Wojownicy i Złote Wzgórze

Epilog

Król Argus zszedł do sali tronowej, skubiąc brodę ze zdenerwowania. Otworzył drzwi pomieszczenia i powoli skierował się do tronu, czując na sobie spojrzenia dostojników i radnych. Szepty za jego plecami ucichły. Wszyscy wpatrywali się we władcę Armeni. Tyle, że władca Armeni był bezsilny wobec panującej w królestwie paniki i nadchodzącej wojny. Wedle doniesień gazet armeńskich stało się to, czego król Argus obawiał się najbardziej. Król Ciemności powstał. Nie tylko gazety przed nim przestrzegały. Całą Armenią wstrząsnęło wydarzenie, które miało miejsce kilka godzin temu. Z okolic Doliny Mroku dało się słyszeć głośny wybuch po czym na niebie pozostała na niebie duża, czarna, cały czas się powiększająca chmura. Król Argus dobrze wiedział, że mogła być ona skutkiem wybuchu wulkanu. Spojrzał na wpatrujących się w niego dostojników oraz radnych i aż zaniemówił z wrażenia. W gardle miał sucho. Czuł nagły przypływ paniki i przerażenia. Rada uparła się, by zwołał zebranie nadzwyczajne w związku ze zbliżającą się wojną, a Argus jako król Armeni musiał na nim być. Spojrzał na nich. Miał pustkę w głowie, a dostojnicy najwyraźniej oczekiwali aż pokrzepi ich jakąś podnoszącą na duchu mową. W tej chwili jednak nie miał na to ochoty i niepokoił się, że nie zabrzmiałby wiarygodnie, mogąc przez przypadek wyjawił jak bardzo martwi się o córkę.

Już miał oddać głos jednemu z radnych, gdy drzwi otworzyły się z hukiem. Z opresji uratowali go Modest i Johaness stojący w drzwiach.

- Argusie! – zawołał Rings, a wśród radnych przebiegł szmer na tak poufałe zwrócenie się do króla – We Flynetcher odbywają się masowe protesty. Ludzie chcą wiedzieć co się dzieje. Rządają wizyty króla. Grożą, że wedrą się do pałacu. Są niespokojni.

Król Argus zerwał się.

- Ci ludzie potrzebują wyjaśnień – powiedział – Porozmawiam z nimi. Rada odwołana – rzucił prędko i ruszył za Modestem i Johanessem w kierunku karety, która miała ich zawieźć do wioski.

Gdy przybyli do Flynetcher było już późne popołudnie. Ludzie wpatrywali się w Argusa z niedowierzaniem i powątpiewaniem. Za nim czujnie stali Modest i Johaness.

- Przyjaciele! – rozpoczął Argus – Doszły mnie słuchy, że we Flynetcher miały miejsce protesty. Chciecie wiedzieć co się dzieje. Dobrze, powiem wam. Nie ma sensu już tego przed wami ukrywać. Król Ciemności powstał.

Przez tłum przeszedł szmer, ale miny słuchających wskazywały na to, że król nie powiedział niczego odkrywczego.

- Kilka miesięcy temu wysłałem pałacowego wojownika na wyprawę, pozostałych dwóch zabił Król Ciemności. Miał przynieść i odnaleźć cztery talizmany, magiczne przedmioty o potężnej mocy – tu popłynęła długa opowieść.

Wieśniacy słuchali w milczeniu o wyprawie, jej skutkach i zagrożeniach jakie niosła. Argus opowiadał im wszystko co wiedział, nie zatajając żadnych szczegółów. Nie widział w tym sensu. Wróg powstał i działał. Już nic nie mogło pogorszyć sytuacji.

Kiedy skończył ludzie wpatrywali się w niego. W powietrzu panowała nienaturalna cisza. Przerwał ją czyjś słaby głos.

- Jak się nazywał ten wojownik? – zapytała wysoka, czarnowłosa kobieta.

Serce króla Argusa zamarło, gdyż poznał ją. Wciąż pamiętał dzień, kiedy razem z mężem i czteroletnim synem przyszła na jego dwór.

- Lidia – przypomniał sobie – Tak się nazywa.

Matka Terry’ego patrzyła na niego dużymi oczami. Choć czas pozostawił ślady na jej twarzy to Argus wciąż żywo pamiętał smutek w jej oczach, gdy oddawała syna na służbę króla.

- Terry Moon – powiedział cicho – Tak się nazywał, Lidio.

Kobieta pobladła.

- Mój syn… – wyszeptała po czym osunęła się bezwładnie w ramiona stojącego obok niej mężczyzny.

Wybuchło zamieszanie.

- Lekarza! – zawołał ktoś.

- ZJEDNOCZMY SIĘ! – kontynuował Argus – Armenia zbyt długo była zniewolona. Czas na nasz głos. Razem obronimy planetę przed tymi, którzy chcą zasiać na niej spustoszenie. Obrońmy ją przed Królem Ciemności! Odeprzyjmy ataki, które na pewno będą miały miejsce w niedalekiej przyszłości!

Kiedy król Argus wrócił do pałacu wciąż pamiętał ożywienie jakie zapanowało po jego słowach. Nie mógł jednak wiedzieć, że tego wieczoru w całym Flynetcher ludzie gromadzili się po kilka osób, wznosili toasty, mówiąc cicho:

- Za Terry’ego Moona! – wołali – Za jego towarzyszy! Za wolną Armenię! Za króla! Precz Królowi Ciemności! Precz jego sługom! Za Armenię, Flynetcher, bezpieczeństwo, wojownika!

Tego wieczoru wszyscy byli radośni i naładowani pozytywną energią, jednak w głębi serc wiedzieli, że nastały niebezpieczne czasy dla Armeni. Król Ciemności rozpoczął swe nikczemne działania. Jednak jedno było pewne. Nie będzie mu łatwo podporządkować sobie  prostych ludzi z dobrocią i walecznością w sercach, mieszkańców Flynetcher i innych wiosek, Terry’ego i jego przyjaciół, nawet siłą.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XXIII

„Pytania i odpowiedzi”

Obudził się w ciemnej jaskini. Nad nim pochylała się Espera. Spojrzała na niego z troską, gdy otworzył oczy. Natychmiast podbiegła do niego Liliana. Pomogła mu usiąść. Terry jęknął. Kręciło mu się w głowie i było niedobrze. Musiał chwycić księżniczkę za ramię, żeby znowu nie upaść. Zauważył, że Richard patrzy na niego z niepokojem i po chwili dotarło do niego dlaczego. W miejscach, gdzie wcześniej miał rany, siniaki i zadrapania znajdowały się teraz sinogranatowe plamy.

- To robota pani Espery – wyjaśnił mu Richard – Wyleczyła cię za pomocą magii. Mówię ci to było niesamowite! Po prostu machnęła ręką i wszystkie twoje rany poznikały, zostawiając po sobie tylko granatowe plamy.

- Mówcie mi po imieniu – odezwała się Espera – Nie martw się, Terry. Plamy też się zagoją w swoim czasie – dodała, bandażując mu ramię dużymi liściami.

- Co się stało? – zapytał Terry – Pamiętam tylko świetlisty rydwan, a potem…

- A potem przylecieliśmy tu – dopowiedziała Liliana – I Espera cię wyleczyła.

Terry zamilkł na chwilę po czym spytał:

- Co tak naprawdę wydarzyło się w Dolinie Mroku?

Espera zasmuciła się. Wcześniej na jej pięknej twarzy malował się delikatny uśmiech, to teraz zniknął bez śladu.

- Żeby ci to wyjaśnić muszę zacząć od początku – odrzekła cicho – Ponad pięćdziesiąt lat temu ciężkie czasy nastały dla Armeni. Przybyło sług mroku: goblinów, trolli, wiedźm, czarownic i innych. Połączył je jeden wspólny cel: obalenie tamtejszego króla Armeni i przejęcie władzy w królestwie. Aby to osiągnąć nie cofali się przed niczym: mordowali, grabowali, rozbijali rodziny – zamilkła na chwilę po czym kontynuowała – Z głębi kraju dochodziły niepokojące wieści o porwaniach, buntach, zamieszkach, atakach i walkach. Z panującego wszędzie chaosu wyłonił się pewien młodzieniec. Nikt nie wiedział kim był, jak się nazywał, skąd pochodził. Stał się przywódcą mrocznych istot. Połączyło ich pragnienie władzy. Po pewnym czasie ów młodzieniec przybrał imię tak złe i mroczne jak on sam. Król Ciemności, tak go nazywano. Tam gdzie się pojawiał rośliny obumierały, ludzie i zwierzęta ginęły. Ludzie mówili, że jest niepokonany, że eksperymentował z czarną magią, która uczyniła go nieśmiertelnym. Po części było to prawdą. Lata badania księg z zaklęciami umożliwiły mi poznanie zaklęcia, które użył. Stworzył skorupę, która uniemożliwia zabicie go. Ponieważ skorupa jest zrobiona z potężnych, czarnoksięskich zaklęć może ją zniszczyć równie potężna magia jaką są wszystkie cztery talizmany w rękach potomka Marcusa.

- CO?! – Richard zerwał się – Potomka Marcusa, dlaczego?!

Espera uniosła rękę do góry.

- Zaraz do tego dojdę – powiedziała – W każdym razie… Wszelka nadzieja dla wolnej i bezpiecznej Armeni zgasła. I wtedy z tłumu wyłonił się on, Marcus. Był synem jednego z wojowników pałacowych, którzy pouciekali w obawie przed Królem Ciemności – spojrzała znacząco na Terry’ego – Wyróżniał się umiejętnościami w dziedzinie walki, brawurową odwagą i… i… –westchnęła – Przepraszam… Rozkleiłam się.

- Byliście małżeństwem? – zapytał Richard.

Espera kiwnęła głową po czym kontynuowała.

- Marcus był urodzonym szermierzem, ale nawet on nie był w stanie odkryć jak należy złamać zaklęcie osłaniające Króla Ciemności. Dlatego spotkał nas: Modesta Sprawiedliwego, Johanessa Odważnego, Williama Mężnego, Dianę Urodziwą i mnie.

- Esperę Potężną – dodał Terry, otwierając oczy ze zdumienia.

- Znasz tę historię – zdziwiła się kobieta – Nie zaszkodzi jednak jeśli ją powtórzę. Postanowiliśmy uwięzić Króla Ciemności. Marcus wyzwał go na pojedynek. Wcześniej omówiliśmy plan z pozostałą trójką.

- Trójką? – zdumiał się Richard – Czemu nie czwórką?

- Diana od nas odeszła – odparła smutno Espera – Była zadurzona w Marcusie, ale on zakochał się we mnie. Zdradziła i przyłączyła się do Króla Ciemności po moim ślubie z Marcusem. Wydarzyło się to już po złożeniu Przysięgi Pięciorga. Polegała na tym, że póki choć jedno z nas żyje Król Ciemności nie mógł zabić potomków Marcusa. Kto inny tak, on nie. Diana złożyła gród podupadłych nimf. W tymczasie Marcus stanął twarzą w twarz z  Królem Ciemności, a ja razem z nim. Dzięki pradawnemu zaklęciu przemieniłam się w wulkan Espera. Marcus zaś poświęcił się – na jej twarz wtargnął smutek.

