Wojownicy Tom II

Epilog

Johaness Burke wyszedł z Fioletowego Zamku do ogrodu. Dwa kasztanowe wierzchowce wjechały właśnie na teren Fioletowych Wojowników. Na ich grzbietach siedziała dwójka jeźdźców: Richard i Modest.

- Witaj, Johanessie – Modest zeskoczył z konia, tak zręcznie, jak nie zrobiłby tego nawet młody mężczyzna.

- Przyjechałem razem z Richardem, który nalegał na wizytę u pewnej Fioletowej Wojowniczki.

Z zamku wybiegła Scarlett. Ona i Richard pocałowali się i odeszli pozostawiając Johanessa i Modesta samych.

- Dzieci – mruknął Burke, choć na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Może i dzieci – w oczach Modesta pojawiły się radosne iskierki – Ale ja i tak pamiętam jak w młodości ciebie i pewną zielarkę coś łączyło… Jak ona się nazywała?

- Rose Mark – na twarzy Johanessa pojawiło się coś w rodzaju melancholii – Dawne czasy – powiedział, kiedy do ogrodu wjechał siwy ogier, niosący w siodle Williama Blythe.

- Modeście! – ryknął postawny mężczyzna – Johanessie! Jak dobrze was widzieć.

- Miejmy to już za sobą – Johaness poprowadził Modesta i Williama za sobą do najtajniejszej części Fioletowego Zamku, gdzie jego uczniowie nie mieli wstępu.

W ciemnej komnacie znajdowała się zakurzona szafka. Johaness wyjął z kieszeni kluczyk i otworzył ją. Wyciągnął małą drewnianą skrzyneczkę, którą otworzył tym samym kluczem. W środku skrzyneczki znajdował się stary, zakurzony pergamin. Johaness rozwinął go.

Przysięga Pięciorga

Póki żyje choć jeden z poniżej podpisanych Przysięga Pięciorga jest ważna. Nie zniszczy jej ani czas, ani nawet zniszczenie tego dokumentu, ponieważ jest zawiązana za pomocą czarów.

Przysięgamy chronić i pomagać Marcusowi i jego potomstwu, a póki żyje choć jedno z nas Król Ciemności nie będzie mógł zabić żadnego z potomków Marcusa. Będą mogli to uczynić inni, ale sam Król Ciemności nie będzie do tego zdolny. Nie damy mu nasycić się zemstą.

Podpisano:

Modest Sprawiedliwy,

 Johaness Waleczny,

William Rozważny,

 Diana Urodziwa,

  Espera Potężna.

Johaness umieścił pod spodem pieczęć.

- Przysięga Pięciorga została odnowiona – rzekł.

Tymczasem daleko stąd, w miejscu zwanym Doliną Mroku, wulkanem Espera wstrząsnął wybuch. Król Ciemności był wściekły.

Koniec części II

Wojownicy Tom II

Rozdział XXVII

„Ochotnik”

Drzewa otaczające pałac Avila zmieniły kolory liści z zielonego na złoty, brązowy, pomarańczowy i żółty.

- Jesień przyszła w tym roku wyjątkowo wcześnie – pomyślał Terry przechodząc dziedzińcem pałacowym. Minął fontannę, w której niegdyś było pełno wody. Liście z drzew leciały mu pod nogi, tworząc kolorowy dywan.

- Dawno nie widziałem słońca ani drzew – Modest stał na końcu uliczki, wygrzewając się w słońcu – I od dawna żaden jesienny wietrzyk nie omiótł mi twarzy.

Modest odwrócił się do Terry’ego. Wojownik zdumiał się jak Modest się zmienił pod wpływem działania talizmanu. Z jego twarzy zniknęły zmarszczki, broda była bujna i brązowa, a nie siwa. Włosy mu zgęstniały, a w czarnych oczach pojawił się dawny blask. Jego palce chwyciły za rękojeść miecza, który przypięty był do pasa. Wykonał kilka wymachów i chwytów, a Terry nie posiadał się ze zdumienia ile potrafi człowiek, który od wielu lat nie miał w rękach miecza i który wszystkiego go nauczył. Odkąd Terry wrócił z wyprawy minęły trzy dni.

- Ciekaw byłem, czy rozważyliście moją propozycję? – zastanowił się Modest.

Terry kiwnął głową.

- Richard i Jenny się zgodzili. Zostają w pałacu Avila do kolejnej wyprawy. Odbędziemy szkolenie, które nam zaproponowałeś. Czy ty, mistrzu będziesz nas szkolić osobiście?

- Myślę, że tak – Modest kiwnął głową – Nikt lepiej was nie przygotuje do nadchodzącej wojny. Wiele już bitew widziałem i w wielu brałem udział.

- Do wojny? – zdziwił się Terry – Myślałem, że będziesz nas przygotowywać do kolejnej wyprawy, mistrzu.

- Też tak myślałem – zgodził się Modest – Ale dzisiejsze wydarzenia zmieniły trochę moje myślenie.

- Co się stało?

- Dziś rano w pałacu zjawił się pewien chłopak. Powiedział, że chce się zgłosić na ochotnika w kolejnej wyprawie. Przedstawił się. Nazywa się Christhoper Rednarb. Podobno jest wrogiem Króla Ciemności, od kiedy jego rodzinę zaatakowały jego sługi. Chce pomóc. Pragnie wybrać się po kolejny talizman. To zastanawiające. Skąd wie o takiej wyprawie? Dlaczego chce się do niej zgłosić?

- To… – zaczął Terry.

Nie wiedział, co miał zamiar powiedzieć. To wspaniale, świetnie, podejrzane? Tyle pytań cisnęło mu się na usta, ale zamiast tego zapytał:

- Ufasz mu, mistrzu?

- Tylko głupiec zaufałby dopiero co poznanej osobie – Modest potargał swoją brodę – Będę miał na niego oko. Może faktycznie jest tym za kogo się podaje, a może jest kolejnym wrogiem i kolejną intrygą Króla Ciemności. Trzeba pamiętać, że nie cofnie się on przed niczym. Jego sługi w tym pałacu… Rea, Wolder. Kiedy byłem męczony trucizną… Widziałem wiele rzeczy, znacznie więcej niż Król Ciemności się domyśla. To było coś jak wizje, koszmary. Jeżeli jednak Christhoper byłby sprzymierzeńcem… Ty Terry byłbyś wolny. Nie musiałbyś ruszać po kolejny talizman. Będę miał czas, żeby się mu przyjrzeć, bo widzisz Terry… kolejna wyprawa odbędzie się dopiero za miesiąc.

- Co?! Dlaczego?

- Późna jesień to najbezpieczniejsza pora roku, żeby wyruszyć na Złote Wzgórze. Okolice tego z Czterech Światów zamieszkuje mnóstwo nieokrzesanych plemion, które pod koniec ciepłych miesięcy odprawiają różne tajemne rytuały. Jest większa szansa na przeżycie, jeśli wyruszycie późną jesienią. Król Ciemności nie jest głupi. On też nie wyśle swoich ludzi na pewną śmierć.

