. Elfy mijające ich różnie się zachowywały. Niektórzy pozostawali obojętni, inni wytykali palcami Jenny i mamrotali coś pod nosem. Z pojedynczo rzucanych określeń Terry wychwycił.

- Zdrajczyni.

- Niewierna.

- Niewdzięcznica. Czego tu szuka?

Przeszli koło groźnie wyglądających elfów, które na widok Jenny zaczęły klaskać. Najwyraźniej byli z ruchu oporu przeciwko jej matce. Dłoń Jenny wsunęła się w rękę Terry’ego, gdy przeszli przez próg pałacu.

Wrota otworzyły się przed nimi z głośnym hukiem. Weszli do bogato zdobionej sali tronowej. Na tronie siedziała tęga, jeśli nie gruba dama o bordowych włosach upiętych w okrągły, bułeczkowaty kok. Jej czarne zimne oczy zilustrowały przybyszów. Ubrana była w długą suknię, purpurowy płaszcz, a jej nadgarstki i pulchne dłonie zdobiła biżuteria. Przypominała Terry’emu ropuchę.

- Córcia – wycedziła lodowato na widok Jennt – Jakże miło mi cię widzieć. Och, no tak zupełnie zapomniałam. Czyż to nie ty przeciwstawiłaś się mojej woli i wystawiłaś mnie na pośmiewisko?! – zawołała histerycznie.

Terry spodziewał się, że Jenny odpowie jej coś złośliwego, ale ta nie puszczając jego ręki wyprostowała się i z dumą odrzekła.

- Uznałam, że to doskonały czas na pojednanie – powiedziała, a Terry oniemiał ze zdziwienia – Przyszłam tu, aby poprosić cię o pomoc. Moi przyjaciele są ranni. Chciałabym, aby twoi medycy uleczyli ich.

- A niby dlaczego miałabym ci pomóc, niewdzięcznico? – matka Jenny wstała – Za to co mi zrobiłaś?

- Nie o to chodzi – Jenny zacisnęła wargi – Jeżeli nam nie pomożesz – zaczęła grozić – to razem z twoimi przeciwnikami zbuntujemy się. Chętnię ich poprowadzę do walki. Może nawet uda nam się obalić twoje rządy. Natomiast jeśli nam pomożesz zyskasz we mnie sprzymierzeńca. Poprę twoją władzę, siejąc zamęt wśród twoich przeciwników, a twój wizerunek ociepleje, kiedy pokażemy wszystkim elfom, że pogodziłyśmy się.

Gruba elfka zaczęła się śmiać.

- Od kiedy to jesteś taka waleczna, moja droga – parsknęła – Przecież ty rzadko kiedy miałaś łuk w rękach.

Tym razem to Jenny się uśmiechnęła. Momentalnie puściła dłoń Terry’ego i sięgnęła po łuk. Oddała strzał. Strzała utkwiła zaraz nad głową matki.

- Jedne strzał i byłoby po tobie – zagroziła – Z twoją strażą też bym sobie poradziła. To jak zgodzisz się na mój układ?

Matka skinęła powoli głową, wpatrując się w Jenny z nienawiścią.

- Przysługa za przysługę – wyszeptała – To rozumiem. Mów, córko, czego ci trzeba.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XI

„Oko w oko z wrogiem”

Ogień rozprzestrzeniał się z niesamowitą prędkością. Trawił drzewa i krzewy, niszczył trawę, jego płomienie pełzały po wszystkim, siejąc zniszczenie.

- Terry, patrz! – Jenny wskazywała palcem na niebo, gdzie dwa smoki, ten z labiryntu i niebieski, który próbował go tam z powrotem zagonić, walczyły ze sobą.

Uderzały w siebie strumieniami ognia. Co chwilę któryś ze smoków robił unik, a strugi ognia opadały na ziemię, zostawiając z lasu popioły.

- LILIANA! RICHARD! – wrzasnął Terry.

- Richard! Liliana! – krzyknęła w tym samym czasie Jenny.

Spojrzeli na siebie zaskoczeni.

- Terry, Jenny! – rozległ się głos Liliany – Spotkamy się po drugiej stronie lasu!

- Dobra – odkrzyknęła Jenny i złapała Terry’ego za ramię – Chodźmy.

Ogień był już blisko. Terry i Jenny zbiegli po zboczu lasu, starając się unikać miejsc, w których ogień płonął. Wybiegli na drugi koniec lasu. Rozglądnęli się dookoła, ale Liliany i Richarda nigdzie nie dostrzegli.

- Tutaj! – rozległ się głos księżniczki z polany za lasem.

Terry i Jenny podbiegli do nich. Wojownikowi żołądek podskoczył do gardła, gdy zobaczył, że Liliana pochyla się nad Richardem, którego ramię trawił ogień. Usłyszał jak Jenny cicho jęknęła. Fioletowy Wojownik leżał nieprzytomny na ziemi. Liliana właśnie ugasiła ogień i rozpruła koszulkę Richarda na ramieniu. Skórę miał zwęgloną, osmaloną popiołem, poparzoną.

- Co mu się stało? – zapytała Jenny słabym głosem.

- Wpadł w drzewo, które płonęło ogniem – odparła Liliana.

- Liliano, talizman – powiedział Terry, tknięty jakimś złym przeczuciem – Uleczmy go lekarstwem.

- Terry, tak mi przykro – po twarzy księżniczki spływały kropelki potu – Zostawiłeś talizmany w namiocie. Z początku wziął je Richard, ale później został ranny i upuścił plecak gdzieś w lesie.

Terry’emu wzrok zaszedł mgłą. Dwie wyprawy na nic, ryzykowanie życia na nic.

- Jenny, spróbuj go uleczyć – poprosiła ją Liliana.

Elfka z drżącymi rękami podeszła do Richarda i pochyliła się nad jego ramieniem. Zaczęła mruczyć coś pod nosem. Terry spodziewał się, że rana zacznie się zasklepiać, ale nic takiego się nie stało. Jenny tylko przeraźliwie pobladła i osunęła się na ziemię. Terry zdążył złapać ją w ostatniej chwili zanim upadła. Posadził ją na ziemi i objął ramieniem.

- Nie dam rady – cicho powiedziała Jenny – Jestem zbyt roztrzęsiona.

Liliana spojrzała na elfkę i na Terry’ego, który ją obejmował.

- Jesteś zbyt roztrzęsiona?! – kpiąco roześmiała się Liliana – To daj znać jak nie będziesz. On w tymczasie tylko może umrzeć – dodała.

Terry spojrzał zdumiony na Lilianę. Księżniczka rzadko kiedy była złośliwa. Zdumiony jej reakcją, spoglądał raz na nią raz na Jenny. Czy to możliwe, że Liliana była o niego zazdrosna?

Zanim zdążył się nad tym zastanowić. Talizmany na pewno już spalił ogień, a trud i poświęcenie jakie włożył w wyprawy do Czterech Światów poszły na marne.

- Po talizmanach – jęknął, gdy nagle od strony lasu dał się słyszeć inny głos.

- Szukacie tego?

Na skraju lasu, opierając się o pień drzewa stał Christhoper. Trzymał ręce w kieszeniach, a na plecach  narzucony miał plecak Terry’ego, w którym wojownik trzymał talizmany.

- Christhoper, oddaj to – rozległ się spokojny głos Liliany.

- Nie sądziłem, że przyjdziecie tu za mną – chłopak bawił się mieczem – Lepiej by było, gdybyście zostali w pałacu.

Liliana błyskawicznie nałożyła strzałę na łuk i wycelowała w chłopaka. Czuła nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, gdy strzała znalazła się na przeciw Christhopera.

- Strzelaj – zachęcił ją chłopak, ale coś w jego posępnym uśmiechu nie podobało się księżniczce – Zabij mnie.

Ogień trawił znajdujące się za nimi drzewa. Lilianie drżały.

- No dalej – ponaglił ją – Zrób to albo ja zabiję jego – wskazał na stojącego kawałek dalej Terry’ego – Jeden rzut mieczem i po nim.

Coś w wyrazie twarzy Christhopera pozwoliło Terry’emu uwierzyć, że nie blefuje.

- Jestem pewny, że tego nie zrobisz – szydził Christhoper – Zawsze byłaś tylko rozwydrzoną królewną.

Po twarzy Liliany płynęły łzy i kropelki potu. Terry patrzył jak księżniczka osuwa się na ziemię i upuszcza łuk.

Ręka Christhopera powędrowała do miecza. Podszedł do Liliany i przyłożył jej go do gardła. Ich spojrzenia spotkały się i łzy zniknęły z oczu Liliany. Zastąpiło je coś w rodzaju współczucia.

- Może i nie – Liliana odtrąciła jego rękę z mieczem – Ale ty też nie.

- Czemu tak sądzisz? – Christhoper znów przyłożył jej miecz do gardła, ale tym razem jego ręka lekko zadrżała – Jestem sługą Króla Ciemności. Miałem was oszukać. Po to byłem w pałacu. Potrafię zabijać z zimną krwią.