- A jego krew oblała ziemię wokół wulkanu. W ten sposób przypieczętował zaklęcie. Nic nie mogło go złamać chyba, że krew trzech wojowników uwolni więźnia. Tak się niestety stało. Król Ciemności jest wolny.

- Nie bardzo rozumiem. Przez te pięćdziesiąt lat byłaś wulkanem? Jeśli tak to czemu wyglądasz tak młodo? – zaciekawiła się Liliana.

- Magia to bardzo tajemna, sekretna i delikatna dziedzina nauki. Nie da się jej nauczyć, można się jedynie urodzić z predyspozycjami w tym kierunku i doskonalić je z upływem czasu. Tak, przez te lata byłam wulkanem. Zachowywałam uśpioną świadomość. Nie starzałam się, nie potrzebowałam jedzenia i picia. Tkwiłam bez ruchu w postaci wulkanu przez lata aż wreszcie coś przykuło moją uwagę. W muzeum pałacowym – tu spojrzała znacząco na Lilianę – odnaleziono mój pradawny talizman – Amulet Espery. Od tego momentu czułam niezwykłą więź z tym kto go nosił. Przemawiałam do niego w myślach, pomagałam w problemach i niebezpieczeństwach – Espera popatrzyła na Terry’ego z uśmiechem.

Terry spojrzał na nią. Wiele zwycięstw odnieśli dzięki niej. Gdy przemawiała do niego w myślach wszystkie niebezpieczeństwa dawało się jakoś rozwiązać. Ale czy dadzą radę stawić czoła komuś tak potężnemu jak Król Ciemności? Czy ktokolwiek, nawet Espera, był w stanie równać się z nim?

Terry zerknął na swój miecz w rękach Richarda. Odepchnął ręką Hubą, która próbowała zalizać go na śmierć i przyjrzał się uważnie swojej broni. Wydawało mu się, że wygląda inaczej. Po chwili zrozumiał dlaczego. Miecz nie promieniował już czerwonym światłem.

- Czemu… – zaczął Terry, ale w słowo weszła mu Espera.

- To miesz Marcusa? – zapytała z zagadkowym wyrazem twarzy, a kiedy Terry kiwnął głową dodała – Może klejnot świcił dlatego, że powstanie Króla Ciemności zbliżało się wielkimi krokami.

W jaskini zapanowała cisza. Przerwał ją Terry.

- Co mamy robić, Espero? – spytał wojownik – Czy ktokolwiek ma szansę w pojedynku z nim?

- Mimo, że straciliśmy talizmany ostatnia nadzieja jeszcze nie zgasła – odrzekła kobieta – Jest jeszcze jeden talizman, który trzeba odnaleźć: nikomu nie znana broń, która daje przewagę w walce. Musimy być pierwsi. Nie wątpię, że Król Ciemości osobiście ruszy na jego poszukiwania. A potem zacznie się wojna. Musimy odebrać talizmany Królowi Ciemności i odnaleźć potomka Marcusa, gdyż tylko on będzie w stanie zabić Króla Ciemności ze względu na to, że krew Marcusa uwięziła go w Esperze. Mamy więc dużo roboty. Udam się z wami na wyprawę. Nie wiem jeszcze, czy pójdę z wami do samego Miasta Przeznaczenia, czy tylko część drogi. To się okaże.

Terry spojrzał na Richarda, przypatrującego mu się z niepokojem, Lilianę trzymającą go za rękę, Esperę głaskającą Hubę po pysku. Zachowywali się jakby nic wielkiego się nie stało, ale Terry wiedział, że bardzo się martwią o przyszłość. Teraz nic nie mogło być takie samo: żaden kwiatek, liść, powiew wiatru. Armeni groziła wojna jakiej królestwo jeszcze nigdy nie doświadczyło.

Król Ciemności powstał i zaczął działać.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XXII

„Espera”

Miała długie, gęste, bujne, białe jak śnieg włosy i błękitne oczy, które błyszczały od gniewu. Terry poznał ją od razu. Była tą samą kobietą, którą ujrzał, gdy Morena go postrzeliła i która mu się przyśniła. Teraz wyglądała zupełnie inaczej. Ubrana była w długą suknię, której wzór wyglądał tak jakby cały wulkan tworzył sukienkę z tego materiału. Wulkan z tyłu wybuchnął po czym rozwalił się na milion drobnych kawałeczków. Kobieta zaczęła kroczyć w ich kierunku. Miała bose stopy, a u pasa długi miecz z kryształu. Poruszała się dostojnie, z powagą, a z każdym kolejnym krokiem nabierała coraz więcej mocy. Spojrzała na Króla Ciemności z pogardą i stanęła obok Terry’ego.

- Espera – wycedził zimno Król Ciemności – Liczyłem, że nigdy więcej cię nie spotkam.

- Przeliczyłeś się – zapewniła go łagodnym, spokojnym głosem – Skoro ty powstałeś, to nieuniknione było bym i ja odzyskała swą dawną postać.

Z gardła Diany dobiegł stłumiony warkot. Nimfa patrzyła na Esperę z nieukrywaną nienawiścią.

- Panie, pozwól mi ją zabić… – powiedziała.

Król Ciemności uniósł rękę w geście protestu, ale Diana już utkwiła spojrzenie swoich zimnych oczu w Esperze. Zaczęła się powoli przemieniać w potwora. Wyłysiała, a na jej plecach pojawiły się nietoperze skrzydła. Rzuciła się na Esperę z wściekłym jazgotem nim ta zdążyła choćby wyciągnąć miecz. Terry myślał, że już po Esperze, ale ta zrobiła krok do tyłu, powiedziała coś pod nosem, a na jej dłoni pojawiła się magiczna, jasna kula światła. Diana odskoczyła od Espery jakby coś ją oparzyło. Espera podeszła do niej kilka kroków bliżej. Diana upadła, wijąc się z bólu na ziemi.

Król Ciemności zacmokał z niesmakiem z wzrokiem utkwionym w Dianę.

- Zawsze, Diano, brakowało ci cierpliwości – zauważył – Nie przeczę, że jesteś sprytna, ale atakowanie Espery w pojedynkę nie jest zbyt mądre. Chyba, że ma się moc większą i potężniejszą niż ona, tak jak ja.

W jego oczach zapłonął ogień.

- Cofnąć się – rozkazał swoim sługom – Chcę zgładzić swojego największego wroga nim zasiądę na tronie Armeni. Giń, Espero!

Kobieta spojrzała na niego . Teraz stali na przeciw siebie z mieczami przygotowanymi do walki.

- Tyle razy próbowałeś mnie zabić – powiedziała Espera, robiąc wymach mieczem – Tyle razy ci się to nie udało.

- Być może – Król Ciemności z łatwością odparował jej cios – Ale za to zabiłem najdroższą ci osobę, a to boli bardziej niż śmierć.

- Nigdy nie zabiłeś Marcusa – zaoponowała Espera – To on poświęcił się, by zabić ciebie.

- TO JA ZABIŁEM MARCUSA! – ryknął po czym ruszył na Esperę z wyciągniętym mieczem.

Siła uderzenia odrzuciła Esperę do tyłu. Szybko jednak się podniosła, wymamrotała coś pod nosem i w jej dłoniach ponownie pojawiła się świetlista kula. Tymczasem Król Ciemności również wyciągnął ręce do przodu. Mamrotał pod nosem zaklęcia, a na jego dłoniach uformowała się ognista kula czerwieni. Powietrze przecinały błyski rzucanych w siebie zaklęć Espery i Króla Ciemności. Nikt z jego sług nie chciał wtrącać się do walki, po tym co spotkało Dianę. Terry próbował odnaleźć wzrokiem Lilianę, ale jego spojrzenie było wciąż zamglone. Król Ciemności otoczył się tarczą ze świetlistej kuli i napierał na Esperę, której moc zaczynała już słabnąć. Król Ciemności zaatakował jeszcze mocniej. Espera upadła wycieńczona obok Terry’ego. Wojownik zauważył jednak, że Espera ma wciąż czujnie otwarte oczy, a jej ciało naprężone jest w gotowości do zadania kolejnego ciosu przeciwnikowi.

- Amulet Espery! – syknęła cicho do Terry’ego – Daj mi go!

Terry jednak był zbyt wycieńczony i poraniony, by zareagować odpowiednio szybko. Espera nie zdążyła powtórzyć prośby, bo Król Ciemności zadał jej kolejny cios. Kobieta uskoczyła i ostrza jej i Króla Ciemności ponownie się skrzyżowały. W tymczasie ktoś podszedł do Terry’ego. Czyjeś ręce zdjęły mu Amulet Espery z szyi i rzuciły nim w kierunku Espery. Złapała amulet w locie i prędko nałożyła na szyję, ignorując Króla Ciemności, który wrzasnął:

- NIEEE!

Powietrze przeciął błysk grzmotu. Dookoła Espery zebrała się otoczka jasności. Espera uniosła się w powietrze, promieniując blaskiem i mocą. Spojrzała z wysoka na Króla Ciemności, a w jej oczach pojawiła się nowa siła i duma.  Król Ciemności z wściekłością zaklął i przygotował się do odparowania jej jeszcze niezadanego ciosu. Espera jednak tylko przymknęła oczy i wyszeptała coś pod nosem, cały czas trzymając wysoko uniesione ręce. Z jej dłoni wytrysnęły wiązki światła, które omotały Terry’ego i przyjaciół i ich broń w ręku jednego ze sług Króla Ciemności. Po chwili wszyscy znaleźli się w świetlistym rydwanie ciągniętym przez parę promieniujących blaskiem pegazów. Do rydwanu wskoczyła też Espera. Machnęła lejcami i wznieśli się w powietrze. Gdzieś w oddali słychać było krzyk Króla Ciemności i zamieszanie panujące wśród jego sług. Terry zamknął oczy. Jego ostatnią myślą było to, że Espera naprawdę dorównuje mocą Królowi Ciemności. Potem stracił przytomność, osunął się w mrok.

 

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XXI

„Powstanie Króla Ciemności”

Niebo było czarne, spowite mrokiem. Gwiazd nie było wcale widać, jakby ciemność je pochłonęła. Terry’emu przypomniały się słowa Christhopera:

- Tam, gdzie wcześniej mieszkałem nie ma gwiazd…

Wokół doliny roztaczały się wzgórza i pagórki, a w jej samym centrum widniał ogromny wulkan. Z jego krateru leciała lawa, spływająca po ścianach wulkanu. Terry pchnięty przez Morenę zszedł niżej. I wtedy ujrzał coś, co niezmiernie go przeraziło. Dookoła wulkanu zgromadziła się wielka armia goblinów, czarownic, wiedźm, trollów, licząca kilkaset wojowników. Ziemia zadrżała pod ich nogami. Terry zamrugał kilka razy oczami. Wydawało mu się, że śni. Krew, ból i złe samopoczucie uniemożliwiały mu racjonalne myślenie. Morena popchnęła go do przodu. Wojownik stracił równowagę i upadł. Ziemia była gorąca. Na dłoniach Terry’ego pojawiły się bąble. Gdyby tylko miał dostęp do lekarstwa…

Armia Króla Ciemności przypatrywała mu się z zainteresowaniem, mściwą satysfakcją. Huba próbowała szczekać, ale Christhoper wepchał jej do pyska szmatę. Nikt jednak nie próbował ich zatrzymać. Wszyscy z lękiem spoglądali na Morenę, najwyraźniej wśród sług Króla Ciemności budziła szacunek.