- Skoro na Złote Wzgórze wyruszymy dopiero za miesiąc, to może najpierw wyruszyć by do Miasta Przeznaczenia?

- Tak, można by tak uczynić – odrzekł Modest – Ale do Miasta Przeznaczenia wiodą dwie drogi. Jedna przez Dolinę Mroku. Nie wyruszyłbym tamtędy nawet w ostateczności. Druga przez Złote Wzgórze, więc można by było ruszyć tamtędy. I jest jeszcze coś. Droga na Złote Wzgórze wiedzie przez krainy elfów. Ostatnio zmagają się z najazdami goblinów. Z tą elfką, Jenny mielibyście większe szanse, jeśli faktycznie to wy wyruszycie na tą wyprawę, a nie Christhoper. Na miejscu króla nie wpuściłbym go nawet do pałacu, ale król Argus chce, by to on narażał się na niebezpieczeństwo, nie ty. Domyślasz się dlaczego?

- Liliana… pójdzie ze mną, z nim niekoniecznie, prawda? Jego córka byłaby bezpieczna.

Rings pokiwał głową.

- Oczywiście – rzekł – Chociaż nikt nie może być bezpieczny w tych niespokojnych czasach, a już na pewno nie rodzina królewska.

Terry milczał.

- Wojna, prawdziwa wojna, jeszcze się nie zaczęła.

Wojownicy Tom II

Rozdział XXVI

„Scarlett, Johaness i Fioletowy Zamek”

Szybowali w powietrzu, mijając maleńkie budynki w dole. Było tam mikroskopijnych rozmiarów Miasto Zła, Terry’emu wydawało się też, że wypatrzył szklarnię zielarki Rose. Richard i Jenny siedzieli na przodzie ważki, a Terry i Liliana z tyłu. Księżniczka opierała się o wojownika, kurczowo trzymając na kolanach plecak z talizmanem w środku. Pod nimi rozciągały się lasy i Brama Prób, dalej znajdowało się siedlisko gnomów. Jednak Terry był tak zmęczony tą wyprawą i nieustanną podróżą, że oparł głowę na ramieniu Liliany i zasnął. Obudził się dopiero, gdy ważka zniżyła się do lądowania. Wojownik nie poznał jednak pałacu Avila.

- Gdzie my jesteśmy? – zapytał.

- Richard chciał się zobaczyć z Johanessem, Scarlett i innymi Fioletowymi Wojownikami – wyjaśniła mu księżniczka, kiedy ważka wylądowała.

- Co?! – zdziwił się – Ale Modest…

- Wstąpiliśmy tylko na chwilę – zapewnił go Richard, gdy Jenny przywiązywała ważkę do jakiegoś pnia drzewa w ogrodzie.

Razem weszli do Fioletowego Zamku tylnymi drzwiami. W salonie właśnie trwała uczta Fioletowych Wojowników. Johaness upuścił talerz na stopę na ich widok i podbiegł do nich, kulejąc i pokrzykując z radością.

- Terry! Liliana! Jenny! Richard! Wróciliście! – wykrzykiwał – I to w samą porę, bo jak widzicie właśnie odbywa się tu uczta. Chodźcie, chodźcie!

- Właściwie my tylko… – zaczął Richard, ale uczniowie Johanessa wcisnęli im do rąk kubki z sokiem.

- Za lepsze czasy!

Terry uprzejmie podniósł kubek, ale w duchu odliczał już czas, kiedy wrócą do pałacu Avila i będą mogli ocalić Modesta.

I nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Stanęła w niej dobrze zbudowana piętnastoletnia dziewczyna. Miała długie, gęste, czarne włosy, oczy tego samego koloru, ciemne jak noc i zawsze czerwone usta. Ubrana była też na czarno. Miała na sobie płaszcz, spodnie i wysokie buty. Terry przypomniał sobie, jak spotkał ją po raz pierwszy. Była przerażająca. Na widok Richarda oniemiała. Kilku chłopców westchnęło na jej widok. Fioletowy Wojownik wyciągnął do niej ręce. Podeszła do niego. Terry pomyślał, że na miejscu przyjaciela już by uciekał. Johaness tymczasem podszedł do okna.

- Co to za bydlę? – wskazał na ważkę, jednak nikt go nie słuchał, bo wszyscy wpatrywali się w Scarlett i Richarda.

Scarlett również powoli wyciągnęła do niego ręce. Kiedy jednak były w okolicy jego twarzy, zamachnęła się i spoliczkowała go.

- Auu! – Richard złapał się za policzek – Co ja takiego ci zrobiłem?

Wojowniczka gwałtownie odwróciła się do niego. W jej oczach malowała się złość, ale Richard widział tam coś jeszcze, wesołe ogniki radości i ulgę.

- Nie mieliśmy o tobie żadnych wieści! Żadnych! – podkreśliła – Nikt z Fioletowych Wojowników nie wiedział, gdzie się podziałeś i po co, a jeśli Johaness wiedział, to nie chciał nam powiedzieć. Jak mogłeś?! Jak mogłeś wyjechać stąd bez pożegnania, bez słowa o tym gdzie się udajesz?! – znowu się zamachnęła, ale Richard złapał ją za rękę.

- Chciałem ci powiedzieć- wyjaśnił jej, ale Johaness kazał mi utrzymać wyprawę w tajemnicy. Im mniej osób o niej wiedziało, tym lepiej.

- Nie ufasz mi?

- Oczywiście, że ufam – Richard wiedział, że jeśli powie coś więcej to może rozzłościć Scarlett, ale nie dbał o to. Stał teraz naprzeciw dziewczyny, którą od tak dawna podziwiał i która od tak dawna mu się podobała – Ufam ci, Scarlett – powtórzył – Ty nie wiesz, ile razy myślałem o tobie podczas wyprawy, ile razy… ile  razy…

- Wiesz co sobie teraz myślę? – spytała go Scarlett z nieodgadnionym wyrazem twarzy – Że jesteś kłamcą, uciekinierem i odchodzącym bez słowa… – zamilkła w poszukiwaniu odpowiedniego słowa – To ty nie wiesz jak ja się martwiłam… jak…

- Martwiłaś się? – powtórzył – O mnie?

- Nie – odburknęła.

- A jednak… – przerwał jej Richard -  Musiałaś się martwić, skoro jesteś taka wściekła, bo czemu…

- Zamknij się.

Scarlett złapała go za ręce i pocałowała. Richard stał z początku zaskoczony, ale szybko odwzajemnił pocałunek. Musiał przyznać, że skutecznie go uciszyła.

W pokoju zapanowała niezręczna cisza. Terry zobaczył jak Jenny wykrzywia się w grymasie złości. Zauważyła jednak, że Terry na nią patrzy i przywołała na twarz wymuszony uśmiech. Johaness chrząknął znacząco, gdy Richard i Scarlett oderwali się od siebie.