Liliana roześmiała mu się w twarz. W tym śmiechu było jednak coś mrocznego, niepokojącego, coś co Terry’emu się nie podobało. Christhoperowi najwyraźniej też nie, bo podniósł rękę i uderzył księżniczkę w twarz. To Terry’ego rozbudziło. Dotychczas przypatrywał się tej scenie jakby był to fragment snu, jakiejś nierealnej wizji. Gdy Christhoper uderzył Lilianę, bez wahania posadził Jenny na ziemi i ruszył na Christhopera. Dobył miecza i spróbował mu go wytrącić. Znacznie jednak ustępował umiejętnościami starszemu. Christhoper wytrącił mu miecz, a kiedy Terry schylił się, by go podnieść przyłożył mu miecz do gardła.

- Zginiesz zanim zdążysz powiedzieć choćby jedno słowo – wycedził, patrząc na niego błękitnymi oczami, z których jedno było podbite przez Terry’ego – Nie jesteś nią – wskazał na Lilianę – Mogę cię zabić bez wahania.

- Nim zdążysz to zrobić moja strzała przestrzeli twój łeb na wylot – warknęła Liliana, zachodząc go od tyłu i wycelowując łuk z napiętą strzałą w jego głowę – Puść go i rzuć broń oraz plecak z talizmanami na ziemię.

Christhoper bardzo powoli odepchnął Terry’ego do tyłu i upuścił swój miecz i plecak na ziemię. Płomienie szalejącego ognia szalały za nimi.

- Zabij mnie – zachęcił ją ponownie, ale pod nosem uśmiechnął się ponuro – Zabij naszą dawną… przyjaźń.

Z twarzy Liliany nie dało się nic wyczytać. Wzięła strzałę i nałożyła na cięciwę. Powoli, zamykając oczy wystrzeliła. Strzała poleciała prosto w głowę Christhopera. Strzał byłby śmiertelny, gdyby nie to, że nagle jakaś dłoń przechwyciła ją w locie. Był to gest, który mógł wykonać tylko najszybszy i najlepiej wyszkolony wojownik i nawet Christhoper miałby z tym problem. Przed Terrym pojawiły się jeszcze dwie postacie. Pierwszą z nich była czarnowłosa kobieta, być może kilka lat starsza od Terry’ego.

- Morena – przypomniał sobie wojownik.

Drugą postacią był tęgi mężczyzna, o rudych włosach.

- Lord Brander – pomyślał Terry.

Wydawało mu się, że już gdzieś słyszał to nazwisko.

- Chciałaś zabić Christhopera? – zawarczała Morena – Może to ja powinnam zabić ciebie?!

Ruszyła na Lilianę i jednym ruchem wystrzeliła z pistoletu. Nie trafiła wyłącznie dlatego, że Christhoper złapał ją za rękę i kula zmieniła trajektorię lotu. Księżniczka uchyliła się przed lecącą kulą, padając na trawę. Morena spojrzała zdziwiona i trochę wściekła na Christhopera.

- Nie strzelaj – warknął chłopak.

- Jak sobie życzysz – Morena wzruszyła ramionami.

Terry poczuł nieopisaną ulgę. Trwała jednak tylko chwilę, bo Morena wyrwała się Christhoperowi i wbiła nóż w ramię leżącej na ziemi Lilianie. Powietrze przeszył wrzask księżniczki i stłumiony okrzyk Christhopera. Krew oblała ziemię w okolicach ramienia Liliany. Terry’emu zrobiło się gorąco. Nie był pewny, czy to z paniki, czy z ognia za jego plecami.

Lord Brander ruszył na Terry’ego. Gdy był już blisko Terry uświadomił sobie, że żadne z przyjaciół już go nie wesprze. Zaglądał śmierci w oczy, w oczy Lorda Brandera. I nagle Lord Brander zmienił kierunek. Pchnął Christhopera i złapał za kark szamoczącą się dziko i miotającą przekleństwami Morenę, wziął do rąk plecak z talizmanami. Zagwizdał trzy razy, a na polanę wbiegły trzy konie. Wsadził Morenę i Christhopera na konie. Sam też wskoczył na swojego wierzchowca. Wrogowie Terry’ego odjechali z niewiadomych wojownikowi powodów. Odpowiedź nasunęła się wojownikowi sama, kiedy ziemia zadrżała i przed Terrym pojawił się około tuzin elfów. Wszystkie miały spiczaste uszy i łuki w dłoniach.

A były one wycelowane w Terry’ego i jego leżących bezwładnie przyjaciół.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział X

„Studnia przyszłości”

Znalazł ich na polanie w środku lasu. Rozstawili namioty i czekali na niego bardzo niespokojni. Liliana miała podkrążone oczy, gdy go ujrzała na jej twarzy pojawiło się uczucie nieopisanej ulgi.

- Jesteś – powiedziała, ściskając go.

- Oczywiście – Terry uśmiechnął się – Nie myśleliście chyba, że zostanę w tych tunelach, co?

- Nie – oczy Liliany błyszczały – Nie myśleliśmy.

- Zatrzymamy się tu na chwilę – wyjaśnił mu Richard – Odpoczniemy, a potem z rana ruszymy w dalszą drogę.

Terry ruszył w kierunku namiotu. Czuł się jakby miał piasek pod powiekami i był niezwykle zmęczony. Ułożył się w namiocie. Sen przyszedł natychmiast, niestety koszmary również.

Christhoper siedział na polanie przed namiotem. Siedział sam i ostrzył miecz. Nagle w krzakach obok niego coś zaszeleściło. Dobiegł z nich dziwny odgłos, coś jakby rżenie konia. Z lasu wyjechały dwa konie: jeden maści brązowej, drugi cały czarny. Na ich grzbietach siedziała dwójka jeźdźców: groźna, czarnowłosa kobieta i barczysty, rudowłosy mężczyzna.

- Morena i Lord Brander –przypomniał sobie Terry.

- Morena! – wykrzyknął Christhoper z radością po czym dodał nieco bardziej ostudzonym głosem – Ojcze…

- Od tygodnia próbujemy cię spotkać, chłopcze – powiedział Lord Brander, nazwany przez Christhopera ojcem – Już myśleliśmy, że jeszcze nie wyruszyłeś. Na szczęście się spotkaliśmy.

- To ty tak myślałeś, Lordzie Brander – powiedziała Morena, odrzucając do tyłu długie, czarne włosy – Ja byłam wręcz przekonana, że sobie poradzisz – zamruczała, bawiąc się pistoletem u pasa.

Obraz rozmył się.

Teraz Christhoper i Morena siedzieli przed namiotem. Rozmawiali o czymś cicho.

- Jak myślisz jaki talizman ukryty jest na Złotym Wzgórzu? – spytał Christhoper.

- Nie wiem – Morena nie oderwała oczu od noża, który właśnie ostrzyła – Albo rękawiczka, albo broń, bo mapę i lekarstwo ma Terry Moon – na jej twarzy pojawiła się złość – Żałuję, że nasz pan nie wybrał mnie wcześniej do wyprawy. Wolder i Diana zmarnowali tylko dwa talizmany. My na pewno tego nie zrobimy – przysunęła się do niego bliżej i położyła mu głowę na ramieniu. Wiesz, że moje serce od dawna należy do ciebie. Pomyśl, kiedy Król Ciemności zapanuje na Armeni, będziemy mogli być razem w jego królestwie, gdzie nie ma żadnych zasad.

- Jak minęła wam podróż tutaj? – zapytał Christhoper, nie patrząc na nią i ignorując jej ostatnie zdanie.

- W porządku – Morena wzruszyła ramionami – Po drodze musiałam się uporać z kilkoma wieśniakami, którzy chyba uznali mnie za czarowniccę i bardzo opóźniali naszą podróż.

- Co to znaczy uporać? – spytał z przerażeniem Christhoper, odsuwając się od niej.

Morena wskazała na swój nóż, a potem przejechała długim, czarnym paznokciem po gardle. Christhoper spojrzał na nią. Terry’emu przez moment wydawało się, że widzi w jego spojrzeniu wstręt i przerażenie. Morena najwyraźniej też to dostrzegła. Nic nie powiedziała, po prostu przysunęła się do niego i położyła rękę na czubku głowy. Oczy Christhopera momentalnie się zamknęły, a jego ciałem wstrząsnęły drgawki. Po chwili jednak ustały, chłopak otworzył oczy i odepchnął od siebie Morenę.

- Nie wiem jakich jeszcze diabelskich sztuczek nauczył cię jeszcze Król Ciemności, ale ostrzegam na tą jestem odporny. Król Ciemności czytał mi w myślach długo przed tym jak ty do niego dołączyłaś.

- Nie wiem co cię tak złości – powiedziała – Oczywiście ty zawsze byłeś przeciwko zabijaniu, ale zupełnie nie mam pojęcia jak przyłączyłeś się do Króla Ciemności – rzekła, przekrzywiając głowę – Śmierć jest konieczna.