Zaprowadziła go do stóp wulkanu. Nie był on zbyt wysoki. Christhoper i Lord Brander oraz Liliana i Richard zostali trochę z tyłu. Morena wzięła od jednego z goblinów gruby sznur. Spętała nim Terry’ego i przywiązała do wulkanu. Wojownik jęknął. Jego plecy parzyła płynąca lawa. Czuł ból, gdy Morena złączyła go sznurem z wulkanem Espera.

Łzy płynęły Terry’emu po twarzy. Więc to tak zginie, przykuty do wulkanu. Morena wspięła się na szczyt wulkanu, wspomagając się długą, drewnianą drabiną. Złapała Terry’ego za wiszącą bezwładnie dłoń i pochwyciła go za nadgarstek. Wyjęła zza pasa nóż. Terry słyszał jak Liliana coś krzyczy, a Richard przeklina. W czarnych oczach Moreny widniało szaleństwo. Uniosła nóż. Wbiła go głęboko w rękę Terry’ego. Wojownik zawył z bólu. Z rany trysnęła krew. Duże, czerwone krople opadały ciurkiem na ścianę wulkanu. Ziemia zadrżała. Wulkan wchłonął krew. Czarne niebo zrobiło się jeszcze ciemniejsze. Z wulkanu trysnęła lawa. Z pomarańczowo – czerwonej lawy i lapilli zaczęła wyłaniać się czyjaś postać. Powoli formowała się. Terry czuł przeraźliwy ból w skroni. Głowa pękała mu. Jak przez mgłę widział jak jego miecz lśni czerwonym blaskiem. I wtedy Terry ujrzał go. Schodził z wulkanu, a z każdym jego krokiem wulkan pękał.

- Nareszcie wolny! – ryknął potężnie po czym zaczął badać swoje nowe ciało.

Na głowie miał czarny hełm z dwoma zagiętymi rogami. Twarzy nie było mu widać. W hełmie nałożonym na całą głowę jedynymi dziurkami były otwory na oczy, usta i nos. Oczy miał wściekle czarne i przekrwione. Ubrany był w czarną zbroję. Na kolanach i łokciach miał metalowe ochraniacze. Był wysoki i szczupły. Badał swoje ciało jakby nie bardzo wierzył, że znowu je ma. Po chwili przyklęknął na ziemi. Wziął do ręki odzianej w ciemną rękawiczkę grudkę ziemi i przepuścił ją przez palce.

Król Ciemności powstał.

Skinął ręką na jednego z goblinów. Terry poczuł przypływ wściekłości, gdy z tłumu wystąpił Wolder. Goblin uniósł nóż. Wojownik przymknął oczy. Spodziewał się rwącego bólu, ale nic nie poczuł. Wolder rozciął nożem więzy Terry’ego. Chłopiec upadł na ziemię. Król Ciemności podszedł do niego. Jego postać górowała nad Terrym. U pasa miał czarno – srebrny miecz. Wyciągnął go jednym, płynnym ruchem.

- Czas przetestować dawne ostrze – powiedział – Gotuj się do walki, Terry Moonie.

Złapał go za kark i postawił na nogi. Skinieniem dłoni nakazał oddać Terry’emu miecz. Wojownik ugiął się pod ciężarem broni. Był wycieńczony, nie miał siły zrobić choćby kroku. Mimo wszystko wziął miecz do ręki. Próbował nim machnąć, ale jego organizm poddał się już.

- Terry Moon – wycedził chłodno przez zaciśnięte zęby Król Ciemności – Obserwowałem od początku twoją wyprawę. Zupełnie nie wiem jak udało ci się wrócić z wyprawy żywym. Przecież wysłałem po ciebie moje najpotężniejsze sługi. Robiłem wszystko by cię pojmali. Więc dlaczego? Dlaczego stoisz teraz przedemną i nie masz siły walczyć? Kim jesteś, Terry Moonie?

Terry nie odpowiedział. Upadł na ziemię. Nie miał siły wstawać. Nie chciał widzieć Króla Ciemności, jego sług, niczego.

- Jestem wojownikiem – powiedział cicho.

- Wojownikiem?! – parsknął Król Ciemności – Nie rozśmieszaj mnie, chłopcze. Jeśli to co mówisz jest prawdą, wstawaj i giń jak wojownik. Bardzo chciałem, żeby ostatni z wojowników ujrzał jak powstaję. Pragnę zemsty. Za to co przed laty uczynił Marcus. Za katusze jakie wycierpiałem w wulkanie Espera. Zabiję cię, Terry Moonie. Zabiję cię w swoim czasie. Najpierw zobaczysz jak giną twoi przyjaciele. Będę cię powoli torturował, by na koniec nacieszyć serce twoją śmiercią.

- Ty nie masz serca! – krzyknęła Liliana.

Król Ciemności posłał jej znużone spojrzenie.

- Ile razy już to słyszałem – powiedział zimnym głosem – A kiedy powtarzasz coś tak wiele razy, zaczynasz powoli w to wierzyć. Terry Moonie, wstań!

Wojownik podniósł głowę do góry. Jego zamglone spojrzenie tępo wpatrywało się w Króla Ciemności. Terry próbował oprzeć się jego słowom, ale moc i złowroga aura jego przeciwnika była zbyt potężna. Wykrzesał więc z siebie odrobinę siły i chwiejąc się wstał. – Zró

- Bardo dobrze, Terry Moonie – mruknął jego wróg – A teraz zaatakuj mnie.

Terry ruszył na przód jak w transie. Wysiłek jaki włożył w zadanie ciosu przeciwnikowi mógł go zabić. Król Ciemności odparował cios jednym ruchem.

- Postaraj się – rzekł niezadowolony – Zrób…

- DOSY C! – rozległ się wrzask Liliany – Zabijesz go!

Król Ciemności powoli odwrócił się w jej kierunku i podszedł do niej szybkim krokiem. Liliana cofnęła się przestraszona.

- Chcesz go zastąpić? – zapytał cicho – Nic nie stoi na przeszkodzie.

Odwrócił się z powrotem do Terry’ego po czym zrobił szybki obrót i wbił ostrze swojego miecza w brzuch Liliany. Księżniczka z wyrazem osłupienia na twarzy osunęła się na kolana.

Król Ciemności stanął na środku kręgu, jaki utworzyła jego armia. Wiatr dął przeraźliwie. Z zachodu zleciały się czarne ptaki. Król Ciemności wycelował miecz w głowę walczącej o każdą minutę życia Liliany.

- Wystarczy – powiedział spokojnie Christhoper.

Król Ciemności zwrócił spojrzenie na niego.

- Christhoper Brander, zgadza się? – spytał równie spokojnie – Czułem twoje wahanie, gdy rozmawiałem z tobą telepatycznie. Brzydzisz się mrodów, zabijania. Tego jednak wymaga służba mi. Czy jesteś gotowy ją podjąć? Czy inni są gotowi?

- Oczywiście, panie – Morena upadła mu do stóp – Mistrzu, władco, panie, ty wiesz, że robiłam wszystko, żebyś powstał i opuścił swoje więzienie.

- Morena – rzekł Król Ciemności – Tak, muszę przyznać, że jesteś jedną z moich najwierniejszych sług. Znajdzie się dla ciebie miejsce w pobliżu mnie, kiedy obejmę władzę.

- Tak, panie – Morena pokłoniła mu się – Dziękuję.

- Wolderze – zagrzmiał Król Ciemności – Zabawnie było oglądać twoje poczyniania. Choć okazały się niezbyt skuteczne, to jednak ty to wszystko zapoczątkowałeś.

Goblin skłonił się nisko.

- Bądź mi wierny, a twoje błędy zostaną ci wybaczone. Lordzie Branderze, czy wciąż jesteś toczyć krwawe boje w moim imieniu?

- Tak, panie – Lord Brander wskazał na syna – Oboje jesteśmy.

- Dobrze – Król Ciemności był najwyraźniej zadowolony – Diano, nie chowaj się.

Terry, który wcześniej jej nie zauważył teraz ją dostrzegł. Czarodziejka stała ukryta za Wolderem. Wyszła na przód, gdy Król Ciemności wymienił jej imię.

- Ty i twoje nimfy jesteście cennymi sojuszniczkami. Mimo wszystko dałaś się pokonać zwykłym dzieciom, a w moim oddziale to niedopuszczalne. Znaj jednak moją łaskawość, wybaczę ci.

Nastąpiła chwila ciszy po czym Król Ciemności rzekł:

- Bracia i siostry! Czarownice i wiedźmy! Gobliny i trolle! Ludzie i nimfy! Dziś zaczynają się nowe, lepsze czasy dla Armeni! Nasze czasy! Będziemy rządzić naszą planetą. Nastaną nasze dni. Armenia…

Resztę jego słów zagłuszył wybuch. Wulkan Espera zaczął pękać i kruszyć się. Lawa, która wcześniej po nim płynęła też znikała. Espera wybuchnęła z ogromnym hukiem, a z wulkanu zaczęła wyłaniać się kobieta.

 

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XX

„W Dolinie Mroku”

Odkąd Terry ruszył na wyprawę, wiele razy spotkał sługłusów Króla Ciemności, którzy młówili mu, że ich pan bardzo chce ich dopaść. Terry myślał, że chodzi o zemstę na wojownikach, za to co przed laty uczynił Marcus. Teraz jednak prowadzony przez Christhopera w zupełnie nieznanym mu kierunku zaczął podejrzewać, że chodzi o coś więcej. Czemu sługi Króla Ciemności zwykle chcieli go schwytać, a nie zabić? Próbował rozluźnić więzy na nogach i rękach, ale nie udało mu się to.

Gdy zeszli ze Złotego Wzgórza, Terry był już ledwo żywy. Bolały go plecy, nogi, był głodny i spragniony.

Christhoper rozpalił ognisko u podnóża góry i powiedział Morenie:

- Powiadom wiedźmy, gdzie jesteśmy. Wolałbym nie pokonywać całej drogi na nogach z trójką więźniów – spojrzał znaczącą na Terry’ego.

Morena kiwnęła głową.

- Rozumiem po co naszemu panu jest wojownik, ale pozostała dwójka… Nie prościej byłoby ich zabić na miejscu?

- Znasz rozkazy, Moreno – wtrącił Lord Brander, który dotąd milczał – Cała trójka ma dotrzeć żywa do Doliny Mroku. Myślę, że Król Ciemności szykuje dla nich coś szczególnego.

Kiedy między nimi trwała dyskusja, Liliana wskazała brodą miejsce, gdzie Christhoper zostawił ich broń. Gdyby tylko udało im się do niej dostać byliby wolni. Terry zaczął podczołgiwać się w jej kierunku. Tymczasem Liliana wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Richardem, a Terry już wiedział, że planują odwrócić uwagę ich wrogów. Od kiedy jedno spojrzenia wystarczyło, żeby cała trójka wiedziała co zrobić? Kiedy zaczęli rozumieć się bez słów? Richard przetoczył się na boku w kierunku przeciwnym do tego, w którym miał działać Terry.

Fioletowy Wojownik zaczął tarzać się po trawie i kaszleć. Jego ciało zaczęło drgać jak w konwulsjach. Liliana zaczęła krzyczeć i gdyby Terry nie wiedział, że tylko udają, to sam mógłby się nabrać.