- Będziemy lecieć – rzekł Terry, patrząc znacząco na Richarda – Lecisz z nami, prawda?

- Oczywiście – Richard spojrzał na niego i skierował się w kierunku drzwi.

Wyszli na dwór, odprowadzani przez Johanessa i Scarlett. Terry podszedł do ogromnej ważki i zaczął odwiązywać ją od drzewa. Richard podszedł do Scarlett.

- Lecisz z nimi? Po co? – zapytała dziewczyna.

- Musimy ustalić szczegóły kolejnej wyprawy i odwieźć bezpiecznie talizman.

- Znaleźliście go? – szepnęła Scarlett.

Richard pokiwał głową.

- Niedługo się spotkamy – powiedział – Obiecuję.

- Wiem.

Richard ostatni raz spojrzał w oczy Scarlett, pocałował ją i pobiegł do przyjaciół. Wznieśli się do góry na grzbiecie ważki.

- Kocham cię – zawołała Scarlett za Richardem, ale on już tego nie usłyszał.

 

. . .

Między Fioletowym Zamkiem, a pałacem Avila było około sto pięćdziesiąt kilometrów. Wozem, czy konno jechało się długo, jednak na grzbiecie ważki Terry, Liliana, Richard i Jenny frunęli bardzo szybko. Księżniczka i elfka siedziały z przodu, kierując ważką. Terry klepnął Richarda w ramię.

- Zastanawiam się, co by było gdybyśmy zostawili ważkę w pałacu Avila. Moglibyśmy ominąć niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą wyprawa lądem.

- Pewnie masz rację, ale handlarz powiedział, żebyśmy ją puścili wolno.

Jak na potwierdzenie tych słów ważka zamachała skrzydłami.

- No dobra, tak tylko pytam.

Frunęli w milczeniu.

- A więc to tak – przerwał ciszę Terry – Ty i Scarlett – zwrócił się do Richarda, uśmiechając się.

Richard pokiwał głową.

- Taak… A co z tobą i Lilianą? – spytał niemal szeptem.

Terry o mało nie spadł z ważki, kiedy usłyszałto pytanie.

- Ze mną i Lilianą? – powtórzył, a następnie dodał zdecydowanie, widząc, że Richard się śmieje – My się tylko przyjaźnimy.

Richard już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, kiedy ważka wylądowała. Terry zeskoczył z niej i pognał w kierunku pałacu Avila z talizmanem w ręce, zostawiając resztę w tyle. Kątem oka zarejestrował jak jego przyjaciele puszczają ważkę wolno. Wbiegł do pałacu. W sali tronowej siedzieli król Argus i królowa Aspazja. Ubrani byli na czarno, siedzieli pogrążeni w smutku.

- Czy ktoś umarł? – zapytał Terry, głośno przełykając ślinę.

- Nie, choć niedługo już umrze… Modest…- odpowiedziała ze smutkiem matka Liliany – Ale Terry, gdzie jest reszta?

Jednak wojownik już jej nie słuchał. Pognał na górę do komnaty Modesta. Minął królewskich medyków i przysiadł koło chorego. Modest leżał bez ruchu z zamkniętymi oczami. Terry nie wyczuwał oddechu.

- Czy on… żyje? – zapytał Terry jednego z medyków.

- Serce jeszcze bije – wyjaśnił mu medyk – Ale bardzo słabo. Nic nie zrobisz, chłopcze. Jego życie dobiega końca.

- Wyjdźcie stąd! – polecił Terry, niemalże krzycząc – Szybko.

Medycy usłuchali Terry’ego. Nie widzieli sensu i nie mieli ochoty siedzieć przy umierającym nauczycielu wojowników, którego nic już nie mogło ocalić. Nic, oprócz lekarstwa- jednego z talizmanów.

Terry drżącymi rękami wlał Modestowi kilka kropli fioletowego płynu do ust. Czekał, jednak nic się nie zdarzyło. Terry’emu napłynęły łzy do oczu. Ich wyprawa poszła na marne. I wtedy sypialnię wypełnił dziwny blask. Nagle Modest podniósł się i wstał.

- Nareszcie! – zawołał silnym głosem.

Do sypialni wpadli medycy.

- Ale jak… jak… jak to możliwe… – jąkali się.

A Terry myślał, że zemdleje ze szczęścia, bo po raz pierwszy odkąd wybrał się na pierwszą wyprawę do Nawiedzonego Lasu, czuł, że poszukiwanie talizmanów ma większy sens.

 

Wojownicy Tom II

Rozdział XXV

„Sztorm”

Terry i Jenny udali się do pałacu Eleny. Księżniczka czekała na nich już na zewnątrz. Obok niej stały Ellie, Laurence, Leila, Vanessa i Katherine. Ellie uśmiechnęła się do Terry’ego, ale z jej spojrzenia bił jakiś smutek.

- Gdzie byliście? – zapytała ostro.

- Na podwodnej wycieczce – wymijająco odpowiedział Terry.

- Na podwodnej wycieczce? – zdumiała się Ellie – A gdzie jest pozostała dwójka?

- Oni… już wrócili – powiedziała Jenny – Kazali nam przekazać wam pożegnanie od nich, a i my będziemy już płynąć. Tak, więc – elfka wzięła głęboki oddech – Żegnajcie!

Elena, która dotychczas miała uniesione brwi, jakby nie bardzo wierzyła w to co mówi Jenny, teraz podpłynęła do nich i uściskała oboje.

- Odprowadzimy was – zarządziła.

I tak Terry i Jenny musieli bardzo szybko płynąć, ponieważ syreny narzuciły im swoje, bardzo szybkie tempo. Wypłynęli na zewnątrz, Terry poczuł niesamowitą ulgę, kiedy ujrzał błękitne niebo, a promienie słońca omiotły mu twarz. Usłyszał głos Liliany i Richarda, stojących na pokładzie „Szypera”. Na Pływającej Wyspie stali Penelopa, Jimmy i Jack. Syreny usiadły na brzegu. Dopiero wtedy Terry zauważył, że po twarzy Eleny płyną łzy.

- Jeszcze się zobaczymy… – próbował ją pocieszyć.

Spojrzała na niego jak na wariata.

- Nie płaczę dlatego – szepnęła, patrząc na Jacka – Tylko…

Nie skończyła, bo Jack wydał z siebie okrzyk. Podbiegł do Eleny, potykając się po drodze, kiedy Pływająca Wyspa się poruszyła i ujął jej ręce w swoje.

- Znowu się spotykamy, wasza wysokość – powiedział.

Elena potrząsnęła głową.

- Zastanawiałeś się już nad moją propozycją? – spytała cicho.

- Myślę o niej od dnia, w którym mi ją złożyłaś – pirat spojrzał na nią ze smutkiem.

- Chwileczkę – przerwała im Penelopa – O czym wy mówicie?

- Już jakiś czas temu, Elena zapytała mnie, czy nie chciałbym do niej dołączyć w jej królestwie.

- Co to znaczy dołączyć?