Christhoper zerwał się na nogi.

- Jest konieczna – odparł z trudem, opanowując emocje – Ale nie tak jak ty to opisujesz.

Teraz i Morena wstała.

- Wiem czemu się tak wściekasz – wycedził – Wiem, że twoja matka umarła dawno temu, ale to cię nie usprawiedliwia. Nie rób z siebie bohatera. Po co ratowałeś tą księżniczkę w pałacu Avila? Po co w ogóle byłeś z nią w lesie?

- Są rzeczy, których ani ty, ani Król Ciemności nie zrozumiecie – Christhoper odbiegł w kierunku namiotu.

- Christhoperze – zatrzymała go Morena – Pamiętaj komu naprawdę służysz. Takie słowa zalatują zdradą. Z pewnością wiesz, że moje serce od dawna należy do ciebie, ale jeśli zdradzisz spotkamy się po przeciwnych stronach pola walki. Nie opanowałeś do końca umiejętności zakrywania pewnych myśli, kiedy ktoś ci w nich czyta. Widziałam twoje wątpliwości. To ja na rozkaz Króla Ciemności wysłałam do ciebie tego niedźwiedzia. Miał zabić księżniczkę, ale ty stanąłeś mu na drodze. Dlaczego?

Christhoper milczał.

- Ona ci się podoba – w oczach Moreny płonęła wściekłości – Może nawet lepiej, gdyby wtedy zginęła. Przyjaźni się z Terrym Moonem, więc zginie. Wykończę ją osobiście.

Christhoper wszedł do namiotu, zaciskając wargi z wściekłością. Do Moreny wyszedł Lord Brander.

- Słyszałem o czym rozmawialiście – powiedział, siadając obok niej – Martwię się o niego, jest zupełnie jak jego matka.

- Jaka była? – zapytała sucho Morena, po czym dodała, widząc, że Lord Brander się zamyślił – Lordzie Brander?

- Dobra, miła, piękna, czysta … – odrzekł po chwili – A to nie są cechy pożądane w służbie u Króla Ciemności.

- Z czasem zmądrzeje – pocieszyła go Morena – Mówiłeś, że ty też byłeś inny w jego wieku.

- Tak było – przytaknął Lord Brander – Na szczęście Król Ciemności otworzył mi oczy. Nikt nie ma z nim szans. Gdy powstanie będzie niezwyciężony, a my jego najwierniejsi słudzy zostaniemy wynagrodzeni.

Terry obudził się ze strachem. Czuł, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszedł więc na dwór. Jenny siedziała kilka metrów dalej, opierając się o drzewo.

- Przyszedłeś przejąć wartę? – spytała – Richard już to zrobił. Jego warta rozpocznie się za pół godziny.

- Nie, nie po to przyszedłem – odparł Terry, próbując zignorować potworny ból głowy – Chciałem się tylko przewietrzyć.

Jenny wstała i podeszła do niego. Na jej twarzy malowała się troska. Zauważyła, że Terry krzywi się i łapie za głowę.

- Co się dzieje? – zapytała, kładąc mu ręce na ramionach po czym dodała szeptem – Od początku tej wyprawy chodzisz niewyspany. Masz podkrążone oczy. Cały czas śnią ci się koszmary? Richard mówił, że krzyczysz przez sen.

Terry kiwnął głową. Zielone oczy elfki wpatrywały się w niego czujnie.

- Odkąd go noszę – wyjął zza bluzki Amulet Espery – ciągle mi się śnią. Różne sceny, bardzo realistyczne. Myślisz, że mogą być prawdziwe? – spytał, obracając w palcach Amulet Espery.

Musiał z kimś o tym porozmawiać, a Jenny wydawała mu się odpowiednią osobą do tego. Liliana zbyt go onieśmielała, a Richard pewnie obróciłby to wszystko w żart. Z elfką zdążył się już zaprzyjaźnić. Połączyły ich nie tylko dwie wyprawy, ale też czas spędzony razem w pałacu Avila. Usiedli pod drzewem. Jenny przypatrywała mu się z nieodgadnioną miną.

- Elfy przywiązują duże znaczenie do snów- powiedziała w końcu – Mówią, że można z nich wyczytać wiele, więc myślę, że mogą być prawdziwe.

Terry milczał. W końcu odezwał się drżącym głosem:

- Nie chcę, żeby były prawdziwe.

Jenny złapała go za rękę przez co Terry’emu przypomniało się jak pocałowała go w policzek gdy razem ratowali Elenę i jej przyboczne. Nie myślał jednak o Jenny jak o kimś więcej niż przyjaciółce.

I wtedy ją zobaczył. Na skraju polany stała murowana studnia. Na jej ściance wypisane były wyrazy w jakimś języku, którego Terry nie znał.

- Co to jest? – zapytał Jenny.

- Runy elfów – odparła.

- Przetłumaczysz? – poprosił ją.

- Tu pisze, że znajduje się tu studnia przyszłości. Pokazuje fragmenty przyszłości, ale mogą okazać się one niejasne. Pamiętaj, że twój los jest wynikiem twoich decyzji. To ty jesteś jego panem. Wrzuć pieniążka i podaj swoje imię.

- Tak jest tu napisane? – zapytał Terry po chwili milczenia.

- Tak – Jenny patrzyła ze zdumieniem na studnię – Ale nie sądzę, żeby to działało. Terry, co robisz?! – spytała, widząc że wojownik podchodzi do studni i wyjmuje z kieszeni monetę – Terry, co…

Terry nie usłyszał już co powiedziała, bo wrzucił pieniążka do studni i wyszeptał:

- Terry Moon…

Woda znajdująca się w studni zafalowała. Terry pochylił się niżej, żeby ujrzeć obrazy, które pojawiły się na powierzchni wody. Na jednym z nich biegł sam po kamienistej ścieżce w kierunku wulkanu Espera. Gorąco i pył owiewało mu twarz. Tafla wody zafalowała. Tym razem trzymał w dłoniach jaśniejący blaskiem miecz. Ruszył do walki z niewidzialnym przeciwnikiem. Nagle krzyknął. Liliana leżała bezwładnie na ziemi. Nieprzytomna, czy… Brzuch miała przeorany mieczem. I nagle rozległ się zimny, przenikający przez zmieniające się obrazy głos.

- Krew ostatniego z wojowników pozwoli mi powstać z Espery.

I nagle Terry poczuł, że ktoś go szarpie za ramię. Jenny odciągnęła go od studni z dziwnie pobladłą miną, a Terry po chwili dostrzegł co było powodem jej przerażenia.

Drzewa do okoła nich zajął ogień. Namioty, w których spali Liliana i Richard odgrodził od Terry’ego i Jenny pas ognia. Las płonął.

 

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział IX

„Labirynt”

Był ogromny. Duże fragmenty wysokich zielonych krzewów tworzyły plątaninę korytarzy, zaułków i ścieżek. Rozciągał się na co najmniej kilka kilometrów. Wiatr zaszumiał złowrogo, odsłaniając wejście do labiryntu między dwoma krzakami. Zupełnie jakby labirynt zapraszał ich do środka. Terry rozejrzał się do okoła, szukając innej drogi, niż ta, która wiodła przez labirynt, ale sieć korytarzy ciągnęła się daleko za horyzont.

- Wiem, gdzie jesteśmy – usłyszał głos Jenny obok siebie – Za labiryntem znajduje się duży las, a dalej krainy elfów. To już niedaleko.

- To świetnie – powiedział Richard – Ale żeby tam dotrzeć musimy przejść przez ten labirynt, prawda?

- Nie da się ukryć – Jenny ruszyła w kierunku wejśćia – Idźcie za mną, poprowadzę was. W labiryncie na pewno będzie dużo pułapek i ślepych zaułków. A ja się na tym znam – dodała.

Nikt nie zaprzeczył. Terry był pewien, że jego przyjaciele też teraz o tym myślą.

- Idziemy – zarządziła Jenny – Dla większej pewności trzymajmy się za ręce. W ten sposób nikt się nie zgubi.

Złapali się za ręce. Jenny prowadziła, Terry szedł ostatni, trzymając za rękę Lilianę. Gdy weszli do labiryntu wejście zasunęło się za nimi, a w labiryncie panowała ciemność. Jedynym źródłem światła był miecz Terry’ego, którego czerwony klejnot świecił mocno.

- Co z tym mieczem? – zdenerwował się Richard – Czemu on tak świeci?

- Świeci odkąd wróciliśmy z nad Morza Zawiści – wyjaśnił mu Terry – Ale… to dobrze. Przynajmniej widzimy, gdzie stawiamy kroki.