- On jest ranny! – krzyknęła księżniczka, a Terry wyciągnął rękę po swój miecz.

Jego palce już zacieśniały się na rękojeści miecza, gdy Morena wydała z siebie wściekły wrzask.

Zauważyła, że Terry próbował dobrać się do broni. Podbiegła do Terry’ego i kopnęła go z całej siły w brzuch. Wojownikowi zabrakło oddechu. Przewrócił się do tyłu. Przywiązana do pobliskiego drzewa Huba zaczęła szczekać. Richard i Liliana zamarli w niemym przerażeniu, gdy z ust buchnęła mu krew. Wówczas Christhoper, Lord Brander i Morena zrozumieli, że trójka przyjaciół próbowała ich oszukać. Największy gniew wywołało to w Morenie. Zacisnęła pięść i uderzyła Terry’ego w bok głowy. Wojownik zgiął się z bólu. Przed oczami migotały mu plamki, w głowie coś łupało. Nie spojrzała na leżącego na ziemi zakrwawionego Terry’ego i wymierzyła mu jeszcze jednego kopniaka, tym razem w plecy.

- Za godzinę ruszamy – zarządziła, posyłając ostatnie triumfujące spojrzenie Terry’emu.

Terry położył się w tym samym miejscu, gdzie go zostawiła. Nie miał już siły walczyć. Jego wrogowie mieli wszystkie trzy talizmany, a on zginie z ręki Króla Ciemności w Dolinie Mroku. Przymknął oczy. Chciał zasnąć i nigdy się nie obudzić. Pogrążony w smutku i przytłoczony swoją klęską oraz porażką otworzył je dopiero, gdy poczuł czyjąś zimną dłoń na policzku. Liliana wycierała mu krew z czoła rękawem swojej koszulki.

Christhoper zaśmiał się szyderczo.

- Nie musiałaś tak skończyć, Liliano. Mogłaś przyłączyć się do nas i nie umierać w strasznych męczarniach, jakie zgotował wam Król Ciemności.

Liliana nic nie odpowiedziała, tylko wciąż ścierała zakrzepniętą krew z twarzy Terrry’ego.

- Król Ciemności jest więźniem wulkanu Espera – warknął Richard – Nie może zgotować nam męczarni.

Morena również warknęła i uniosła pięść, by go uciszyć. Christhoper jednak powstrzymał ją.

- Więc nie wiecie po co zamiast was zabić, pojmaliśmy was? – zdziwił się – A zwłaszcza jego? – wskazał na Terry’ego.

Nic nie odparli, więc Christhoper uznał, że jest to przecząca odpowiedź.

- W takim razie ja wam to wyjaśnię – na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech – Trzeba wiedzieć za co się umiera. Gdy pięćdziesiąt lat temu Marcus poświęcił się i uwięził Króla Ciemności w wulkanie, zrobił to ze swoją żoną Esperą, która podobno była czarodziejką. Wspólnie uwięzili Króla Ciemności w wulkanie, oboje przy tym ginąc. Mój pan nie może się z niego wydostać przez zaklęcie, które na niego nałożyli. Aby uwolnić się krew trzech pałacowych wojowników musi zrosić wulkan. Dwóch pozostałych wojowników już wyzionęło ducha, wcześniej oblewając wulkan swoją krwią. Teraz czas na ciebie, a Król Ciemności powstanie.

- Moja krew nie uwolni Króla Ciemości z Espery – wyharczał Terry, plując krwią – Wolę zginąć.

- I zginiesz na pewno – potwierdził spokojnie Lord Brander – A wraz z twoją śmiercią powstanie taka potęga jakiej Armenia jeszcze nie widziała.

Terry jęknął. Przymknął oczy. Po twarzy płynęły mu łzy mieszające się z potem i krwią. Czuł dłoń Liliany, trzymającej go za rękę. Duże oczy księżniczki były przekrwione i załzawione. Richard podczołgał się do nich.

- Tak mi przykro – powiedział cicho Terry do Richarda – Dopiero co zacząłeś chodzić ze Scarlett i odnalazłeś swoją siostrę, a już będziesz musiał…

Terry nie mógł wypowiedzieś słowa umierać. Jego czoło było gorące od palącej go gorączki, ciało obolałe. Richard uśmiechnął się do niego, ale nie tak jak zwykle. To było coś w rodzaju smutnego uśmiechu.

- Wyjdziemy z tego – pocieszył go przyjaciel – Znowu ktoś nas uratuje.

Terry nic nie odpowiedział. Bał się, że tym razem nikt im nie pomoże. Zamknął oczy i odpłynął w sen. Koszmary nie opuściły go nawet w gorączce.

- Dobrze, że jesteście – rozległ się czyjś głos.

W ciemnym pomieszczeniu, przy stole siedziała czwórka osób. U szczytu stołu znajdował się Modest. Był jednak dużo młodszy. Mógł mieć dwadzieścia kilka lat. Nie miał brody, nie trawiła go choroba. W jego czarnych oczach błyszczała chęć życia.

Naprzeciw niego z nogami na stole siedział Johaness Burke. Miał krótko przystrzyżone włosy i był niewiele starszy od Terry’ego. Uśmiechał się i bawił mieczem wiszącym u pasa.

Obok niego siedział William Blythe. Ostrzył nóż, co chwilę zerkając na Johanessa i Modesta. Jego włosy były gęstsze. Był też odrobinę chudszy.

- Wiecie w jakim celu was tu wezwałem – rzekł Modest – Musimy złożyć Przysięgę Pięciorga. Diano?

Dopiero teraz Terry zauważył, że po prawej stronie Modesta siedzi Diana. Królowa była dużo młodsza i ładniejsza. Terry domyślił się, że na razie była po stronie Modesta i innych i dopiero szykowała się, by ich zdradzić. Czarne włosy upięła w kok. Miała na sobie seledynową sukienkę odsłaniającą ramiona. Była bardzo piękna i w niczym nie przypominała podupadłej nimfy, w którą miała się przemienić za kilka lat.

- Obiecamy chronić Marcusa – powiedziała, lekko się rumieniąc – Podpiszcie się pod poniższym dokumentem. Jest on magiczny. Potem…

Urwała, bo drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka weszła ta sama kobieta, którą Terry ujrzał w wizji po postrzale przez Morenę. Teraz miała rozpuszczone, białe włosy i nie wyglądała inaczej niż w wizji. Emanowała z niej moc i jasność.

- Gdzie byłaś, Espero? – spytała ją Diana – Zebranie zaczęło się dziesięć minut temu.

- Przepraszam – powiedziała Espera – Marcus chciał, żebym pokazała mu jak celnie rzucać nożem.

Diana oblała się rumieńcem. W jej oczach pojawił się gniew.

- Marcus dobrze wie jak rzucać nożem – mruknął Modest i wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Johanessem.

 - Całowaliście już? – zapytał ten.

Teraz Espera zaczerwieniła się ale przy jej łagodnym wyrazie twarzy niezbyt jej to wyszło.

- Do rzeczy – ponaglił William – Podpisy.

Cała piątka złożyła podpisy na pergaminie. Espera wyciągnęła dłoń i wymamrotała pod nosem jakieś zaklęcie. Pergamin pojaśniał blaskiem, a twarze przebywających w pomieszczeniu pokraśniały i zaczęły wypowiadać chórem jedno słowo:

- Przysięgamy!

Terry obudził się pod wpływem kopniaka, który zadał mu Christhoper. Nad nim unosiły się wiedźmy na miotłach.

- Jest nasz środek transportu – ucieszyła się Morena.

Wciągnęli więźniów na miotły i sami też się na nich usadowili. Hubę też wzięli ze sobą. Wiedźma, z którą Terry dzielił miotłę musiała go podtrzymywać, by nie spadł.

- Zawsze możesz skoczyć – rechotała.

Po chwili dotarli do ciemnego, ponurego, obskurnego miejsca. Ciemność zawładnęła umysłem Terry’ego. Przybył do miejsca ze swoich koszmarów, do Doliny Mroku.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XIX

„Rękawiczka”

Gdy słońce zaszło za horyzont Terry i Richard wciąż wspinali się po ostrych graniach prowadzących na szczyt Złotego Wzgórza. Wojownikowi pot lał się po twarzy, oczy zaszły łzami. Szli w bardzo szybkim tempie, zdobywając co raz większą wysokość złotego masywu. Terry wszedł na jedną ze skał. Niestety nie miał szczęścia, bo kamień drgnął i noga Terry’ego wpadła w szczelinę między jedną skałą, a drugą. Wojownik wydostał się ze szpary z pomocą Richarda. Szli dalej przez kamienie i piargi. Szczyt Złotego Wzgórza był coraz bliżej. Terry nie czuł żadnego bólu w ramieniu, ale mimo to zmęczenie dawało mu się we znaki.

Razem z Richardem przycupnęli między kamieniami, aby zaczerpnąć oddechu. Nie było jednak czasu na odpoczynek po długiej, mozolnej wspinaczce. Gdzieś tam była Liliana i Terry miał zamiar ją odnaleźć.

Terry wyciągnął ze swojego plecaka z wyposażeniem bułak z wodą oraz pierwszy talizman – mapę, która zawsze wskaże drogę. Wlał do ust kilka kropli napoju. Zapasy wody mu się kończyły, Richardowi również. Terry spojrzał na mapę, aby dowiedzieć się którędy mają dalej iść. Znów stanęli na nogach i rozpoczęli ostrą wspinaczkę pod górę. Do Terry’ego dopiero teraz dotarło, czemu puścili konie wolno. Czterokopytne zwierzęta nie wyrobiłyby pod górę.

Gdy byli już wysoko prosto na Terry’ego i Richarda zaczęły toczyć się odłamki skalne. Musieli uskoczyć przed lecącymi z góry kamieniami.

Gdy Terry ujrzał szczyt góry ulżyło mu. Na jego twarz wdarło się coś na kształt uśmiechu, który jednak zgasł od razu, gdy wojownik ujrzał przełęcz, którą trzeba było pokonać, by zdobyć szczyt Złotego Wzgórza. Po kilkunastu minutach znaleźli się na samym szczycie Złotego Wzgórza, skąd był niesamowity widok na całą Armenię. Terry stał tak przez chwilę, chłonąc widok, aż Richard pociągnął go za ramię i wskazał palcem jaskinię znajdującą się na szczycie Złotego Wzgórza.

Terry ruszył w jej kierunku, wiedząc, że w jaskiniach często ukrywane były talizmany. Amulet Espery rozgrzał się.

- Jesteśmy blisko talizmanu – powiedział Richardowi, ale w rzeczywistości pomyślał – Jesteśmy blisko Liliany.

Zagłębili się do jaskini, oświetlając sobie drogę czerwonym klejnotem wystającym z klingi miecza. Szli wzdłuż jaskini, czując uderzającą od porośniętych mchem ścian wilgoć i chłód. Po kilku metrach wędrówki dostrzegli położone w głębi jaskini jezioro. Jego tafla błyszczała delikatnie. Ponieważ w jaskini było ciemno w jeziorze nic się nie odbijało. Terry podszedł bliżej i dostrzegł znajdującą się w oddali wyspę. Stała na niej jaśniejąca blaskiem gablota. Terry wytężył wzrok, ale nie dostrzegł co znajdowało się w jej wnętrzu. Mógł tylko przypuszczać, że to kolejny z talizmanów. Miał też nadzieję, że kiedy odnajdą talizman znajdą też Lilianę.