- Zostać tam na zawsze. Elena może uczynić mnie syrenem.

Na wyspie zapanowała cisza.

- Pomyśl, Penelopo – rzekł Jack – Wtedy odmówiłem Elenie, bo nie chciałem opuszczać naszej załogi. A teraz… Nasza drużyna się rozpadła. George i Darren nie żyją. A ja czułbym się przy tobie i Jimmym jak piąte koło u wozu. W Underwarcie będę szczęśliwy razem z nią – popatrzył na Elenę.

- Czemu chcesz tam zostać? – spytała żałośnie – Już nigdy nie zobaczysz słońca, nieba, nie staniesz na lądzie.

- Zobaczę – zapewnił ją Jack – Ale ty i Jimmy będziecie szczęśliwi beze mnie, tak samo jak ja i Elena.

Jack i Elena, trzymając się za ręce zanurzyli się pod wodę. Syreny pomachały Terry’emu i zanurkowały za swoją panią.

- Straciłam moją załogę – szepnęła, a po jej policzku spłynęła łza.

- Chodź – Jimmy objął ją ramieniem – Czas ruszać w drogę.

Pirat stanął za sterem i statek odbił od brzegu. Na twarzy Terry’ego zagościł uśmiech. Wracali do domu. Daleko za nimi została Pływająca Wyspa. Płynęli dużo czasu, zmieniając się za sterem. Terry siedział w swojej kajucie razem z Lilianą.

- Gdzie ukryliście z Richardem talizman? – spytał księżniczki.

- Jest w moim plecaku na pokładzie – wyjaśniła księżniczka.

Terry westchnął.

- Mam nadzieję, że będziemy płynąć szybciej, żaby nie było za późno, kiedy przybędziemy, aby uleczyć Modesta.

- Myślisz, że on jeszcze żyje?

- Tak – odrzekł pewnie – Ja wiem…

Reszta jego słów zatonęła w głośnym odgłosie gongu. Terry stał jak sparaliżowany. Ostatnim razem słyszał ten dźwięk, gdy Penelopa ostrzegała okręt przed tym, że Czarnobrody ich namierzył. On i Liliana przygotowali miecz oraz łuk i pobiegli w kierunku pokładu. Po drodze spotkali Penelopę, która uciekała pod pokład.

- Co się dzieje? – spytał jej.

- Zbliża się sztorm – odkrzyknęła w odpowiedzi – Radzę wszystkim schować się pod pokład. Jimmy będzie sterował statkiem z kajuty pod pokładem. Uważajcie! – krzyknęła, a statkiem wstrząsnęło.

Liliana pobladła.

- Nie bój się – powiedział jej Terry – Będzie dobrze.

- Ja się nie boję – w oczach Liliany pojawiło się przerażenie – Ale Terry… TALIZMAN! Został na pokładzie!

Terry jęknął po czym bez słowa, biegiem udał się na pokład. To co zobaczył przeraziło go. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się taki bezbronny. Niebo było ciemne, spowite czarnymi chmurami. Fale wzburzonego Morza Zawiści zalewały pokład, a plecak Liliany leżał na samym przodzie dziobu. Wojownik ruszył w jego kierunku. Potknął się jednak i upadł, a fala morza go oblała. Zaczął się krztusić, kaszleć i prychać. Spróbował wstać jeszcze raz. Jednak poślizgnął się na zalanym pokładzie i znów nałykał się wody. Woda paliła go w przełyku, zachłysnął się nią. Ostatkiem sił zbliżył się do plecaka i wziął go do rąk. Kręciło mu się w głowie, świat migotał przed oczami. Ledwo co udało mu się zejść pod pokład. Razem z nim nalała się tam woda. Jednak Terry nie miał już sił. Bezwładnie opadł na Lilianę. Osunął się w mrok.

. . .

Terry obudził się na łóżku. Leżał w jakimś pomieszczeniu, a promienie słońca łaskotały mu twarz. Wstał, ale o dziwo nie poczuł łagodnego, rytmicznego kołysania statku. Odwrócił się i omal nie krzyknął. Naprzeciw niego znajdowało się ogromne okno. Podszedł do niego i wyjrzał na zewnątrz. Z okna roztaczał się widok na port nad Morzem Zawiści. Widział ludzi, chodzących między straganami i handlarzy. Nad Morzem Zawiści stali też Liliana, Richard, Penelopa, Jimmy i Jenny. Rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami.

- Dobrze, że się obudziłeś – usłyszał za sobą czyjś głos.

Terry błyskawicznie się odwrócił. W drzwiach stał Stary Joe. Uśmiechał się.

- Co… jak…jak pan… – jąkał się Terry.

- Mój drogi chłopcze- Stary Joe wciąż się uśmiechał – Spałeś długo. Potrzebowałeś wypoczynku.

- Ile… – zaczął słabo Terry – Ile spałem?

- Dwa dni.

- Dwa dni?!  – jęknął – Aż tyle?!

- Tak – Stary Joe pokiwał głową – Jak już wcześniej wspomniałem, potrzebowałeś snu i wypoczynku. Twoi przyjaciele i ty przybyliście do portu nad Morzem Zawiści, a wasz statek był w dość żałosnym stanie, ale trochę go podreperowaliśmy. Mieszkańcy zdziwili się na wasz widok, wzbudziliście sensację, ale teraz to już nieważne. Macie talizman?

Terry spojrzał na leżący w kącie pokoju plecak Liliany. Podszedł do niego i wyciągnął buteleczkę z fioletowym płynem i skinął głową. Terry poczuł nagły przypływ poczucia winy.

- Proszę pana… – zaczął przepraszającym tonem – Podczas naszej wyprawy napotkaliśmy takiego potwora, który no… rozwalił statek. Nie dało się go naprawić. „Błękitne smoczysko” poszło na dno. Przykro nam.

- Cóż, trudno – Stary Joe wzruszył ramionami – Liczyłem się z tym, że mogę go już nie odzyskać, kiedy wam go pożyczyłem. Chodźmy, Terry. Twoi przyjaciele czekają.

Wyszli na zewnątrz. Dopiero teraz Terry zauważył, że znajdował się w gospodzie „U rybaka”. Liliana wybiegła mu na przeciw. Wojownik zauważył, że księżniczka odzyskała już zupełnie swój naturalny kolor włosów- blond, niemal biały. Jenny, Richard, Penelopa i Jimmy podeszli do nich.

- Czas się pożegnać – Penelopa uściskała Terry’ego – Ja i Jimmy odjeżdżamy daleko stąd. Zostawiamy wam „Szypera”. Możecie go sprzedać, zostawić tu… Zróbcie z nim cokolwiek.

- Zaraz… – zastanowił się Terry – Myślałem, że do portu nad Morzem Zawiści wiodą tylko dwie drogi- ta, przez którą żeśmy tu przybyli i ta, która wiedzie przez tereny zamieszkiwane przez sługi Króla Ciemności.