Gdy to powiedział w jego głowie pojawiła się straszna myśl. Co jeśli któreś z jego przyjaciół było zdrajcą? Lilianę Terry mógł wykluczyć. Znał ją od dziecka, więc nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby nie być po jego stronie. Może dlatego, że znali się tak długo, a może, bo tak mu się podobała. Z kolei Jenny i Richarda poznał dopiero podczas wyprawy. Richard udał się na nią, bo twierdził, że pragnie zemsty na goblinach, które zabiły mu rodzinę. Terry zadrżał. Tak samo powiedział Christhoper. Mimo wszystko wyjaśnienia Fioletowego Wojownika zdawały się mieć sens, a gdy podczas ostatniej wyprawy spotkali jego zaginioną siostrę, tylko utwierdzili się w przekonaniu, że mówił prawdę. Z kolei Jenny była dla niego prawdziwą zagadką. Gdyby nie jej pomoc w Nawiedzonym Lesie na pewno nie udałoby im się odnaleźć talizmanu i wyjść żywym z poszukiwań. Przyłączyła się do nich, twierdząc, że ich losy są połączone. Miała rację, bo spotkali ją ponownie na kolejnej wyprawie i uratowali z rąk Czarnobrodego. Nagle Terry przypomniał sobie Starego Joe’ego i słowa, z którymi wysłał ich na Morze Zawiści.

„ Ufajcie sobie nawzajem”, tak im wtedy powiedział.

- Poza tym… – pomyślał Terry – Gdyby któreś z nich było zdrajcą, klejnot świeciłby przez wszystkie wyprawy, nie tylko przez tą jedną. Tu musi chodzić o coś innego. Pozbywszy się wątpliwości podszedł do Jenny, która przykładała ucho do jednej z krzewiastych ścian i poświecił jej drogę.

Przeszli do końca korytarza i potem skręcili w prawo. Terry rozpędził się i prawie wpadł do zamaskowanej liściami dziury. Jenny złapała go w ostatniej chwili. Szli powoli, a ponure uczucia nie opuszczały ich ani na moment.

Teraz korytarza labiryntu stały się dużo bardziej ciasne. Nie mogli więc trzymać się za ręce.

- Wszyscy za mną – zakomenderowała Jenny.

Przeszli kawałek, gdy Jenny stanęła jak wryta.

- Stać! – zarządziła i zaczęła rozglądać się dookoła – To niemożliwe.

- Co niemożliwe? -  zapytał Richard, czujnie oglądając się za siebie.

- Wydawało mi się, że wyczułam… Ale nie… To nie może być to o czym myślę.

- Ale co? – Richard złapał za miecz.

Elfka jednak mu nie odpowiedziała.

- Idziemy – powiedziała tylko.

Zdając się na swoją przewodniczką ruszyli za nią. Minęli sieć korytarzy i uniknęli kilku pułapek.

- Tędy – Jenny poprowadziła ich w lewo.

Terry niemal odetchnął z ulgą, gdy drogę przez labirynt oświetliły promyki słońca. Kilka metrów przed nimi znajdowało się wyjście.

On, Richard i Liliana ruszyli szybkim krokiem w kierunku wyjścia. Tylko Jenny została z tyłu.

- Uwaga! – ryknęła nagle – Na ziemię!

Terry padł na ziemię w tej samej chwili, gdy nad jego głową oraz głowami jego przyjaciół przefrunął strumień ognia. Z mroku labiryntu wyłoniło się ogromne monstrum. Był to wysoki na ponad pięć metrów smok. Miał ogromny łeb, czarne ślepia, grubą łuskę w pomarańczowym kolorze. Rozszerzył swoje nozdrza i warknął, ukazując paszczę tak wielką, że mógłby połknąć na raz Terry’ego. Stał przed nimi, tarasując wyjście. Otworzył paszczę i dmuchnął ogniem.

- Za mną – krzyknęła Jenny i pobiegła w korytarz równoległy do tego, w którym się znajdowali.

Smok ruszył za nimi, co chwilę zionąc ogniem. Terry czuł gorąco i żar narastające z tyłu.

- Nie przebijemy skóry smoka – zawołała Jenny, biegnąca obok wojownika – Nie bronią, którą posiadamy. Pozostaje nam tylko jedno wyjście – ucieczka! Jeśli dotrzemy do lasu znajdującego się przed labiryntem będziemy uratowani. To terytorium wielu smoków, które ignorują ludzi, ale mogą zaatakować smoka, bo zazdrośnie strzegą swojego terytorium– powiedziała, przyspieszając, bo kroki smoka było już słychać.

Gnali szybko, nie zatrzymując się i nie oglądając za siebie. Dotarli do rozwidlenia korytarzy. Jeden wiódł w lewo, drugi w prawo, a trzeci biegł środkiem.

- Szybko – Jenny wskazała na korytarze – Którędy idziemy? – spytała.

Nie było jednak czasu na podejmowanie rozważnych decyzji, więc nie zwlekając, bo smok był tuż za nimi, wybrali środkową ścieżkę i pobiegli przed siebie. Ścieżka kończyła się jednak już w połowie.

- To ślepy zaułek – jęknęła Liliana.

- Mam pomysł – powiedział Terry – Ja go odciągnę, a wy pobiegniecie.

- Nie ma mowy- odparła Liliana.

Terry jednak podjął już decyzję. Spojrzał w oczy Jenny i Richardowi. Liliana tego nie zrozumie, ale oni tak. Wiedzieli co to poświęcenie, a poza tym Terry miał plan. Wyglądało na to, że zrozumieli się bez słów. Elfka uściskała Terry’ego nie zważając na krzywą minę księżniczki, a Richard poklepał go po plecach. Do Liliany dopiero po chwili dotarło, że się żegnają.

- Co wy… – zaczęła ze strachem, ale nie dokończyła, bo u wylotu tunelu pojawił się smok.

W jego oczach płonęła wściekłość.

- Będziemy czekać w lesie – usłyszał głos Jenny przy swojej twarzy – Wróć do nas.

Wśród strumieni ognia, Terry podbiegł do smoka i przejechał mu mieczem po brzuchu pokrytym twardymi jak stal łuskami. Jak przewidywał nie zrobiło mu to żadnej krzywdy, ale sprawiło, że smok odblokował wyjście z korytarza i ruszył prosto na niego. Tymczasem Jenny i Richard, który ciągnął za sobą jeszcze wrzeszczącą i krzyczącą coś Lilianę wybiegli z korytarza, a Terry został sam na sam z rozjuszonym smokiem. Gdy monstrum ruszyło na niego i podniosło łapę, by go zgładzić, Terry’emu świat zamigotał przed oczami. Wydawało mu się, że słyszy Lilianę wykrzykującą jego imię. Nagle poczuł przypływ energii. Przemknął się pod łapą smoka i wybiegł z korytarza na rozwidlenie. Starając sięprzypomnieć sobie drogę, mknął przed siebie aż dotarł do wyjścia. Poczuł nieopisaną ulgę, która jednak natychmiast zgasła, bo smok poszedł jego śladem.

Naraz z drugiego końca polany, na którą Terry się wydostał dało się słyszeć jakieś piski, prychnięcia i skrzeczenia. Drugi smok o błękitnej skórze wzbił się w powietrze, machając ogromnymi skrzydłami. Smok, który gonił Terry’ego również poderwał siędo lotu i wyfrunął na spotkanie drugiemu. Zaatakowały. Walka między smokami i wypuszczane co chwilę strumyki ognia przecinały niebo.

Terry zaczął cofać się w kierunku lasu znajdującego się obok. Kątem oka zarejestrował jak błękitny smok zapędza pomarańczowego z powrotem do labiryntu. Dalej jednak nie wiedział co się stało, bo brnął coraz głębiej w las w poszukiwaniu przyjaciół.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział VIII

„Z biegiem rzeki”

Szli na piechotę do wieczora. Bez koni ich wyprawa nabrała znacznie powolniejszego tempa.

- Christhoper na pewno pierwszy dotrze do talizmanu – jęczał Richard.

- Nie martwcie się – pocieszała ich Jenny – Bylebyśmy tylko dotarli do krain elfów, dalej pójdzie już z górki.

Gdy dotarli na małą polanę nad brzegiem rzeki byli już tak zmęczeni, że nie mieli sił iść dalej.

- Odpocznijmy – zasugerował Terry – Zdrzemniemy się godzinę lub dwie, a potem…

- A potem co? – przerwał mu Richard – Nie zajdziemy na piechotę aż na Złote Wzgórze. Nie przed Christhoperem.

- Nie mamy wyboru – odparł Terry, ale po chwili dodał – Ja nie mam wyboru. Wy w każdej chwili możecie zawrócić.

- Daj spokój, Terry – mruknęła Liliana – Pierwsza trzymam wartę.

Terry udał się spać do namiotu. Oczy szybko mu się zamknęły. Poczuł ulgę, bo bardzo chciał się wyspać, a jednocześnie strach, gdyż znów przyśniły mu się koszmary.

Tym razem znalazł się w pobliżu wulkanu. Czuł jak ziemia drżała. Z Espery wybuchała lawa. Nagle wśród gorąca dało się rozróżnić zimny, opanowany i głęboki głos.