- Terry! – syknął Richard, wskazując mu most prowadzący przez jezioro.

Był on uszczerbany, pozbawiony wielu desek, z dziurami.

- Chyba nie mamy wyboru – powiedział Fioletowy Wojownik i pierwszy ruszył przez most.

Terry ruszył za nim. Most chybotał się niebezpiecznie, gdy stawiali niepewne kroki. Pod nimi jezioro falowało. Byli już gdzieś w połowie drogi, gdy w jaskini zapanowała nienaturalna cisza. Terry zatrzymał się. Nie słyszał już nawet cichego pluskania wody. Nagle z wód jezioro wyskoczył ogromny, morski potwór. Miał seledynową, pokrytą łuskami skórę, małe, żółte szparki zamiast oczu i wężowaty tułów. Otworzył swoją paszczę i pokazał Terry’emu i Richardowi swoje kły. Wojownik spodziewał się, że ich zaatakuje, lecz ten tylko odezwał się chrapliwym i nieco skrzekliwym głosem.

- Kto śmie zakłócać mój spokój?! Kto śmie przeszkadzać potężnemu Santarowi?! – ryknął, tarasując most.

- Gdzie byśmy śmieli – próbował wybrnąć z tej sytuacji Richard – My tylko chcieliśmy przejść na drugą stronę mostu, nic poza tym.

- HA! – ryknął potwór, który przedstawił się jako Santar – Wiem po co przybyliście! Po rękawiczkę! Ale ja jej nie oddam! Jest jedynym co mi pozostało odkąd Król Ciemności wygnał mnie i przemienił w to coś – spojrzał na swoje wężowe ciało z odrazą – Przeciwstawiłem mu się, więc zasłużyłem na to. Od dawna samotnie zamieszkuje to jezioro i strzegę skarbu, talizmanu. Jeżeli wypęłznę z tej jaskini słońce od razu oślepia mnie i parzy. Tak mnie urządził Król Ciemności, nie chcę mi się już żyć – Santar spojrzał na nich i dodał – To samo powiedziałem innej grupie – dwóch mężczyzn, jedna kobieta i jedna dziewczyna, chyba jeniec. Udało im się mnie ominąć – pokazał Terry’emu i Richardowi głęboką ranę na brzuchu – Boli, ale mnie nie zabije – wyjaśnił – A szkoda. A teraz… przykro mi, ale muszę was zgładzić. Skarb jest mój – zasyczał i rzucił się na Richarda, który zrobił unik, strącając przy tym do jeziora kilka deseczek mostu.

- Przestań! – krzyknął Terry, wiedząc, że są osłabieni i nie dadzą rady walczyć.

Ale gdzieś tam była Liliana, a Terry musiał się do niej dostać.

- Błagam, przepuść nas – poprosił Santara, widząc, że potwór nie spieszy się do zabijania ich – Odwdzięczymy ci się.

Santor roześmiał się. Był to śmiech zimny, kpiący, przerażający.

- Nie są mi potrzebne wasze usługi – rzekł – Władza, bogactwa i inne to słabości śmiertelników, nie moje.

- Jeżeli pozwolisz nam przejść na drugi koniec mostu… – zawahał się Terry, nie wiedząc, czy ta propozycja spodoba się Santarowi – Ja… zabiję cię.

Santor, który właśnie przygotował się do kolejnego ataku, zamarł bez ruchu.

- Słucham? – zasyczał zdziwiony.

- Dobrze słyszałeś. Zrobię to szybko i bezboleśnie.

O dziwo na szkaradnej twarzy Santara pojawiło się coś w rodzaju ulgi.

- To byłoby dobre rozwiązanie – powiedział – Wreszcie przestanę być niewolnikiem Króla Ciemności. Jego klątwa działa tak, że sam nie mogę się zabić ani wyjść z tej przeklętej jaskini. Tak zróbmy, chłopcze. Zabij mnie tu i teraz. I uważaj. Widzę w twojej przyszłości mnóstwo cierpienia, stracisz tych, na których ci zależy. Król Ciemności cię dopadnie.

Terry skinął głową i przygotował miecz.

-  Poczekaj chwilę – poprosił go Santor – Chciałbym, żeby moje ostatnie słowa były piękne. Gdy je wypowiem zabijesz mnie od razu. Dobrze? I nie wahaj się, bo zakończysz w ten sposób moje cierpienia.

Na obliczu potwora pojawiło się zamyślenie. Po chwili, gdy przemówił jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Był przepełniony szczęściem i spokojem.

- Za dużo w nas, ludziach z potworów, za mało z aniołów.

Po tych słowach skinął głową, dając Terry’emu znak, że to już ten moment. Wojownik dobył miecza.

- Zgiń dzielnie! – zawołałw stronę Santora i zakończył męki potwora jednym, szybkim ciosem.

Gdy ciało Santora runęło do jeziora Richard oznajmił:

- Oczywiście miał rację, ale udowodnił, że nie wszystkie potwory są złe – zauważył po czym on i Terry przebiegli po moście prosto na wysepkę. Gablota, która wcześniej jaśniała  blaskiem i mocą niczym kobieta z wizji Terry’ego teraz była ciemna, a w środku nie skrywała żadnego z talizmanów.

- To pułapka! – ryknął Richard, gdy od strony mostu nadbiegli Christhoper, Lord Brander i Morena, ciągnąca za sobą związaną Lilianę. Terry zauważył, że Christhoper ma na ręce czarną, skórzaną rękawiczkę.

- Kolejny talizman – przemknęło mu przez myśl – Rękawiczka, która pozwala rozmawiać ze zwierzętami.

Christhoper i Lord Brander rzucili się na nich. Bez problemu rozbroili Terry’ego i Richarda. Zabrali również plecak z talizmanami. Związali im ręce i nogi, ale tak, by mogli się poruszać. Wywlekli ich ze sobą z jaskini, wzięli ze sobą czekającą wiernie na zewnątrz Hubę.

- Znowu razem – mruknął Terry do Liliany.

Tymczasem Richard zapytał:

- Dokąd nas zabieracie?!

Morena spojrzała na niego i z dziką radością odparła.

- Do Doliny Mroku. Nasz pan ucieszy się z waszego przybycia.

Dopiero wtedy strach chwycił Terry’ego za gardło, bo uświadomił sobie co to znaczy. Jego śmierć. Śmierć jego przyjaciół. Powstanie Króla Ciemności.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XVIII

„Złote Wzgórze”

Jechali kilka godzin, gdy ujrzeli szczyt. Złote Wzgórze znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Teraz pozostawała już tylko wspinaczka na sam szczyt.

- Musimy puścić konie wolno – powiedział Terry – Nie przydadzą nam się podczas wspinaczki.

- A co z Hubą? – chciała wiedzieć Liliana – Idzie z nami, czy zostaje?

- Nie wyobrażam sobie porzucić jej teraz – wtrącił Richard – Nie po tym jak rzuciła ci się w obronie – uśmiechnął się do Terry’ego – Pójdę odprowadzić konie na jakąś rozległą polanę skąd będą mogły wrócić do domu. Zaczekajcie tutaj.

Richard oddalił się prędko. Terry i Liliana zostali sami. Wojownik milczał, więc pierwsza odezwała się księżniczka.

- Wiesz, – powiedziała cicho – chciałabym, żeby między nami było tak jak dawniej. Jeszcze zanim… poznałam Christhopera.

Terry zamarł. Czuł dreszcze na plecach, kiedy zaczął odpowiadać.

- Co masz na myśli? – spytał.

- Ja… – Liliana spuściła wzrok – Chodzi o to, że ty miałeś rację co do niego, a ja się myliłam. Przepraszam cię.

Terry podszedł do niej i objął ją. Czuł jak drżała, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że wciąż myślała o Christhoperze.

- Nie musisz mnie za nic przepraszać – rzekł Terry – To nie twoja wina, że Christhoper nas zdradził.

Liliana wzięła głęboki oddech. Spojrzała na Terry’ego.

- Zmieniłeś się – powiedziała, dotykając jego twarzy.

- Oczywiście – Terry roześmiał się – Na lepsze.

Liliana uśmiechnęła się.

- Jakie to słodkie – dobiegł ich drwiący głos.

Na przeciw nich, na ścieżce prowadzącej na Złote Wzgórze stał Christhoper. W ręku trzymał miecz. Huba zawarczała na jego widok ostrzegawczo. Liliana wyciągnęła sztylet, a Terry przygotował miecz. Księżniczka skinęła głową i razem rzucili się na Christhopera. Ten wycofał się i bez problemu odparował ich ciosy. Teraz on atakował. Jednym, szybkim ruchem wytrącił Lilianie sztylet z dłoni. Dziewczyna ze zdziwieniem spojrzała na niego i sięgnęła po łuk.

- Znam doskonale twój styl walki, Liliano – zauważył Christhoper, szukając wzrokiem Terry’ego.

Tymczasem Terry zaszedł go od tyłu i kopnął w tył głowy. Christhoper padł na ziemię. Z nosa ciekła mu krew. Podniósł się jednak szybko. Był tylko lekko oszołomiony, nic więcej. Odparował kolejne uderzenie Terry’ego i uskoczył przed strzałą Liliany. Odepchnął księżniczkę, która upadła na ziemię i stanął przed nią z mieczem wycelowanym w jej gardło.

- Zabijesz mnie? – Liliana nerwowo przełknęła ślinę.

Terry nie zawahał się ani chwili. Tym razem nie było nikogo kto by mógł pomóc Lilianie, tylko on. Rozpędził się i skoczył na Christhopera. Poturlali się po trawie, młócąc i wymachując mieczami. Jeden próbował dosięgnąć drugiego. Terry’emu udało się rozbroić Christhopera. Stał teraz przed nim z bronią wycelowaną w gardło chłopaka.

- Terry! – usłyszał krzyk Liliany, ale nie dbał teraz o to.

Nadarzyła się świetna okazja do pozbycia się ich wroga, więc czemu Liliana chciała go teraz powstrzymać. Zrozumiał to dopiero, gdy ktoś przystawił mu lufę pistoletu do skroni. Kątem oka zobaczył Morenę i Lorda Brandera, który obezwładnił Lilianę.

- Spróbuj coś zrobić Christhoperowi, a moja kula przestrzeli cię na wylot – powiedziała Morena.

Terry powoli odłożył miecz. Usłyszał jak Lord Brander mówi.

- Postrzel go, Moreno. Tylko tak, żeby się nie wykrwawił na śmierć. Wciąż jest potrzebny Królowi Ciemności. A księżniczkę weź jako zakładniczkę.

Morena cofnęła się trochę i pociągnęła za spust. Rozległ się huk i Terry upadł na ziemię. Oczy zaszły mu mgłą, nie czuł nic. Słyszał jak Liliana krzyczy i próbuje się wyrwać Lordowi Branderowi. Ich spojrzenia się spotkały. Terry’emu wydawało się, że Liliana coś do niego mówi. A potem wojownik osunął się w ciemność, stracił przytomność.

. . .

 

- Terry, Terry! – jakiś łagodny i spokojny głos rozsadzał mu głowę – Ocknij się! Musisz się obudzić.