- Bo są tylko dwie drogi, które prowadzą do portu z pałacu Avila. Ale my zamierzamy udać się w zupełnie innym kierunku, na północ – wyjaśnił Jimmy.

Terry spojrzał na Richarda. Właśnie żegnał się z Penelopą. Fioletowy Wojownik miał łzy w oczach, kiedy Penelopa i Jimmy wskoczyli na konie i odjechali galopem.

- Mieliśmy jej zapłacić – mruknęła Liliana.

Jenny machnęła ręką.

- Trudno – rzekła, kiedy podszedł do nich Stary Joe.

- Znalazłem wam środek transportu – mrugnął do Terry’ego porozumiewawczo i wskazał na stragan za nim.

Koło straganu stał handlarz, szamoczący się z jakimś ogromnym zwierzęciem, wyglądającym na olbrzymią, zmutowaną ważkę. Miało dużą głowę z wielkimi ślepiami, potężny odwłok i wielkie, kolorowe, o różnorodnych plamach skrzydła. Potrząsnęło niecierpliwie łbem.

- To ma być nasz transport?! – zdumiał się Richard.

- Oczywiście – odezwał się handlarz – Nawet król nie ma dostępu do tych zwierząt. To jeden z nielicznych gatunków w królestwie, a nawet w całej Armeni.

- Jak my mu zapłacimy? – wyszeptała Jenny.

- Mam pomysł – powiedział Stary Joe – Możemy wymienić „Szypera” – wskazał na statek przycumowany do brzegu – na tą ważkę.

- Na „Szypera”? – powtórzył Terry – Ten statek jest dużo wart, więc tak, to się może udać.

Stary Joe podszedł do handlarza i zamienił z nim kilka słów. Ten powoli skinął głową.

- Na co czekacie?! – warknął handlarz – Wsiadajcie.

Terry, Richard, Liliana i Jenny wstrzymali się i podeszli do Starego Joe’ego.

- Żegnajcie! – rzekł mężczyzna – Cieszę się, że dane mi było was poznać.

- Mój ojciec zwróci panu pieniądze za zepsuty statek – zapewniła go Liliana.

- Idziecie?! – krzyknął handlarz – Bo się rozmyślę… Takie zwierzę, do którego nawet król Avila nie ma dostępu… za marny stateczek bez skarbca… Kiepski interes.

- Penelopa wcześniej wyjęła wszystkie skarby – Richard się uśmiechnął – Mam nadzieję, że ją jeszcze kiedyś spotkam.

- Spotkasz, spotkasz – pocieszył go Terry i razem z Lilianą oraz Jenny podeszli do handlarza – Mamy po prostu na to coś wsiąść?

- Tak – handlarz przewrócił oczmi – Jak będziecie chcieli wylądować, to powiedzcie jej komendę ląduj do ucha. A i jeszcze jedno… jak już dolecicie do celu waszej podróży, puśćcie ją wolno. Nie lubi być zniewolona.

Terry, widząc jak ważka się szarpie, zaczął się zastanawiać, czy podróż na nim będzie dobrym pomysłem. Jednak razem z przyjaciółmi usiadł na grzbiecie ważki i wzbił się w powietrze, pozostawiając w porcie coraz mniejszą postać Starego Joe’ego.

Wojownicy Tom II

Rozdział XXIV

„Lekarstwo”

Terry obudził się w małej, podwodnej sypialni. Leżał na łóżku ze wspaniałym baldachimem. Pierwszą rzeczą jaką zauważył był wysadzany bursztynami i muszelkami sufit. Później zobaczył, że na brzegu jego łóżka siedzi Ellie. Czerwone włosy upięła w warkocze. Na twarzy miała kilka zadrapań i drobnych ranek, ale nie odbierało jej to urody, wręcz przeciwnie dodawało uroku jej zielonym oczom. Siedziała koło niego i karmiła czymś. Terry ze zdziwieniem stwierdził, że czuje się całkiem dobrze, dopóki Ellie nie wepchała mu do ust kolejnej łyżki tego świństwa. Zachłysnął się i usiadł.

- Co z Posejdonem? – zapytał syreny.

Wzruszyła ramionami.

- Nic. Wtrąciłeś go do jego własnego wiru, który go pochłonął i zniknął. Jeśli mamy szczęście, to zginął i już nie powróci.

- Oby – zaznaczył Terry.

- Twoi przyjaciele są bezpieczni – zapewniła go Ellie – Ten wojownik i elfka są z Eleną.

- A Liliana?

Ellie skrzywiła się po czym podpłynęła do okna w sypialni.

- Też jest z nimi – wycedziła, nie odwracając się do niego – Ale Terry… Czy wiesz dlaczego do ciebie wtedy przypłynęłyśmy; tam na wyspie z latarnią?

- Bo jak same mi powiedziałyście zaciekawiło was to, że jestem jednym z ludzi, którzy wyprawili się w Morze Zawiści – odpowiedział wojownik, nie bardzo wiedząc do czego to zmierza.

- Taak… – powiedziała przeciągle syrena – Ale nie tylko. Moje przyjaciółki zrobiły to głównie na moje żądanie. Bo widzisz, Terry. Kiedy tylko wpłynąłeś na Morze Zawiści, byłeś dla mnie… ciekawym obiektem obserwacji. Kiedy zaatakowały was rekiny, razem z towarzyszkami przegoniłyśmy je od twojego statku. A teraz… Kiedy dowódca wojsk Eleny już nie żyje, księżniczka właśnie mi obiecała tę posadę. Byłabym szczęśliwa, mając kogoś z kim mogłabym dzielić władzę.

Terry wyczuł w jej głosie ciche zaproszenie. Nie bardzo wiedział co  powiedzieć, więc odezwał się niezbyt mądrze.

- Yyy… Aha…

- Pomyśl, Terry – Ellie pomogła mu wstać – Mógłbyś zostać dowódcą wojska, cała armia byłaby ci posłuszna. Ty i ja wygralibyśmy razem wiele bitew…

Złapała go za rękę.

-  Mógłbyś zostać – zaproponowałą – W Underwarcie. Elena z pewnością, by się zgodziła. Mógłbyś uciec od wojny, która się zbliża. Zaszyć się na dnie morza. Ze mną.

Terry wyrwał jej swoją rękę.

- Doceniam twoją propozycję – rzekł – Ale na lądzie mam przyjaciół, rodzinę i… – przypomniał sobie po co tak naprawdę był w Underwarcie – Muszę się wybrać do pałacu Posejdona.

- Po co? – Ellie drgnęła, a na jej twarzy pojawiło się uczucie zawodu.

- To… nieważne – Terry machnął ręką.

Znajdował się w pałacu Eleny. Wojownik podźwignął się na nogi i udał do sali tronowej w domu księżniczki. Czekali już tam na niego Liliana, Jenny i Richard. Razem udali się w kierunku zamku Posejdona.

- Dobrze, że się obudziłeś – na twarzy Liliany pojawiła się ulga- Płyniemy szukać talizmanu, nie?