Przyjdź do mnie, Terry Moonie. Nie opieraj się. Niech twoja krew wskrzesi mnie z czeluści wulkanu. Przyjdź dobrowolnie, a oszczędzę twoich przyjaciół. Chodź! Chodź!

Terry obudził się z krzykiem. W głowie mu łupało, czuł się okropnie. Jego samopoczucia nie poprawiał też koszmarny ból w czaszce. Nie wiedział ile przespał, ale wyglądało na to, że jego przyjaciele już nie spali, bo Richarda nie było w namiocie.

Terry przypiął do pasa miecz i wyszedł na zewnątrz. Jenny i Richard siedzieli przed namiotami i rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami. Terry nie chciał im przeszkadzać, ale zaniepokoił go brak Liliany. Podszedł więc do nich i zapytał:

- Gdzie jest Liliana?

- W lesie – odparł Richard, wskazując na gęstwinę drzew otaczających polanę – Powiedziała, że musi coś sprawdzić.

- Pójdę jej poszukać – zaniepokoił się wojownik, ale zanim zdążył podjąć w tej sprawie jakiekolwiek działania z lasu wyszła księżniczka. Uśmiechała się. Taszczyła za sobą kilka grubych gałązek drzew.

- Co to jest? – zapytał Terry, otwierając oczy szeroko ze zdumienia, gdy księżniczka rzuciła je na trawę.

- Już wszystko sprawdziłam – odparła księżniczka – Na mapie wyraźnie widać, że jeśli pójdziemy lądem nie dogonimy Christhopera – posmutniała chwilę, ale w jej oczach pojawił się zapał do działania – Konie są martwe, więc musimy znaleźć inny środek transportu.

- Więc co proponujesz? – przerwał jej niecierpliwie Richard.

- Zbudujemy tratwę – w oczach Liliany błyszczały radosne iskierki – Musi być z najgrubszych i największych konarów i gałęzi, by mogła pomieścić czwórkę osób. Popłyniemy rzeką – kontynuowała – W ten sposób zaoszczędzimy wiele godzin, które musielibyśmy poświęcić na wędrówkę pieszo. Z biegiem rzeki mamy szansę dogonić … Christhopera.

Terry nie bardzo wiedział co o tym sądzić.

- Tratwa nie zatonie pod naszym ciężarem? – zapytał.

- Nie, jeśli zbudujemy ją solidnie – Liliana zatarła ręce – Do dzieła!

- Jesteś tego pewna? – chciała wiedzieć Jenny – Nikomu nie pomożemy, jeżeli zatoniemy.

- Jestem pewna – odrzekła Liliana – Pomóżcie mi tylko nazbierać gałęzi.

Jenny wzruszyła ramionami. Razem ruszyli do lasu. Gdy Richard i Jenny próbowali uporać się z jedną z większych gałęzi, Terry odciął mieczem kilka innych. Widząc, że Liliana ma problem z oderwaniem masywnej gałęzi, podszedł do niej i złapał ją za łokieć. Gdy razem pociągnęli za konar, ustąpił on odtrącając ich do tyłu. Odepchnięci znaczną siłą wywrócili się na ziemię, wpadając w błoto. Terry prędko pomógł Lilianie wstać. Księżniczka wytarła mu błoto z czoła wierzchem swojej dłoni. Stali teraz tak blisko siebie, że Terry mógł policzyć jej piegi na nosie.

Nagle rozległ się przeraźliwy wrzask. Z dziupli jednego z drzew wyfrunęło stado nietoperzy. Były szare i oślizgłe. Wytwarzały okropny jazgot, wrzeszcząc, piszcząc i skrzecząc. Otoczyły Terry’ego, Lilianę, Richarda i Jenny. Zaczęły wplątywać się im we włosy. Terry trzepnął jednego ręką, drugiego uderzył płaską stroną miecza. On i Richard pobiegli na skraj lasu, oganiając się od nietoperzy. Gorzej było z Lilianą i Jenny, w których włosach siedziało teraz  po kilka zwierząt. Elfka i księżniczka piszczały i krzyczały, próbując przegonić szkodniki.

- Liliano! Jenny! Chodźcie! – wołali do nich Terry i Richard, ale bez skutku.

Wojownik pobiegł do nich z powrotem. Złapał Lilianę i Jenny za ręce i wyprowadził je na skraj lasu. Słońce oślepiło szamoczące się nietoperze, które wyplątały się z włosów dziewczyn i wróciły w ciemności lasu.

Richard pognał kawałek za nimi, przyniósł na polanę konary i gałęzie, które nazbierali. Resztę poranka spędzili wiążąc pracowicie drewna ze sobą grubymi lianami. Fioletowy Wojownik wystrugał z drewna wiosła.

- Nadszedł czas, żeby przekonać się, czy jest to coś warte – mruknęła Liliana, gdy wjechali tratwą na wody rzeki.

Ruszyli z jej biegiem. Nurt znosił ich trochę w prawo, ale wiosła wykonane przez Richarda, którymi on i Terry zawzięcie wiosłowali.

- Trochę w lewo – powiedziała Jenny, gdy tratwa przechyliła się.

Płynęli kilka godzin. Rzeka nie była zbyt głęboka, więc podróż nie była niebezpieczna. Pod koniec ich trasy u ujścia rzeki znajdował się wodospad.

- Rozbijemy się! – krzyknęła Jenny.

- Richard, w prawo – zawołała Liliana.

- SKACZMY! – wrzasnął Terry.

- Na trzy! – dodał Richard.

- Raz…

- Dwa…

- TRZY!

Skoczyli. Terry poczuł ulgę, gdy wymacał brzeg pod nogami. Niestety Lilianie poślizgnęła się noga i księżniczka wywróciła się. Pewnie by wpadła do rzeki, gdyby nie ręka Terry’ego.

- Trzymam cię – szepnął wojownik, wciągając ją na brzeg.

Odwrócili się gotowi do dalszej wędrówki, gdy nagle ich oczom ukazało się coś na co serce wskoczyło Terry’emu do gardła. Przed nimi rozciągał się labirynt.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział VII

„Wśród zbóż”

Wstali wcześnie, zwinęli obozowisko i zjedli śniadanie w postaci racy żywnościowych z plecaków.

- Co wskazuje mapa? – spytała Jenny Terry’ego siadając obok niego na trawie.

Nie zaczesała dziś czerwonych, długich włosów. Odrzuciła je do tyłu, odgarniając grzywkę z czoła i mrugając zielonymi oczami.

- Terry? – roześmiała się – Jesteś tu jeszcze?

- Taak – Terry też zamrugał oczami -Żeby dotrzeć do krain elfów musimy kierować się na północ. Na mapie zaznaczona jest droga i niektóre obiekty. Kawałek stąd znajduje się Pustkowie – tu wymienił z Richardem porozumiewawcze spojrzenie.

Podczas ich pierwszej wyprawy do Nawiedzonego Lasu, gdy podróżowali tylko we dwójkę przemierzali kawałek Pustkowia, tyle że w zupełnie innych rejonach Armeni.

- Co to jest Pustkowie? – spytała Jenny – Niezbyt fajna nazwa.

- Rozległe, niebezpieczne, opustoszałe tereny – wyjaśnił Richard – Ciągną się pasem przez duży kawałek Armeni.

Wstali więc, spakowali skromny dobytek i wskoczyli na konie.. Terry zerkał co chwilę na Lilianę, gdy już ruszyli, kierowani wskazówkami rzucanymi przez Richarda, który przejął mapę. Księżniczka jechała wyprostowana z pewną siebie miną, ale Terry widział w jej oczach smutek, który nie zniknął jeszcze po zdradzie Christhopera. Terry poczuł nagły przypłym złości na chłopaka. To przez niego Liliana płakała. Miał ochotę krzyczeć. Był przecież wojownikiem. Miał chronić rodzinę królewską, a nie był w stanie ocalić przyjaciółki przed Christhoperem. Nie wiedział co on zrobił ani co powiedział, żeby wzbudzić zaufanie Liliany, ale w jakiś sposób mu się to udało.

Podróż poszła łatwo. Jechali przez kilka godzin bez przerwy, a postój zrobili dopiero w ciemnym lesie, kiedy konie były już zmęczone i nie chciały iść dalej z powodu głodu oraz pragnienia.

Terry zeskoczył z wierzchowca i podał mu bułak z wodą i jabłko. Zwierzę chłeptało i jadło energicznie i po chwili dziarsko potrząsało grzywą gotowe do dalszej drogi.

Gdzieś koło południa, gdy słońce było wysoko na niebie wyjechali z ciemnych, ponurych terenów Pustkowia na rozległe, ciągnące się aż po horyzont pola obsiane zbożem. Wyglądało na to, że nikt o nie nie dbał, bo choć urosły na imponującą wysokość wyglądały na opuszczone i zaniedbane, a niektóre były wręcz uschnięte i obumarłe.

- Zasłaniają drogę – jęknął Richard.