Terry otworzył oczy. Znalazł się w zupełnie innym miejscu: na zielonej łące pełnej życia, kolorowych kwiatów i różnorodnych słodkich zapachów. Wśród traw siedziała niezwykle piękna, choć nie młoda kobieta. Miała śnieżnobiałe włosy upięte w wysoki kok. Jej niebieskie oczy wpatrywały się w niego tak intensywnie, że Terry poczuł chęć schowania się gdzieś przed jej wzrokiem. Ubrana była w białą sukienkę o kilku warstwach. Emanowała z niej moc i jasność.

- Odpocznij bohaterze – powiedziała cicho, a Terry zadrżał, gdy usłyszał jej głos – Tak wiele przeszedłeś.

Znał jej głos. Słyszał go już tyle razy: czasem w głowie, czasem dobywający się z Amuletu Espery. Był spokojny, melancholijny, łagodny i ciepły, a Terry słyszał go zawsze, kiedy był w niebezpieczeństwie. Pomógł mu wybrnąć z wielu sytuacji. A teraz widział przed sobą jego właścicielkę.

- Gdzie jesteśmy? – zapytał.

- Ty wciąż leżysz na polanie przed Złotym Wzgórzem, a ja wciąż jestem w Dolinie Mroku wulkanem Espera – wyjaśniła mu.

- Więc…

- Tak, nasze ciała wciąż są w tych samych miejscach, ale umysły widzą więcej.

- To skomplikowane – stwierdził Terry.

- Wyobraź sobie, że twoje ciało wciąż leży przed Złotym Wzgórzem, ale twój umysł przeniósł się tutaj i widzi co się tu dzieje.

- Więc to coś w rodzaju snu lub wizji, tak? – zainteresował się Terry, po czym niepokój ścisnął go za gardło i dodał – Czy wiesz co z moimi przyjaciółmi?

- Richard zaraz do ciebie przybędzie i będzie próbował cię obudzić. Natomiast Liliana… Wasi wrogowie wzięli ją ze sobą w charakterze więźnia i ruszyli w kierunku Złotego Wzgórza. Wciąż masz szansę ich dogonić.

- Dlaczego? – oczy Terry’ego zrobiły się ogromne – Dlaczego ją wzięli, a mnie zostawili?

- Przyda im się zakładnik, a ktoś kto jest następczynią tronu Armeni… no cóż, można się spodziewać, że zażądają za nią dużego okupu. Ciebie zostawili postrzelonego, bo nie mogą cię zabić, a jeśli wzięli by ciebie i ją do niewoli byłaby większa szansa, że uciekniecie we dwójkę, tak jak zrobiliście to uciekając goblinom i pierwsi dotrzecie do talizmanu – odparła.

- Skąd to wszystko wiesz? – zainteresował się Terry.

- Teraz nie mam czasu ci tego wyjaśniać. Jeśli chcesz dogonić przyjaciółkę musisz wyruszyć niezwłocznie. Przyspieszyłam trochę leczenie miejsca, gdzie postrzeliła cię Morena. Do zobaczenie wkrótce, Terry – mrugnęła do niego.

- Kim ty jesteś? – spytał Terry, ale obraz kobiety i otaczającej jej łąki zaczął powoli znikać.

- Myślę, że już znasz odpowiedź – odrzekła.

. . .

- Terry! Terry! – usłyszał wojownik.

Powoli otworzył oczy. Richard pochylał się nad nim i potrząsał nim nerwowo.

- Co… – wyjąkał Terry, próbując opanować zawroty głowy, które dopadły go, gdy usiadł.

- Stary, ty żyjesz – ucieszył się Richard – Serio, myślałem, że już po tobie. Kula raniła cię w ramię. Przyszedłem tutaj, bo pobiegła po mnie Huba. Była jakaś taka niespokojna. I wtedy zauważyłem, że ty leżysz zakrwawiony na ziemi, a Liliany nigdzie nie ma – Richard podrapał się po brodzie – Potem zaczęło dziać się coś dziwnego. Twoja rana zaczęła się zasklepiać. Podałem ci więc lekarstwo z plecaka, który miałem ze sobą i obudziłeś się. Gdzie jest Liliana?

Terry zakaszlał.

- Porwali… ją… – nie był w stanie wykrztusić więcej.

- Wobec tego musimy wyruszyć jak najszybciej.

Richard starał się nie okazywać jak bardzo wstrząsnęła nim ta wiadomość. Terry był mu za to wdzięczny. Gdyby i jego przyjaciel byłby tak zrozpaczony Terry’emu znacznie ciężej byłoby się pozbierać. Huba polizała go po twarzy, a Richard pomógł wstać.

- Możesz iśc? – spytał.

Terry kiwnął głową.

- Wędrówka na Złote Wzgórze się rozpoczęła – powiedział Terry po czym on i Richard rozpoczęli kilkugodzinny marsz na szczyt Złotego Wzgórza po kamienistej ścieżce, na której odbijały się złote promienie zachodzącego słońca.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XVII

„Wrogowie”

Terry zdumiony patrzył jak Dalton i jego towarzysze wydali z siebie krzyki i ruszyli w kierunku dziewczyn. One odpowiedziały im ostrzałem. Wojownik przypatrywał się ścierającym ze sobą dwóm grupom. Nie wiedział o co chodzi, a walka trwała w najlepsze. Kilku walczących padło. Terry przyciągnął do siebie Lilianę i przywołał Richarda.

- Zmykajmy stąd – powiedział cicho.

Zaczęli się powoli cofać w kierunku wyjścia z zamku. Byli już bardzo blisko drzwi, gdy zagrodziła im je wysoka kobieta o długich, brązowych włosach.

- A dokąd to się wybieracie? – spytała, bawiąc się sztyletem u pasa.

- Jedna dziewczyna i dwóch chłopaków – ciągnęła, wymawiając ostatnie słowa z pogardą – Czyżby przyjaciele Daltona? – zapytała i nie czekając na ich odpowiedź dodała – Kruki, na dziś wystarczy! Wrócimy jutro. Weźcie dziewczynę – wskazała na Lilianę.

Do Terry’ego dopiero po chwili dotarło co kobieta powiedziała. Niestety było już za późno. Narzuciła ona worek na głowę Liliany. Księżniczka szarpała się i wiła, ale jej starania nie przyniosły żadnego efektu. Terry ruszył jej na pomoc, ale kobiety powstrzymały go, podcinając mu nogi. Tymczasem kobieta i jej towarzyszki wycofały się z pola bitwy, zostawiając za sobą ciała poległych, Daltona, jego grupę, Terry’ego i Richarda, a zabierając Lilianę. Oczy Terry’ego zaszły łzami. Dlaczego zabrały Lilianę? Przecież księżniczka nie była ich wrogiem, ba, nawet nigdy się nie widziały.

Czuł na ramieniu dłoń Richarda, gdy wojsko Daltona skuło ich w kajdany i sprowadziło do celi w ruinach zamku. Oboje siedzieli w celi, a niewyjaśnione sprawy i niezadane pytania nie dawały im spokoju. Po chwili do ich celi przyszedł Dalton. Wprowadził do niej Hubę, która na ich widok zamerdała ogonem.

- Za co nas tu zamknąłeś ?! – ryknął Richard.

- Za bezpodstawne zniszczenie naszych najświętszych obrządków – wykrzyknął Dalton – Wasza egzekucja odbędzie się jutro o poranku. Czujcie się zaszczyceni. Będziecie ofiarą dla naszych bogów.

- Przecież to nie my zniszczyliśmy uroczystość, tylko Huba – jęknął Fioletowy Wojownik.

- Tak – przytaknął Dalton – Ale nasze prawo wyraźnie mówi, że zwierzęta to istoty bez rozumu, a odpowiedzialność za nie ponoszą właściciele.

- A jeśli to nie nasz pies? – spróbował Richard.

- Jakoś nie sądzę – zauważył Dalton – Cóż, gdyby była z wami księżniczka to może przez wgląd na znajomość z jej ojcem bym coś wymyślił… No, ale najwyraźniej wolała przyłączyć się do kruków. Zdrajczyni… – zasyczał starzec – Przygotujcie głowy na jutro – zarechotał, najwyraźniej ubawiony swoim żartem.

. . .

Liliana ocknęła się nerwowo. Ktoś ściągnął jej z głowy worek. Przed sobą ujrzała tą samą kobietę, która pojmała ją, a wcześniej rozmawiała z nimi przed drzwiami ruin zamku.

- Gdzie jestem? – spytała opryskliwie kobiety.

Nie widziała celu, w którym została porwana i oddzielona od przyjaciół.

- W głównej siedzibie plemiona kruków – wyjaśniła jej kobieta – Jestem Angelina Jones, przywódczyni kruków. Miło mi cię poznać.

Podała jej rękę, a Liliana niechętnie ją uściskała.

- Czemu mnie porwałyście? – spytała.

- Dla twojego bezpieczeństwa, oczywiście – wyjaśniła jej Angelina – Z tymi mężczyznami nie jesteś bezpieczna. Plemię Diablów to hultaje i chuliganie.

- Być może, ale tam byli moi przyjaciele – powiedziała ze złością Liliana – Chcę do nich wrócić!

- To narazie niemożliwe – Angelina poprawiła włosy i zacisnęła usta w wąską linię – Granicę między naszym plemieniem, a Diablami strzegą ich patrole. Zabiją każdego, kto się do nich zbliży. Natomiast jeśli jutro będziesz chciała do nas dołączyć to razem ruszymy na Diablów, a ty będziesz mogla odnaleźć swoich przyjaciół.

- W takim razie nie pojmuję, czemu mnie pojmałyście, a teraz tak po prostu pozwalacie odejść.

- Pojmałyśmy cię z kilku powodów – Angelina bawiła się sztyletem u pasa – Po pierwsze jesteś naszym jeńcem do jutra. Musimy zregenerować siły i uzupełnić broń, a jeśli Dalton spróbuje zaatakować nas wcześniej niż jutro zagrozimy, że cię zabijemy. Po drugie myślałam, że Dalton i jego sfora nie traktuje cię dobrze. Nie szanują oni kobiet. Snułam podejrzenia, że być może cię porwał. A każde działania przeciwko Daltonowi są dla mnie radością.

Liliana wpatrywała się w kobietę. Mądre brązowe oczy przymrużyła ona w zamyśleniu.

- Więc będę mogła wrócić jutro do przyjaciół? – upewniła się Liliana.

Angelina kiwnęła głową, a księżniczce spadł kamień z serca. Uspokojona zapytała:

- O co właściwie walczycie ty i Dalton?

- W zasadzie nie mamy jakiegoś konkretnego powodu do walki. Odkąd zaczął rabować nasze terytoria i obrażać moje towarzyszki regularnie toczymy ze sobą boje. A teraz, moja droga… – Angelina zaklaskała w dłonie i do pomieszczenia wpadły trzy z jej towarzyszek.

- A teraz wtrącisz mnie do więzienia? – zapytała ponuro Liliana.

- Nie – odparła zaskoczona Angelina – Teraz masz czas dla siebie. Moje towarzyszki pokażą ci garderobę. Możesz się ubrać i umyć.

Nastała chwila milczenia, a gdy Liliana i towarzyszki Jones były już przy drzwiach, kobieta dodała:

- A jutro o samym poranku wyruszymy na Daltona.

. . .