Terry skinął głową. Taki był cel ich wyprawy i wojownik miał nadzieję, że go osiągnął.

- Elena i inni nie zadawali pytań dokąd płyniemy?

- Próbowali – Richard się uśmiechnął – Spławiliśmy ich.

- To…dobrze.

Czwórka przyjaciół popłynęła w kierunku mrocznej twierdzy Posejdona. Po drodze minęli kilku syrenów Posejdona, którzy przeżyli utarczkę z Eleną i jej przybocznymi. Nie zbliżali się jednak do Terry’ego i jego przyjaciół. Księżniczka Underwartu dała im drugą szansę. Mieli opuścić zamek Posejdona i żyć pośród poddanych Eleny, jednak byli stale obserwowani. Terry złapał za mosiężną klamkę i wpłynęli do zamku, który był już otwarty. Panowała w nim złowroga cisza.

- Rozdzielmy się – zaproponowała Jenny.

- Dobra – Richard położył dłoń na swoim mieczu, co sprawiło, że Terry spojrzał na swój miecz od Williama, który wisiał mu u pasa – Jeśli ktoś coś znajdzie to zawoła.  Jenny, gdzie znalazłaś mój miecz?

- Miał go jeden z ludzi Posejdona.

I nagle Terry na coś wpadł.

- Richard, gdzie jest Penelopa, Jack i Jimmy?

- Zostali, aby pilnować statku – przez twarz Fioletowego Wojownika przemknął cień niepokoju – Pewnie się martwią. Nie ma nas już od kilku godzin.

- Pospieszmy się.

Rozdzielili się, każdy szukał gdzie indziej. Terry przeszedł przez mroczną salę tronową. Zatrzymał się w połowie, bo poczuł jak coś go pali w okolicy szyi. Amulet Espery rozgrzewał się do czerwoności. Podpłynął w kierunku podziemnego więzienia, prowadzony jakby jakąś niewidzialną siłą, kiedy dobiegł go głos Liliany.

- Terry? Chodź, powinieneś to zobaczyć – zawołała.

Ona, Richard i Jenny klęczeli na podłodze obok ostatniej celi, położonej na samym końcu ciemnego tunelu. Nie była zamknięta, więc Richard szarpnął za kraty i drzwi otworzyły się z hukiem. Na samym końcu celi, na podłodze była ledwo zauważalna klapa. Była jednak zamknięta.

Wiesz co robić, usłyszał Terry w głowie, dobiegający z wnętrza Amuletu Espery.

Otwórz drzwi, wojowniku. Uważaj jednak na strażnika kolejnego talizmanu. Jest bardzo niebezpieczny.

- To tu – rzekł zdecydowanie wojownik, wskazując na klapę – Tu ukryty jest kolejny talizman.

- Skąd wiesz? – zaśmiał się Richard.

Terry napotkał spojrzenie Liliany. Wyglądało na to, że księżniczka doskonale wie, o co mu chodzi. Jej pewne siebie, twarde spojrzenie sprawiło, że wojownik zaczął się zastanawiać, czy głos z Amuletu Espery przemawiał też do niej, kiedy go nosiła.

Liliana pokiwała kilka razy głową.

- Powiedz im – powiedziała w końcu, wskazując na szyję Terry’ego – O Amulecie Espery.

- O czym? – zdziwiła się Jenny.

- O Amulecie Espery – powtórzył Terry i wyjął na wierzch, starannie ukryty pod koszulką amulet. Jenny i Richard zdumieni przypatrywali się zawieszce w postaci srebrnego sopla i z zaskoczeniem słuchali opowieści o działaniu naszyjnika.

- Świetnie! – wykrzyknął Richard – To coś jak piąty talizman, nie?

- Nie przesadzaj – Liliana uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała – Nikt nie może się więcej dowiedzieć o Amulecie Espery. Tylko nasza czwórka i … Modest.

- Modest?

- Nauczyciel wojowników w pałacu – wyjaśnił Terry.

Imię mistrza pobudziło go do działania. Przyklęknął przy klapie i przyłożył do niej Amulet Espery. Wejście rozsunęło się.

- Jak…jak… – zająknął się Richard, ale nie uzyskał odpowiedzi na to pytanie, bo Terry już zszedł w dół.

Znaleźli się w ciemnym tunelu. Terry zastanawiał się, czy Posejdon wiedział o tym tunelu i jeśli tak, to czy go nie otworzył, czy po prostu nie zgłębił się w tunel. Z mściwą satysfakcją pomyślał, że syren raczej mu już nie odpowie na to pytanie.

Przeszli około sto metrów i wtedy je ujrzeli. Na końcu tunelu znajdowało się lekarstwo, które uleczy z każdej choroby i zasklepi każdą ranę, drugi z czterech talizmanów. Stało obok małej kamiennej figurki żaby.

Richard podbiegł do małej rubinowej fiolki z fioletowym płynem w środku i wziął ją do ręki. Terry uznał, że powinien się cieszyć, bo zdobyli kolejny talizman, a jednak coś nie dawało mu spokoju. Jego obawy potwierdził krzyk Liliany:

- RICHARD, NIEEEE!

Figurka żaby nagle zaczęła rosnąć. Rosła i rosła aż stała się dwumetrową żabą. Jej kamienna skóra miała teraz zgniły, zielony kolor. Wyciągnęła fioletowy język.

- Uważajcie! – krzyknęła Jenny – Ta ropucha pluje trucizną. Jedna kropla może nas zabić i… – nie skończyła, bo musiała zrobić unik przed ropuchą.

Liliana i Terry również uskoczyli. Richard nie miał tyle szczęścia. Jad ropuchy trafił go w twarz, która zaczęła dymić. Richard wrzeszczał i tarzał się po ziemi. Terry stał bez ruchu, patrząc jak jego przyjaciel umiera. Rysy jego niegdyś bardzo przystojnej twarzy zniekształciły się, jego ciałem wstrząsnęły konwulsje. Terry usłyszał krzyk Jenny i szloch Liliany. Obie naraz rzuciły się na ropuchę. Liliana musiała jednak zejść jej z drogi, by również nie dać się trafić. Jenny z kolei wskoczyła ropusze na grzbiet. Jednym ruchem wbiła jej strzałę w głowę. Bestia zawyła i osunęła się martwa. Jenny błyskawicznie złapała fiolkę z lekarstwem. Uklęknęła przy Richardzie. Nie było już czuć jego oddechu. Wlała mu całą fiolkę do buzi. Terry ze zdumieniem patrzył jak fiolka sama z powrotem się napełnia, a Richard porusza i siada, odzyskując dawny wygląd twarzy.

- Sama zabiłaś to monstrum? – z niedowierzaniem zapytał Fioletowy Wojownik.

Elfka zarumieniła się.

- To nic takiego.