- A co pokazuje mapa? – chciał wiedzieć Terry

- Pokazuje, żeby iść ścieżką – odparła Jenny, zerkając Terry’emu przez ramię – Ale te pola tak się rozrosły, że zupełnie zasłoniły jakąkolwiek ścieżkę.

- Rozdzielmy się – zaproponował Richard – Niech każdy próbuje znaleźć właściwą drogę.

Zeszli z koni i przypięli je do drzewa. Po chwili przyjaciele Terry’ego zniknęli wśród zbóż, a on sam również zagłębił się w roślinach. Krążył dookoła, próbując znaleźć choćby fragment drogi, ale po kilkunastu minutach zrezygnował, mając nadzieję, że jego przyjaciołom się powiedzie.

Wrócił do miejsca, gdzie przywiązali konie i groza chwyciła go za gardło. Konie leżały bezwładnie na trawie z otwartymi oczami. Terry podszedł do nich. Przesuwał ręką po ciałach zwierząt, próbując wyczuć oddech i bicie serca, jednak na próżno. Konie były martwe, a na brzuchu każdego z nich widniała paskudna rana.

Strach obezwładnił Terry’ego. Wojownik czuł się jak podczas ich pierwszej wyprawy do Nawiedzonego Lasu, gdy spotkali czarnego wojownika emanującego przerażeniem, które paraliżowało i uniemożliwiało działanie. Teraz Terry czuł się podobnie. Nie mógł się ruszyć z miejsca, więc stał wpatrując się w zabite konie. Otrzeźwiał dopiero, gdy uświadomił sobie, że ktoś, kto tego dokonał na pewno znajduje się blisko. Wtedy puścił się biegiem w zboża. Jego przyjaciele mogli być w niebezpieczeństwie.

- Jenny! Richard! – krzyczał – LILIANO!

Pędził ile sił w nogach próbując ich znaleźć. Po chwili wpadł na Jenny. Zderzyli się i poturlali na zimię. Elfka potknęła się i wylądowała na wojowniku.

- Co się dzieje? – zapytała, podnosząc się z ziemi.

- Jesteśmy w niebezpieczeństwie – wyharczał Terry i urwał, bo kawałek dalej słychać było czyjś krzyk. Terry złapał Jenny za rękę i pobiegli w kierunku, który jak im się wydawało należał do Liliany.

Księżniczka i Richard stali wśród zbóż otoczeni przez watahę wilków. Zwierzęta wyły głośno, zbliżając się do nich na co raz mniejszą odległość. Wyglądały na zabiedzone i wygłodniałe. Richard stanął przed Lilianą i odganiał od nich wilki wymachując mieczem.

- Precz! – krzyknął Richard – Idźcie sobie!

Terry wyciągnął miecz, a Jenny napięła swój łyk. Jedna z jej strzał przeszyła na wylot bestię znajdującą się najbliżej Richarda i Liliany. Do wilków dotarło, że większe zagrożenie wynika od elfki. Podzielili się na dwie grupy i zawarczały. Troje z nich wciąż szarżowali na księżniczkę i Fioletowego Wojownika, a pozostała piątka za cel obrała wojownika i elfkę. Terry dobył miecza, ale na wilkach nie zrobiło to większego wrażenia.

Wilki były już blisko. Terry spanikował. Chciał rzucić się do ucieczki, ale wiedział, że przeciwnicy szybciej by go przegoniły. I wtedy ponad wilkami ją zobaczył. Liliana przeskoczyła przez wilka i kilkoma szybkimi susami wdrapała się na duży kamień stojący w pobliżu. Napięła łuk i oddała kilka strzałów. Dwa z wilków powaliła, zaś Richard i Jenny ubili po jednym. Terry ze zdwojoną energią ruszył do walki. Pokonał najbliżej stojącego wilka, ale trójka pozostałych już go otoczyła. Stanął gotowy, by odeprzeć ciosy, gdy jeden z wilków podciął mu nogi. Wojownik wylądował na ziemi, a jego miecz potoczył się kilka metrów dalej. Strzały Liliany dosięgnęły już dwóch pozostałych wilków, ale ostatni z nich oparł łapy o pierś Terry’ego i warczał nieprzyjaźnie, ukazując całe rzędy białych kłów.

- To już mój koniec – pomyślał, patrząc w jego paszczę.

Strzała Liliany przeleciała obok nich, nie trafiając w cel.

- Liliano, wyżej! – jęknął Terry.

Tego się obawiał. Księżniczka zawsze miała problem z celowaniem do znajdujących się wysoko celów.

- Teraz jednak przymknęła oczy i naciągnęła strzałę.

- Od tego zależy życie Terry’ego – pomyślała, przez co oblały ją fale gorąca.

Wyobraziła sobie, że znowu jest w lesie z Christhoperem. Przypomniało jej się jak chłopak złapał ją za ręce i ustawił tak, by udało jej się trafić do celu.

Wzięła oddech i wypuściła strzałę. Zamknęła oczy. Nie chciała widzieć jak to wszystko się skończyło. Otworzyła je dopiero, gdy poczuła, że jakieś ciepłe dłonie łapią ją za ręce i pomagają zejść z kamienia.

Terry stał obok niej, a martwe ciało przeszytego strzałą, ostatniego z wilków leżało kilka metrów dalej. Liliana wzięła twarz wojownika w swoje ręce, jakby chciała się upewnić, że jest cały i zdrowy. Terry miał nadzieję, że się nie zaczerwienił. Uściskał Lilianę, ale tym razem w oczach księżniczki nie pojawiły się żadne łzy.

- Musimy ruszać – powiedziała zdecydowanym tonem, a były to jej pierwsze słowa, które wypowiedziała w obecności wszystkich podczas ich wyprawy na Złote Wzgórze.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział VI

„Wyprawa się rozpoczyna”

Jechali w milczeniu. Cisza przerywana była albo ledwo co słyszalnym łkaniem Liliany, albo smutno szemrzącym wiatrem. Nikt się nie odzywał. Jenny była wyjątkowo poważna, a Richard jakby nie wiedział o czym zagadać. Tak upłynęły pierwsze dwie godziny wędrówki. Terry pomyślał, że jeśli tak ma wyglądać cała wyprawa to będzie ona najsmutniejszą ze wszystkich.

Zatrzymali się przed zielonym lasem, przez który przebiegało kilka dróg.

- Dokąd teraz? – zawahał się Richard, przerywając ciszę.

Terry poczuł ulgę, gdy usłyszał jego głos. W głowie wojownika natychmiast pojawiła się myśl, o której zapomniał powiedzieć przyjaciołom.

- Nie mam pojęcia – odpowiedział – Ale wiem jak możemy to sprawdzić.

Jenny, która dotychczas mruczała coś pod nosem zamilkła.

- Jak chcesz to sprawdzić? – zapytała – Zupełnie nie pamiętam, którędy jechało się do krain elfów.

- Byłaś tam już? – chciał wiedzieć Richard.

- Mieszkałam tam przez większy czas mojego życia – odparła elfka – Ale niezbyt chętnie tam wracam.

Nie powiedziała nic więcej, ale jej skrzywiona mina wystarczyła Richardowi za odpowiedź, więc nie naciskał.

Tymczasem Terry zeskoczył z konia i ze swojego plecaka wyciągnął czarny, szmaciany worek, ten sam, który wręczył mu Modest, gdy Liliana żegnała się z matką. Położył go na ziemi i wyciągnął z niego dwa przedmioty. Pierwszym był kawałek starego pergaminu, a drugim malutka buteleczka z fioletowym płynem w środku.

- Talizmany! – zakrzyknęła Jenny ze zdumieniem – Jak… dlaczego…

- Modest uznał, że tak będzie lepiej – wyjaśnił Terry, przypominając sobie pożegnanie z Modestem – Nie znaliśmy drogi, a Johaness nie zdążył opowiedzieć nam o niej. Mapa, która zawsze wskaże drogę przyda nam się bardzo. A i lekarstwo na ostatniej wyprawie okazało się niezwykle użyteczne.

- No tak – Richard pokiwał głową – Ale jeśli złapie nas Christ… – urwał, patrząc z niepokojem na Lilianę – Ale jeśli złapią nas sługi Króla Ciemności możemy stracić i te talizmany.

- Trudno – Terry wzruszył ramionami – Musimy zaryzykować.

Terry przykucnął obok mapy. Wcześniej nie używał tego talizmanu jako, że nie było takiej potrzeby. Rozwinął mapę. Na środku pergaminu widniał duży napis.

Wypowiedz miejsce, do którego się kierujesz.

- Złote Wzgórze – wyszeptał zdziwiony.

Mapa pojaśniała dziwnym blaskiem, a Terry, Jenny, Liliana i Richard przypatrywali się jej ze zdumieniem, gdy na jej powierzchni zaczęła pojawiac się szczegółowa trasa wyprawy.Drogi i ścieżki splatały się ze sobą, wskazując im trasę. Na mapie zaznaczona była ścieżka prosto.

Terry zwinął mapę, a potem schował ją i lekarstwo do worka i schował do plecaka.

- Jedziemy prosto – zarządził.