Terry obudził się, lizany przez Hubę po twarzy. Siedział oparty o ścianę celi więziennej, a gdy wstał wszystko, a w szczególności plecy koszmarnie go bolało. Richard siedział na drugim końcu celi. Obok niego leżał plecak z talizmanami. Fioletowy Wojownik zagwizdał cicho i Huba podleciała do niego. Polizała go po wierzchu dłoni. Do lochów zszedł Dalton i kilku jego towarzyszy.

- Oddajcie broń! – zaskrzeczał jeden z nich.

Terry i Richard poddali się bez oporu. Żołnierze Daltona pochwycili w dłoń ich miecze, a jeden z nich nałożył Hubie czarną, skórzaną obrożę i zaciągnął ją za chłopcami na dziedziniec przed ruinami pałacu. Terry zauważył, że była tam cała grupa Daltona. I wtedy uświadomił sobie na co oni czekają, na ich śmierć. Na twarzy Daltona pojawił się uśmiech triumfu. Uniósł miecz i skierował go w stronę Terry’ego, odmówiwszy wcześniej jakieś dziękczynne modlitwy. I wtedy od strony Huby dobiegło warczenie. Psina ugryzła trzymającego ją żołnierza i ruszyła na ratunek Terry’emu. Zatrzymała się tuż przed wojownikiem i zawarczała ostrzegawczo na mężczyznę. Dalton cofnął się odrobinę. Na jego twarz wdarł się grymas złości. Uniósł dłoń i zrobił krok w kierunku psa. Nagle na dziedziniec opadł grad strzał wysłanych przez kruki stojące po drugiej stronie polany.

Terry’emu wydawało się, że widzi wśród nich Lilianę, bo jedna z dziewczyn nie strzelała, ale nim zdążył się lepiej przyjrzeć Dalton i jego towarzysze dobyli mieczy. Terry rozejrzał się dookoła. Kruki otoczyły grupę Daltona. Do Terry’ego dotarło, że wystrzelają Diablów jeden po drugim. Zajęły lepszą pozycję i obrały lepszą taktykę. Po chwili strzały i miecze starły się ze sobą. Ktoś dotknął ramienia Terry’ego. Wojownik krzyknął. Była to Liliana. Ona i Richard przywołali Hubę i razem z nim rozbroili stojącego najbliżej mężczyznę, który trzymał ich miecze. Biegiem, zostawiając za sobą pole bitwy pognali w kierunku pasących się spokojnie koni. Już mieli ruszać, gdy Liliana zeskoczyła ze swojego wierzchowca.

- Co robisz? – zapytał Richard.

Księżniczka podbiegła do resztek jednej z wieży i wyjęła stojącą na niej białą flagę. Wzięła ją do rąk i zrzuciła z wiatrem na pole bitwy.

- Niech wiedzą, że bezsensowne przelewanie bitwy nic nie da – wyjaśniła.

Do Terry’ego dopiero po chwili dotarło o co jej chodziło. Biała flaga. Symbol pokoju. Poddanie.

Ruszyli galopem przed siebie. Terry czuł wiatr we włosach. Huba biegła zaś obok niego. Złote Wzgórze było coraz bliżej.

 

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XVI

„Diabli i kruki”

Jechali dwa dni przez porośnięte zielenią pagórki. Po długiej wędrówce ich oczom ukazało się pasmo kolorowych wzgórz o różnym rozmiarze. Zachodzące słońce nadawało im blasku i różnorakich kolorów. Stoki zalane były barwami: od fioletów i różów przez pomarańcze, czerwień i żółć aż do królującego nad innymi ogromnego masywu w kolorze królewskich dukatów- Złotego Wzgórza.

- Myślisz, że będziemy musieli wspiąć się na jego szczyt? – zagadnęła Liliana Terry’ego.

- Hm… – zamyślił się Terry – Pewnie tak.

Richard wydał z siebie jęk. Humoru raczej nie poprawiło mu też to, że niebo zaszło chmurami i lunął rzęsisty deszcz. Schronili się pod jednym z dużych drzew, mając nadzieję, że przeczekają pod nim ulewę, jednak chwilę po tym niebo przecięła błyskawica i w powietrzu dał się słyszeć przerażający grzmot. Wiedząc, że chowanie się pod drzewem podczas burzy jest dość ryzykowne Terry i jego przyjaciele ruszyli przed siebie. Ubrani w długie, szare płaszcze przemierzali pagórki na grzbietach koni, którym najwyraźniej deszcz nie przeszkadzał tak bardzo jak ich jeźdźcom była Huba. Podczas, gdy Terry starał się zmoknąć jak najmniej ona biegała dookoła nich, kłapiąc pyszczkiem i próbując połknąć krople deszczu. Zniechęciła się dopiero, gdy zaczął padać grad.

- Musimy znaleźć jakieś schronienie – jęknęła Liliana, ocierając wodę, cieknącą jej z włosów.

Jechali jeszcze kawałek, co chwilę oglądając się za biegnącą za nimi Hubą, aż ich oczom ukazały się ogromne ruiny zamczyska.

- Może schronimy się na dziedzincu? – zaproponowała Liliana – Nie musimy wchodzić do środka, bo nie wiadomo, co w tych ruinach może się znajdować, ale schrońmy się chociaż przed deszczem.

Richard i Terry przystali chętnie na tą propozycję, prędko kierując konie w kierunku ruin zamku. Mniejszy entuzjazm wykazała Huba, bo jej wielkie czarne ślepka czujnie rozejrzały się wokół i już jej nie było. Dała susa gdzieś między drzewa, znikając im z oczu. Terry nie zaniepokoił się tym zbytnio. Już wcześniej zdarzał się, że psina znikała na chwilę, aby zaraz się pojawić. Liliana, Richard i Terry usiedli na dziedzincu, gdzie deszcz i grad nie dosięgały ich. Siedzieli tak przez chwilę, drżąc z zimna. Terry rozejrzał się dookoła. Ruiny zamku musiały być naprawdę stare, bo w niczym nie przypominały pałaców i zamków, które dotychczas wojownik widział. Wyglądały raczej jak budowle, które Terry oglądał w książkach. Patrząc na ruiny można było przypuszczać, że niegdyś były niezwykle użyteczną twierdzą o kilku wieżach, basztach, murach obronnych. Teraz pozostał z nich jedynie kawałek znajdującej się w prawym, wschodnim skrzydle wieży, mury, ogromne, mosiężne drzwi i część dziedzinca. Terry nie wiedział jak jest w środku. Naraz jednak z drugiego końca ruin dał się słyszeć hałas. Mosiężne drzwi otworzyły się z łomotem. Wybiegła z nich grupa mężczyzn. Na ich przedzie stał tęgi mężczyzna o pokaźnym brzuchu, ubrany w długi, purpurowy płaszcz. W ręku trzymał berło zakończone srebrnym kryształem. Jego włosy i broda były przypruszone siwizną. Poruszał się w sposób dostojny. Dobył miecza i skierował go w kierunku Terry’ego. W jego ślady poszedł około tuzin ubranych w żołnierskie stroje mężczyzn. Stali za nim i czekali na jego rozkaz. Miecze wycelowali w ich trójkę. Mężczyźni byli w różnym wieku. Najmłodsi chłopcy mogli mieć tyle lat co Terry, starsi zaś mieli od dwudziestu do około sześćdziesięciu lat. Terry zdumiał się, bo uświadomił sobie, że Liliana jest jedyną dziewczyną na dziedzincu. W grupie stojących na przeciw byli tylko mężczyźni.

- Kim jesteście? – zawołał tęgi mężczyzna – Przyszliście od kruków? Przyznajcie się! Szpiegujecie dla nich?! Ty na pewno! – wskazał na Lilianę – Szpiedzy!

- Nie jesteśmy szpiegami! – wtrącił się Richard – I nie bardzo wiemy, co chce pan powiedzieć.

- To nie jest właściwy sposób zwracania się do przywódcy Diablów! – zakrzyknął bojowym tonem – Nie dam się nabrać waszym sztuczkom. Dobrze wiem, że to pewnie oni was tu przysłali. Byłbym skłonny uwierzyć, że wasza dwójka – wskazał Terry’ego i Richarda- nie służy krukom, ale ty! – ryknął, patrząc na Lilianę – Nie uwierzę!

Księżniczka, która dotychczas spokojnie stała z twarzą zasłoniętą kapturem podeszła do starca.

- Ty jesteś Dalton Reynolds – powiedziała pewnie – Prawda?

Terry’emu nazwisko wydało się dziwnie znajome.

- OCHO! – zakrzyknął mężczyzna – Więc przyznajesz się, że jesteś szpiegiem?!

- Nie – warknęła Liliana – Ale mój ojciec mi o tobie opowiadał.

Zrzuciła kaptur z głowy, pokazując mu swoją twarz. Oblicze starca drgnęło.

- Liliana? – zdumiał się – Liliana Avila? To znaczy… jej wysokość… księżniczka… – mieszał się.

- Tak, to ja – przytaknęła – A teraz może opuścicie broń, co? – spytała groźne.

- Tak jest… to znaczy – plątał się mężczyzna – Wykonać rozkaz!

- Liliano – zaczepił ją Terry – Co tu się właściwie dzieje?

- Skąd znasz tego świra? – zainteresował się Richard.

Zamiast księżniczki odezwał się starzec.

- Powiem wam, młodzi ludzie, co tu się dzieje – zawołał radośnie – Otóż szlachetni bogowie zesłali mi w darze córkę mego przyjaciela z dawnych lat. Tą samą, przy której chrzcie, ja Dalton Reynolds, byłem obecny! Wciąż pamiętam jak wzruszony był wtedy Argus, tak… Niestety kilka dni później zmuszony byłem opuścić zamek w celu kolejnej podróży, Liliano, nic się nie zmieniłaś.

I wtedy Terry’emu przypomniało się skąd zna imię i nazwisko tego człowieka. Gdy poszukiwał rozpaczliwie informacji o Johanessie Burke, znalazł wzmiankę o największych podróżnikach Armeni, a wśród nich był również Dalton Reynolds.

Tymczasem mężczyzna ułożył stos gałązek zerwanych z pobliskiego drzewa i podpalił go. Upadł na kolana przed płonącym drewnem i zaczął wykrzykiwać.

- Dzięki wam bogowie! Dzięki wam!

A potem razem z towarzyszami zaczął śpiewać pieśń, której słów Terry nie mógł rozróżnić.

- Oni są mocno pokręceni – szepnął do niego Richard.

. . .

Następnego dnia Terry, Liliana i Richard zgromadzili się w wielkiej sali, mając nadzieję, że zjedzą dobre śniadanie i ruszą w dalszą podróż. Srogo się jednak zawiedli, bo choć w sali stał bogato zastawiony stół, to Dalton i jego towarzysze nie pozwolili im tak od razu zasiąść do posiłku.

Kiedy wszyscy zgromadzili się dookoła stołu Dalton przywdział białe, aksamitne rękawiczki i ujął w dłonie półmisek z chlebem. Następnie wymamrotał coś pod nosem, a wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu mężczyźni zaintonowali pieśń, z której Terry nic nie rozumiał. Następnie Dalton odezwał się.

- A teraz najważniejsza część naszych obrzędów – rzekł poważnie – Ofiara dla naszych bóstw. Proszę o absolutną ciszę, bo tych, którzy się odezwą lub zrobią coś co zakłóci święte obrzędy mamy w zwyczaju również składać w ofierze.