- Nic takiego? – powtórzył Richard – To dopiero coś – spojrzał ponownie na pełne lekarstwo – Mam pomysł – powiedział – Ja i Liliana wrócimy z lekarstwem do Penelopy, Jimmy’ego i Jacka, a ty i Jenny – zwrócił się do Terry’ego – Wrócicie do syren i pożegnacie z nimi w swoim i naszym imieniu. Co wy na to?

Nikt nie odpowiedział. Wszyscy patrzyli na niego i się uśmiechali.

- CO?! – zdenerwował się Richard- Coś nie tak z moim planem?

- Nie – oczy Liliany błyszczały – Po prostu się cieszymy, że znów jesteś z nami.

Wojownicy Tom II

Rozdział XXIII

„Trąba powietrzna”

Terry czuł jak morska bryza omotała mu twarz. Pędził przed siebie, nie zważając na goniących go Posejdona i żołnierzy. Podpłynął aż pod pałac Eleny po czym wyskoczył z rydwanu i wbiegł do środka budynku. Biegiem udał się do Sali tronowej i schował za jedną z kolumn. Tymczasem z domów wypływali ich mieszkańcy, poruszeni widokiem człowieka pędzącego w rydwanie Posejdona. Wojownik miał nadzieję, że nie powiedzą Posejdonowi, gdzie się znajduje. Miał zamiar poczekać na Jenny, syreny i dopiero wtedy zaatakować. Posejdon i jego armia jednak już przybyli i rozglądali się za Terrym. Część żołnierzy udała się w pościg za spłoszonymi rekinami i rydwanem, który mknął przed siebie z niesamowitą prędkością. Posejdon rozglądał się wściekle dookoła.

- Gdzie jest ten chłopiec?! – ryknął – Chcę go mieć martwego. Niech każdy kto go widział wystąpi i udzieli mi informacji – zażądał syren.

Terry z drżącym sercem czekał aż, któryś z mieszkańców Underwartu go wyda, ale nikt się nie ruszył.

- Dobrze więc! – Posejdon zagniewał się – Brać ich!

Żołnierze, którzy mu towarzyszyli, ruszyli w kierunku domów. Drzwi trzaskały, syreny i syreni krzyczeli, a żołnierze siłą wywlekali z szeregu mężczyzn, dzieci i kobiety syreny.

- Pobić ich – rozkazał Posejdon – A reszta się opamięta.

Jego żołnierze dobyli długich, skórzanych biczów. Obok budynków słychać było krzyki, płacz i wrzask syren. Terry nie mógł już dłużej na to patrzeć. Wypłynął z pałacu prosto w kierunku Posejdona.

- Hej, tu jestem! – krzyknął.

. . .

Kiedy Terry zniknął, uciekając na rydwanie, Jenny prędko udała się w kierunku zamku. Posejdon i jego żołnierze wskoczyli w zapasowe rydwany i ruszyli w pogoń. Ostatni z jego sług prędko zamknął drzwi pałacu na klucz. Jenny zaklęła. Miała nadzieję, że zostawią drzwi otwarte. Spłynęła na dno i wygrzebała z gęstego piachu duży kamyk. Wzięła go do ręki i ruszyła w kierunku ogromnego okna od strony północnej. Zamachnęła się i rzuciła kamykiem w szybę. Przymknęła oczy, kiedy szkło rozprysnęło się na milion drobnych kawałeczków. Szybko przepłynęła przez otwór, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się szyba i znalazła się w zamku Posejdona. Błyskawicznie ruszyła w kierunku najbliższych drzwi. Spłynęła piętro niżej i znów przedostała się przez kolejne drzwi. Teraz znajdowała się w podziemnym więzieniu. Przy pierwszej celi stało dwóch syrenów. Nie dałaby rady przejść koło nich niezauważona. Miała jednak szansę zajść ich od tyłu. Zamachnęła się i uderzyła jednego z nich z całej siły pięścią w głowę. Syren stracił przytomność, a Jenny podniosła miecz, który miał przypięty do pasa i uderzyła płazem drugiego strażnika, który również opadł bezwładnie na podłogę. Jenny przyglądnęła się mieczowi. Wydawało jej się, że gdzieś go już widziała. Miał długą, ostrą klingę, a w rączce widniały trzy klejnoty: zielony, czerwony i niebieski. Elfka omal nie krzyknęła. To był przecież miecz Terry’ego. Zdumiona pochyliła się nad jednym ze strażników. Odpięła mu wiszący u pasa pęk kluczy, a miecz Terry’ego wzięła ze sobą. Ruszyła w kierunku celi numer dwa. Siedziała w niej szóstka syren.

Jenny podpłynęła do nich i zaczęła majstrować przy zamku.

- Jenny, tak? – zapytała jedna z syren – Jestem Elena, a to są Ellie, Vanessa, Leila, Katherine i Laurence. Gdzie jest Terry? – spytała.

Jenny zadrżała. Niemalże zapomniała o przyjacielu.

- Odciąga wojsko Posejdona – odparła, otwierając celę – Chodźcie, musimy mu pomóc.

. . .

Terry myślał, że już po nim. Żołnierze Posejdona wycelowali w niego kusze. Czekali tylko  na rozkaz swojego pana. Posejdon wpatrywał się w chłopca.

- Głupio postąpiłeś, przypływając do Underwartu – rzekł powoli – Jak się nazywasz?

Wszystkie mięśnie Terry’ego spodziewały się walki. Nie odpowiedział.

- Nie odpowiesz, co? – Posejdon spojrzał na niego – Zanim zginiesz, pokażę ci, że jeśli ktoś silniejszy zadaje pytanie, powinieneś na nie odpowiedzieć – syren skinął ręką na jednego ze swoich żołnierzy, który wziął do ręki skórzany bicz. Trzasnął nim Terry’ego po plecach. Chłopiec zaskomlał z bólu i osunął się na dno. Posejdon zbliżył się do niego.

- Zapytam, więc jeszcze raz – powiedział syren – Jak się nazywasz?

- Terry Moon – wyjąkał wojownik.

- Czy wiesz, Terry Moonie, dlaczego chcę cię zabić?

Terry nie odpowiedział, co tylko poskutkowało tym, że żołnierz Posejdona znowu go uderzył.

- Przez tę przepowiednię – powiedział Terry przez łzy – Tę, która mówi o tym, że tylko człowiek może cię pokonać.

- Bardzo dobrze, bardzo dobrze – Posejdon pokiwał głową – Widzę, że Elena wszystko ci powiedziała. Jaka szkoda, że nie może ci teraz pomóc.

- Skąd wiesz? – rozległ się czyjś głos.

Terry jeszcze nigdy się nie ucieszył tak na czyjś widok. Przed nimi stała szóstka syren, prowadzonych przez Jenny.

- Chcecie walczyć z całą moją armią nieuzbrojone? – roześmiał się Posejdon.

- Oczywiście, że nie – Elena spojrzała na niego pogardliwie po czym krzyknęła – Teraz!

Syreny udały się najszybciej jak tylko mogły w kierunku pałacu księżniczki.

- Zatrzymać je! – ryknął Posejdon.