Wciąż zdziwieni ruszyli przez las. Jakieś trzy godziny później, gdy słońca wciąż nie było widać zatrzymali się, by odpocząć. Na polance znajdującej się za lasem rozbili dwa namioty: jeden dla chłopców, drugi dla dziewczyn.

Liliana zgłosiła się, by pierwsza trzymać wartę. Chciała chwilę pobyć sama. Terry nie mógł spać, więc wyszedł do niej. Siedziała skulona kilka metrów przed namiotami. Terry podszedł do niej. Miała na sobie tylko koszulkę i spodnie, więc było jej zimno. Drżała. Terry ściągnął z siebie kurtkę i zarzucił jej na ramiona.

Odwrócił się do niego. Oczy błyszczały jej od łez. Wojownik usiadł koło niej.

- Nie płacz – powiedział – Nie warto.

Wyciągnęła do niego ręce. Terry przytulił ją i delikatnie pogłaskał po policzku. Siedzieli tak objęci przez kilka minut aż oddech Liliany powoli się wyrównał. Terry odusnął się od niej. Przyłapał się na tym, że cały czas na nią patrzy i nie może od niej oderwać wzroku.

Chciał ją znowu objąć, ale zanim podjął jakieś działania w tej sprawie, Liliana odezwała się.

- Pamiętasz dawne czasy w pałacu? – spytała.

Już nie płakała. Teraz na jej twarzy pojawiło się coś w rodzaju melancholii.

- Byliśmy tylko dziećmi – wspominała – Pamiętasz jak razem uczyliśmy się etykiety i przesiadywaliśmy w bibliotece?

- Taa… stare czasy – Terry zamyślił się.

- Może i stare – przytaknęła – Ale chciałabym, żeby wróciły.

Zadrżał, gdy złapała go za rękę. Drugą rękę włożył do kieszeni. Znalazł tam pomiętą kartkę. Rozprostował ją. Oczom Terry’ego ukazała się notatka o Johanessie Burke, którą wyrwał z książki w bibliotece pałacowej na samym początku ich wyprawy.

- Co to? – zapytała Liliana.

- To z jednej z pałacowych książek – Terry zachichotał, gdy przypomniało mu się jak się martwił, żeby nie zauważyła, że wyrwał z niej kartkę.

Liliana przewróciła oczami i na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Spojrzała w księżyc i natychmiast on zgasł.

- Próbowaliście mi powiedzieć, że Christhoper… jest zły – powiedziała ze łzami w oczach – Przykro mi, że wam nie wierzyłam. Wciąż się zastanawaiam, dlaczego uratował mi życie… – Liliana otarła łzy wierzchem dłoni – Wtedy z niedźwiedziem.

- Kto wie – Terry starał się, żeby to co miał powiedzieć zabrzmiało jakby się niczym nie przejmował – Może wpadłaś mu w oko.

Liliana spojrzała na niego zdziwiona po czym pokręciła głową.

- Nienawidzę tych wypraw! – krzyknęła nagle ze złością, a Terry ze strachu puścił jej dłoń – Najpierw Miasto Zła, teraz Christhoper! – wywrzeszczała.

- Więc dlaczego mi towarzyszysz? – spytał łagodnie Terry.

- Czy to nie jest oczywiste? – Liliana spojrzała na niego jak na wariata.

- Nie – mruknął cicho Terry po czym dodał głośniej – Idź spać, przejmę twoją wartę.

- Nie… – mruknęła Liliana, a oczy same się jej zamknęły.

Jej głowa opadła na ramię Terry’ego. Wojownik i księżniczka siedzieli tak aż do wschodu słońca. Gdy słońce wzbiło się na niebo, nadając mu różowy kolor, Terry szepnął trochę do śpiącej Liliany, trochę do siebie:

- Wciąż jest nadzieja – wyszeptał – Na spokojną i bezpieczną Armenię… I na nas…

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział V

„W drodze ponownie”

O północy Terry’ego zbudziły jakieś krzyki. Wydawało mu się, że rozpoznał głos Modesta. Po chwili ktoś zastukał w drzwi jego komnaty. Ukazała się w nich ciemna postać. Po chwili z głowy Liliany spadł kaptur.

- Wybacz, że cię budzę – wycedziła zimno – Modest zwołał naradę w sali tronowej.

Ton jakim to powiedziała tylko utwierdził Terry’ego w przekonaniu, że księżniczka wciąż się na niego gniewa o oskarżanie Christhopera.

- Co się dzieje? – spytał o wiele za chłodno niż chciał.

- Nie wiem – ich spojrzenia skrzyżowały się i Terry zauważył, że Liliana drży i jest bardzo blada.

- Co się dzieje? – powtórzył.

Przysunęła się do niego. Stała teraz tak blisko, że Terry mógł policzyć jej piegi na nosie.

- Nie mam pojęcia – jej oczy rozszerzyły się jej ze strachu i przez chwilę przypomniała starą, dobrą Lilianę – Modest biegał po pałacu. Wpadł do mojego pokoju i coś krzyczał. Nie wszystko do mnie dotarło, bo byłam zaspana. Z tego co zrozumiałam mamy natychmiast stawić się w sali tronowej. Stało się coś strasznego. Modest polecił mi obudzić ciebie, a sam pobiegł do innych pokoi.

- Ciekawe co się stało – powiedział Terry wciąż się nie uśmiechając.

- Chodźmy się przekonać – Liliana niezręcznie klepnęła go po ramieniu i razem pobiegli w kierunku sali tronowej.

Tam czekali już na nich Johaness, Scarlett, Richard, Jenny i królewska para oraz Modest.

- Za mną – zakomenderował ten ostatni.

Terry rozglądnął się. Spodziewał się ujrzeć Williama, ale ten odjechał do domu zaraz po przyjęciu. Twarze jego przyjaciół wyrażały zaskoczenie. Podążali ślepo za Modestem, który zdecydowanym krokiem prowadził ich do najbardziej oddalonej części pałacu.

- Modeście – zagadnęła go Liliana – Gdzie idziemy? Co się stało? – próbowała się dowiedzieć.

- Powiem ci co się stało! – krzyknął Modest – Zdrada!

- CO?!

Terry jeszcze nigdy nie widział Modesta w takim stanie. Król i królowa byli również zdumieni.

- Modeście – odezwała się nagle księżniczka – Czy my idziemy do komnaty Christhopera?

Modest spojrzał na nią smutno.

- Lepiej, żebyś nie wiedziała, dziecinko – powiedział, a gdy znaleźli się w pokoju Christhopera dodał – Byłem u siebie w komnacie, gdy zawołała mnie pokojówka. Adele jest bardzo porządna i przybyła tu, by posprzątać w tym pokoju po wizycie Christhopera. Kiedy odsunęła łóżko zauważyła za nim nóż, który zostawił Christhoper. Nie wiedziała co z nim zrobić. Przyszedłem, więc tu za nią, bo coś nie dawało mi spokoju. I wtedy to zobaczyłem – Modest odsunął łóżko.

Na samym dolem w rogu ściany widniało koło przebite dwoma skrzyżowanymi strzałami. Wyglądało na to jakby ktoś go wyrył nożem w ścianie, jakby ktoś wygrawerował tu znak Króla Ciemności.

Terry zauważył jak Liliana blednie.

- To jeszcze nie wszystko – ciągnął Modest.

Wziął wciąż leżący na podłodze nóż i podał Lilianie. Na klindze noża widniał taki sam znak, symbol Króla Ciemności oraz napis w języku, którego Terry nie znał.

- Runy elfów – mruknął Modest – Jenny, mogłabyś…?

Elfka wzięła nóż do rąk i wnikliwie mu się przyjrzała. Po chwili pobladła i ze strachem spojrzała na Modesta.

- Co? – zapytała Scarlett – Co tu jest napisane?

Kiedy przemówiła drżały jej wargi.

- Tu jest napisane: Właśność Króla Ciemności.

Wśród przyjaciół Terrye’go wybuchnęło zamieszanie. Wszyscy krzyczęli i panikowali. Terry wśród panującego chaosu zauważył, że Liliana osuwa się na podłogę i ukrywa twarz w dłoniach. Wyglądała jak ktoś, komu zawalił się świat.

Terry nie wiedział jak blisko byli ona i Christhoper, ale podejrzewał, że co najmniej się przyjaźnili.

- Spokój! – ryknął Modest.

Wojownik aż podskoczył. Wciąż zdarzało mu się zapominać jak silny był Modest, od kiedy uzdrowili go talizmanem.

- Musimy działać szybko – powiedział – Możemy śmiało założyć, że wyścig po talizman się rozpoczął – spojrzenia jego i Terry’ego się skrzyżowały i chłopakowi zdawało się, że dostrzegł tam coś w rodzaju współczucia.

I nagle uświadomił sobie co to znaczy. Nie wiedzieli, gdzie jest teraz Christhoper, ale jeżeli faktycznie ruszył na poszukiwanie talizmanu to mógł być już daleko.