Na twarzach towarzyszy Daltona malował się spokój i opanowanie jakby już nie raz grożono im w ten sposób. Dalton wziął jeden z chlebków, ułożył na stosie z gałązek i tak samo jak poprzedniego dnia, podpalił.

I wtedy wiele rzeczy potoczyło się błyskawicznie. Do sali wpadła umorusana błotem Huba. Terry poczuł nieopisaną ulgę na jej widok, bo już dawno jej nie widział i niepokoił się, że być może gdzieś się zagubiła. Teraz jednak ulgę zdławiło przerażenie, gdy Terry uświadomił sobie, co Huba chce zrobić.

Suka rzuciła się w kierunku płonącego chleba i wyłowiła go pyskiem z płomieni. Z wyraźną błogością zjadła zwęglone pieczywo. Następnie ruszyła w kierunku Daltona, który z przerażeniem odpędzał ją białą rękawiczką. Złapała ją zębami i rozerwała na kilka małych kawałeczków. Terry bał się odezwaźć, pamiętając o ostrzeżeniu Daltona, więc stał jak skamieniały. Tymczasem Dalton, przewrócony przez Hubę pozbierał się z podłogi i z furią w oczach rzucił się z nożem na stojącego najbliżej Richarda. Zanim zdążyło dojść do rękoczynów powietrze przeciął grad strzał. W sali pojawiło się kilkanaście dziewczyn z bronią w rękach.

- Kruki! – rozległo się wycie Daltona i walka rozpoczęła się na dobre.

Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XV

„Huba i bagna”

Jechali galopem nie zatrzymując się i nie oglądając za siebie. Pęd powietrza targał Terry’emu włosy. Wojownikowi zrobiło się niedobrze. Nie wiedział, czy to z szybkości, czy z poczucia winy. Zostawili ją, porzucili Jenny. Poczuł piasek pod powiekami.

- Jak mogliśmy? – pomyślał z rozpaczą.

Galopowali jednak dalej. Ani Liliana, ani Richard nie odzywali się. Być może oni też mieli podobne myśli. Zwolnili znacznie, gdy pałac Jennifer został daleko za nimi.

- Nie powinniśmy zwalniać – Liliana przerwała ciszę – Christhoper może być tuż za nami.

Na jej twarzy malowały się upór i determinacja. Terry nie wiedział co powiedział jej Christhoper, ale uznał, że to nie jest najlepszy moment na to. Przejechali przez las, wyjeżdżając na otwartą przestrzeń. Jechali przez kilka godzin bez przerwy. Zatrzymali się w zielonej dolince, aby napoić konie, a potem ruszyli dalej. Ich trójka, tak jak było na początku.

Jechali ścieżkami, które otoczone były drewnianymi tabliczkami, na których znajdowały się pobladłe napisy. Część jednak wciąż dało się odczytać.

Śmierć przybyszom! Wjeżdżasz na własne ryzyko! Zatrzymaj się póki możesz!

- Wjeżdżasz w gno? – odczytał z jednej zdziwiony Richard.

- Nie – jęknęła Liliana po czym krzyknęła – Uwaga! Wjechaliśmy w bagno!

Ona i Richard stali w miejscu, bo ich konie ugrzęzły. Terry ze zdumieniem zauważył, że jego koń chce iść na przód i już robi kolejny krok. Prędko go zatrzymał. Liliana krzyczała, a Richard szamotał się przeraźliwie.

Terry pilnował, aby koń nie ruszał się z miejsca. Jednocześnie wspiał sięna najwyższy punkt na jego grzbiecie i spróbował dosięgnąć ręką gałąź stojącego najbliżej drzewa.

- Nie ruszaj się – syknął do swojego konia i prosząc, aby ten wysłuchał polecenia uniósł się i przyklęknął na grzbiecie wierzchowca.

Usiadł z powrotem i machnął ręką w kierunku Liliany, która złapała konar i pociągnęła go mocno, wyciągając siebie i swojego mustanga z bagna. Trudniejsza sprawa była z Richardem. Jego koń ugrzązł bardzo głęboko. Wreszcie z pomocą księżniczki Terry’emu udało się pomóc Richardowi.

- Jedźmy dalej – zarządził Fioletowy Wojownik – Nie wytrzymam ani minuty dłużej w bagnie.

- Ty się nawet nie ubłociłeś – zauważyła Liliana – Tylko twój koń.

Zeskoczyła ze swojego wierzchowca i wyciągnęła z plecaka kawałek szmatki. Podeszła do koni i wytarła im kopyta, gdy już znaleźli się poza bagnem. Terry skierował wzrok na nią. Ich spojrzenia się spotkały. Znowu Terry przyłapał się na tym, że mimowolnie na nią patrzy. Kiedy Liliana wskoczyła na konia ruszyli ponownie. Jechali przez leśne ścieżki do wieczora. Gdy już zrobiło się bardzo ciemno, a na niebo wypełzły pierwsze gwiazdy zatrzymali się. Nie rozkładali namiotów. Usiadli po prostu na ziemi, a Richard rozpalił małe ognisko. Żar oraz ciepło bijące od ognia były uspokajające. Terry wpatrywał się w wesoło tańczące płomyki. Myślał o rodzicach, przyjaciołach, którzy zostali w pałacu, o Jenny, o niej w szczególności. Jego rozmyślania przerwał głos Richarda.

- Liliano, co powiedział ci Christhoper?

Terry usiadł prosto zainteresowany tym co odpowie księżniczka. Liliana wzięła oddech i odparła, cały czas patrząc z zamyśleniem w ogień.

- Chciał, żebym was zostawiła. Twierdził, że jeśli pójdę z nimi Król Ciemności daruje mi życie.

W powietrzu nie było słychać niczego prócz trzaskania iskierek z ogniska. Terry gwałtownie zaczerpnął powietrza. Richard też miał nieswoją minę.

- Więc czemu wciąż tu jesteś? – spytał w końcu Fioletowy Wojownik – Czemu z nim nie odeszłaś? Przecież wiemy, że ci się podoba.

Liliana spojrzała na niego jak na wariata, a Terry poczuł ukłucie złości.

- Jesteśmy drużyną, pamiętasz? – przypomniała mu Liliana – I nie, nie podobają mi się ludzie, dla których śmierć jest zabawą.

- Dobra, dobra – Richard mrugnął do niej, ale natychmiast spoważniał – Po prostu myślałem, że po tym jak się pokłóciliśmy nie będzie tak jak dawniej…

- Oszalałeś? – Liliana uśmiechnęła się – Dawniej też się kłóciliśmy.

Richard roześmiał się. Dobrze było ich widzieć, kiedy nie skakali sobie do oczu. Terry przyglądał im sięz radością do póki nie zobaczył jak się ściskają i zderzają głowami ze śmiechem. Poczuł ukłucie zazdrości, ale natychmiast o nim zapomniał, bo Liliana powiedziała:

- Pewnie martwisz się o Jenny – zwróciła się do Richarda, klepiąc go po ramieniu – My też – zapewniła go.

W brązowych oczach Fioletowego Wojownika pojawił się niepokój.

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że tam została. Nie po tym jak wredna była dla niej matka – westchnął.

- Jej matka nie żyje – wtrącił Terry – A ona została tam, aby pomóc nie jej, lecz siostrom. I choć uważała, że ich dworskie życie i ploteczki są głupie, to chyba je kochała, skoro została. Tak mi mówiła – dodał, widząc pytające spojrzenie księżniczki.

- Ciekawa jestem tylko, kogo przyśle, żeby dać nam znak, że przeżyła – zastanowił się Richard.

- Jeśli przyśle – zaznaczyła złowrogo Liliana.

- Znowu zaczynasz?!

- Tak – Liliana trąciła go w ramię, nie przestając się uśmiechać – Przyśle na pewno.

- Ja trzymam wartę pierwszy – powiedział Richard uspokojony słowami księżniczki.

Terry położył się spać na ziemi, przykrywając się kurtką. Chłód owiał go, więc przysunął się bliżej ognia. Kiedy zasnął przyśnił mu się koszmar.

Christhoper, Morena i Lord Brander przedzierali się przez jedną z leśnych ścieżek. Jechali konno. Morena zbliżyła się do jadącego daleko na przodzie Christhopera.

- Dalej się gniewasz, co? – powiedziała, odrzucając do tyłu długie, czarne włosy – To bardzo dobrze, gniew pomaga osiągać wielkie rzeczy.Ale nieuzasadniony… Mogę chociaż wiedzieć o co?

- Dobrze wiesz o co – odburknął Christhoper – Dlaczego zabiłaś tą elfkę? Obiecaliśmy jej negocjacje pokojowe, a ty poprostu ją zastrzeliłaś.

- Ciesz się, że tylko zastrzeliłam. Mogłam zrobić dużo gorsze rzeczy. I zaoszczędziłam nam kłopotów w wypłacaniu jej pieniędzy – odparowała.

- Ale Terry Moon znów nam uciekł – zauważył Christhoper – A ty postąpiłaś jak zwykły morderca… jak… jak… Król Ciemności.

- To dla mnie pochlebstwo – odparła chłodno Morena – A i ty mógłbyś być czasem bardziej jak on.

Christhoper potrząsnął głową, a jego blond włosy rozburzyły się na wszystkie strony.

- TERRY! TERRY! – ktoś nim potrząsał.

Terry otworzył oczy. Richard próbował go obudzić.

- Co? Co? – wymamrotał na wpół przytomny.

- Zobacz! – krzyknął Richard, potrząsając nim.

Na polanie obok wielkiego, zarośniętego hubą drzewa stał dosyć duży pies. Był czarny w białe łaty, a jego duże brązowe oczy patrzyły mądrze na Terry’ego. Powąchał czubkiem nosa hubę na drzewie i kichnął. Terry podszedł bliżej niego. Kiedy się zbliżył pies zaczął merdać ogonem. Terry zauważył, że na szyi ma czerwoną obrożę z dużą, okrągłą, srebrną zawieszką. Z zawieszki wystawał kawałek pergaminu. Terry podszedł do psa i ściągnął jej obrożę. Z początku zaszczekała dwa razy, ale potem zaczęła merdać puszystym ogonem. Terry rozpiął zawieszkę i wydobył z niej pergamin.

Terry! Richardzie! Liliano!

Bitwa skończyła się pomyślnie. Wygoniłyśmy gobliny z naszego terytorium. Po ich klęsce Christhoperowi, Morenie i Lordowi Branderowi udało się uciec. U mnie w porządku. Matka nie żyje, a Honorata przygotowuje się do objęcia władzy. Rozważałam udanie się za wami w podróż, ale uznałam, że tu będę bardziej potrzebna. Razem z siostrami przygotowujemy armię elfów i innych, aby kiedy Król Ciemności rozpocznie wojnę móc się bronić. Jak pewnie pamiętacie to miało być moje zadanie po wyprawie do Nawiedzonego Lasu. Zrealizuję je dopiero teraz. Mam nadzieję, że u was wszystko dobrze i że list do was dotarł, dzięki najszybszej z elfickich psów.

Jenny

Ps. Weźcie suczkę ze sobą.

Terry prześledził wzrokiem list jeszcze raz, a potem spojrzał na suczkę radośnie ocierającą się o pień drzewa porośniętego hubą.

- Huba – nazwał ją.

I tak o to pozyskał nowego członka wyprawy i wierną przyjaciółkę, Hubę.