- Tak – pomyślał Terry – To byłby świetny plan. Wierzylibyśmy, że Christhoper jest naszym sprzymierzeńcem, ale gdyby odnalazł talizman nie przyniósłby go do pałacu, a Królowi Ciemności. A my siedzielibyśmy wygodnie i gdy dotarłoby do nas co naprawdę się stało byłoby już za późno. Ale Christhoper jest tylko człowiekiem. I popełnił ogromny błąd zostawiając nóż w komnacie.

- Król Ciemności zrobi wszystko, by nasza misja się nie udała – ciągnął Rings – Zagwarantuje nam złudne pozory bezpieczeństwa. Wzbudzi nadzieję, by później ją brutalnie zgasić. Terry? – głos mu drżał.

A Terry już wiedział co musi zrobić. Wstał i spojrzał na Lilianę. Siedziała bez ruchu z głową między kolanami. Chciało jej się krzyczeć i wyć ze złości jednocześnie. Już zaczynała lubić Christhopera, ale oczywiście musiało się okazać, że służy on Królowi Ciemności.

- Może to jakaś pomyłka – pomyślała z nadzieją, ale gdzieś w głębi ducha wiedziała, że nie może być mowy o pomyłce. Zgasła ostatnia nadzieja, że Christhoper może być po ich stronie.

Liliana poczuła na ramieniu uścisk dłoni Terry’ego. I wtedy po policzkach zaczęły cieknąć łzy. Nie docierały do niej słowa Richarda, który próbował ją pocieszyć i współczujące słowa rodziców. Nie słyszała nawet jak Terry powiedział.

- Musimy działać bardzo szybko – zarządził wojownik – Nie wiem, gdzie już jest Christhoper – ostatnie słowo wymówił ostrożnie, jakby się bał, że spowoduje wybuch płaczu Liliany – Ale pewny jestem, że ruszam na kolejną wyprawę. Tu i teraz.

Nikt się nie odezwał. Wpatrywali się w Terry’ego z mieszaniną strachu i podziwu. Po chwili milczenia Modest odezwał się.

- Wcześniej nie byłem do tego zdolny, gdyż trawiła mnie choroba, ale teraz… Jestem gotowy wyruszyć za ciebie na wyprawę, Terry. Jeśli nawet to będzie konieczne…

Przerwał mu Johaness.

- Nie Modeście – powiedział – Ta misja to od początku piętno Terry’ego. A poza tym musisz zostać w pałacu, by chronić rodzinę królewską – popatrzył na Lilianę – Musimy ostrzec też najzwyklejszych mieszkańców Armeni o zbliżającej się wojnie. Pomożesz szkolić Fioletowych Wojowników do walki. Roboty jest tu dla ciebie dużo.

- Chciałeś chyba powiedzieć króla i królową – rzekła nagle Liliana drżącym głosem, ale Terry i tak był pełen podziwu, że się odezwała.

- Yyy… – zdumiał się Johaness – Dlaczego tak sądzisz?

- Bo ja idę z Terrym.

Johaness spojrzał na nią krzywo, a Terry miał ochotę krzyczeć z radości. Wiedział, że go nie zostawi.

- Nie wiem jak blisko byliście ty i Christhoper, – oznajmił nagle Modest, a wojownik poczuł, że się czerwieni ze złości – ale zdajesz sobie sprawę, że być może będziecie musieli z nim walczyć na śmierć i życie? Nie jestem pewien… – spojrzał na jej zapłakaną twarz – czy dasz radę.

Liliana tępo wpatrywała się w dal.

- On nie jest zły – powiedziała cicho – Jeśli go spotkamy to może uda nam się go namówić, żeby przyłączył się do nas.

- Liliano, prawdopodobnie jeśli się spotkamy skończy się to walką… na zabijanie – sucho stwierdził Richard.

- My? – uśmiechnął się Terry.

- Oczywiście – Richard wyszczerzył zęby – Nie sądziłeś chyba, że pozwolę wam iść samym?

- Wszystko to na nic, jeśli nie pójdzie elf – wtrącił Johaness – Droga na Złote Wzgórze wiedzie przez krainy elfów. A elfy niechętnie witają gości. Z elfem jako przewodnikiem może od razu was nie zabiją.

Terry poczuł jak Jenny chwyta go za rękę.

- Jestem z wami – powiedziała – Elfowie ze mną was nie zabiją.

- Skąd ta pewność? – zapytał Johaness, ale uśmiechnął się.

- Powiedzmy, że jestem tam dosyć znana – ponuro odparła Jenny.

- Musimy wyruszać już teraz, jeśli chcemy doścignąć Christhopera – Terry zebrał się w sobie.

Był gotowy do działania. I tak nigdy nie wierzył, że ta wyprawa skończy się na Morzu Zawiści. Chciał utrzeć nosa Królowi Ciemności i jego sługom.

- Chcecie wyruszyć teraz?! – z paniką zapytała królowa Aspazja z przerażeniem patrząc na córkę – Pod osłoną nocy?

- Oczywiście – Johaness zerwał się – Pójdę przygotować konie.

Wybiegł z pokoju energicznie potrząsając głową. Inni też zeszli do sali tronowej. Lilianie przypomniało się, że zaledwie kilka godzin temu tańczyła tu z Christhoperem. Płacz powrócił ze zdwojoną siłą. Zaszlochała cicho, a po jej policzkach znów zaczęły płynąć strumienie łez. Zupełnie nie wiedziała, kiedy matka ze łzami w oczach podeszła ją uściskać na pożegnanie.

- Nie martw się – szepnęła królowa Aspazja – Jest ktoś kto cię nie zostawi.

Liliana spojrzała na zasmuconą twarz matki.

- Wiem, że mnie nie zostawisz – wyszeptała.

Na twarzy królowej pojawił się uśmiech.

- Och… ja mówiłam o kimś innym.

Spojrzała w kierunku Terry’ego, który właśnie ściskał dłoń na pożegnanie Modestowi i Johanessowi. Ten pierwszy podał mu właśnie jakiś worek. Zanim zdążyła się zastanowić o co jej matce chodziło jej uwagę przykuło coś innego.

Richard i Scarlett żegnali się w rogu Sali wyraźnie się o coś kłócąc.

- Nie możesz z nami jechać! – zawołał Richard podniesionym głosem – To niebezpieczne nawet dla ciebie. Nie wiesz czym to grozi, jak straszliwe niebezpieczeństwa na nas czekają. Mogłabyś… mogłabyś zginąć.

- No to co?! – przerwała mu Scarlett – Ty nie rozumiesz, że jeśli ty zginiesz moje życie nie będzie nic warte. Nie mam już nikogo prócz ciebie! – wywrzeszczała mu w twarz.

Richard westchnął. Nawet, kiedy krzyczała była ładna. Czarne włosy poplątały jej się, a oczy tego samego koloru w miarę jak unosiła się gniewem robiły się co raz większe.

- Powiedz mu, Terry – tym razem Scarlett zwróciła się do niego – Powiedz mu, że mogę iść z wami!

Terry zmieszał się. Nie znał Scarlett zbyt dobrze. Poznali się, gdy jego i Lilianę porwały gobliny, a Richard i Scarlett pomogli im uciec. Nie chciał rozsądzać między nią i Richardem.

- Richard ma rację, Scarlett – usłyszał głos Jenny – Ta wyprawa to nie zabawa, czy też kolejne ćwiczenia.

Scarlett spojrzała na nią pogardliwie. Stały tak mierząc się wzrokiem, a w Terry’ego uderzyła myśl, że nie chciałby obstawiać wyniku starcia między nimi.

- Scarlett – powiedział w końcu – Zostań. Przydasz się Johanessowi. Ja… obiecuję, że Richard do ciebie wróci.

Ich spojrzenia skrzyżowały się. W Terry’ego uderzyło, że widzi łzy w jej oczach.

- To nie mógł być przypadek, że to właśnie ty wyruszyłeś na tą wyprawę – powiedziała i cicho dodała – Dziękuję.

Terry jak we mgle pamiętał co zdarzyło się potem. Wydawało mu się, że Scarlett całuje Richarda w usta, rzuca triumfalne spojrzenie Jenny, odchodzi i staje obok Johanessa. Terry wyszedł na dwór, wsadził Lilianę na konia i razem z Richardem i Jenny wskakują na swoje rumaki, które ze stajni pałacowych przyprowadził przywódca Fioletowych Wojowników.

Terry poczuł dreszcz, gdy chłodne, nocne powietrze owiało mu twarz. Zarzucił plecak z wyposażeniem na ramię. Powoli jak we śnie machnął lejcami konia i ruszył przed siebie razem z przyjaciółmi. Zostawił za sobą pałac Avila, królewską parę, Modesta, Johanessa, Scarlett. Czuł pęd wiatru. I tylko jedna rzecz nie podobała się Terry’emu. Po twarzy Liliany cały czas płynęły łzy, a z gardła księżniczki co chwilę wydobywał się stłumiony szloch.