- Płyńcie – syknęła Jenny – Ja ich zatrzymam.

Napięła łuk i oddała strzały. Pietwsza trafiła jednego z syrenów, druga zastrzeliła żołnierza, który doganiał płynące w kierunku pałacu syreny. Elena i jej przyboczne udały się w kierunku pałacowych magazynów z bronią. Prędko pochwyciły miecze i ruszyły przeciwko wujowi Eleny. Jenny powaliła ze swojego łuku mnóstwo syrenów. Tymczasem Terry podniósł się, ale natychmiast upadł. Kręciło mu się w głowie, przed oczami pojawiały się żółte plamy. Na  plecach miał dwie czerwone pręgi. Wydawało mu się, że widzi jak ktoś do niego podpływa i jak Posejdon wymachuje trójzębem i krzyczy:

- Ludzie! Za dużo ludzi!

- Terry, podnieś się – usłyszał głos Liliany, która razem z Richardem przypłynęła mu na pomoc – Musimy uciekać – szepnęła księżniczka, ale czujne ucho Posejdona to wychwyciło.

- Nikt nie będzie uciekać! – ryknął – Stańcie do walki nędzni, nikczemni, tchórzliwi ludzie – ostatnie słowo wypowiedział jakby było najgorszą obelgą – Nigdy nie rozumiałem jak ktoś z was może mnie pokonać. Jesteście słabi i bezużyteczni!

- Terry – jęknęła Liliana.

Wzrok wojownika trochę się rozjaśnił. Zobaczył Lilianę i Richarda przyklękających przy nim. Jenny i syreny toczyły walkę z wojskiem Posejdona.

- Pójdę im pomóc – rzekł Richard, kiedy jeden z syrenów zaatakował Jenny.

- Chodź Terry, uciekajmy – odezwała się Liliana.

- Nie będzie żadnego uciekania – wrzasnął Posejdon – Wykończę was jedno po drugim, a zacznę od ciebie, Terry Moonie.

Posejdon, który dotąd nie angażował się zbytnio w walkę, machnął trójzębem. Przed nim pojawił się ogromny, czarny wir, potężna trąba powietrzna.

- Giń, chłopcze! – zakrzyknął Posejdon.

Terry czuł dłoń Liliany na przegubie. Zebrał wszystkie siły, złapał księżniczkę za rękę i pociągnął za sobą w drugą stronę w tej samej chwili, kiedy trąba powietrzna, wirując ruszyła na Terry’ego i Lilianę, pochłaniając po drodze ciała zabitych żołnierzy, porzucone miecze i piach z dna.

Skierował ostrze trójzębu w kierunku Liliany i Terry’ego, jednak ktoś go zaatakował.

- Żaden z moich poddanych nie będzie już cierpiał.

Elena machnęła mieczem, jednak Posejdon dał radę przejąć cios na trójząb.

- Jesteś bardzo odważna, Eleno – oznajmił jej – Pomyśl… Chcesz dobrze dla swoich poddanych, a ja pragnę władzy. Oddaj mi tron i będzie po wszystkim, moja droga. Jestem w końcu twoim wujem.

- Nie – Elena uniosła miecz- Nie jesteś moim wujem, jesteś bestią – rzuciła wściekłe spojrzenie na pobitych mieszkańców Underwartu.

Terry musiał przyznać, że nawet walcząc wyglądała ładnie. Obok nich Ellie powaliła właśnie jednego z żołnierzy. Posejdon spojrzał pogardliwie na Elenę, jakby nie była warta jego uwagi, jednym płynnym ruchem wybił jej miecz z ręki.

- Mogłaś się do mnie przyłączyć – powiedział bez emocji – Wybrałaś złą stronę, przegraną – Posejdon skierował ostrze w kierunku jej klatki piersiowej.

Terry nie mógłby patrzeć, jak syren zabija Elenę. Nie zważając na krzyk Liliany rzucił się na oślep na pomoc syrenie. Przejął cios, który miał uśmiercić księżniczkę i odbił kolejne uderzenie. Jego miecz potoczył się na dno. Stał teraz nieuzbrojony przed Posejdonem, który skierował na niego trójząb, a trąba powietrzna ruszyła w kierunku wojownika.

- Terry, łap! – to Jenny rzuciła w jego kierunku mieczem, ale nie byle jaką bronią. Tą samą, którą Terry dostał od Williama, a która później szczęśliwie dostała się w ręce elfki. Wojownik pochwycił miecz.

- Skąd… – zaczął zdumiony, ale zamilkł. Na pytania przyjdzie czas później.

Terry wiedział, że nie da rady pokonać Posejdona w walce bezpośredniej. Czekał więc aż wir podpłynie jak najbliżej po czym uderzył płazem miecza w syrena, który zachwiał się i wpadł razem z trójzębem w swoją własną pułapkę, trąbę powietrzną głośno krzycząc. Terry osunął się jednak w ciemność, stracił przytomność

Wojownicy Tom II

Rozdział XXII

„ Wieża w morskiej otchłani”

Terry’emu wydawało się, że skądś zna tego syrena. Był to Liroy, jeden z dowódców wojsk księżnej Eleny, który rozmawiał z władczynią, gdy Terry dostał się do ich krainy. Jenny krzyknęła, gdy zauważyła sterczący w jego piersi bełt. Tymczasem ci, którzy byli zajęci składaniem gratulacji Penelopie i Jimmy’emu odwrócili się w ich stronę.

- Kim jesteś? – spytał cicho Terry.

- Liroy – odrzekł szeptem syren – A ty jesteś Terry Moon?

- Tak, to ja.

- Mam dla ciebie wiadomość – wystękał, a jego ciałem wstrząsnęły konwulsje – Księżniczka Elena została pojmana przez swojego wuja, Posejdona – przerwał, bo dopadł go atak kaszlu – Zarówno ona jak i wiele innych syren. Jej wysokość wysłała mnie do ciebie. Błaga o ratunek. Sam był ją ratował, ale kiedy tu płynąłem, trafili mnie – wskazał na sterczącą strzałę.

Pobladła Jenny drżącymi rękami próbowała wyjąć strzałę, ale syren ją powstrzymał.

- Ja już i tak odchodzę – rzekł, chwilę milczał, a potem jego oczy zamknęły się po raz ostatni.

Terry przypiął miecz do pasa i przygotował się do skoku pod wodę.

- Co ty robisz? – zdumiała się Liliana.

I ona, i Richard byli lekko ranni. Księżniczce jeden z piratów podbił oko, a Richardowi Łamaniec okaleczył rękę.

- Płynę do Underwartu – rzekł jej – Jeżeli będę miał szczęście, to odnajdę Elenę oraz znajdę talizman.

- Płyniemy z tobą – powiedział Richard, a Liliana energicznie pokiwała głową.

- Posłuchajcie – zaczął wojownik – Jesteście ranni, pewnie zmęczeni, zostańcie i opatrzcie rany.

- A ty?

- A ja popłynę po talizman.

- Nie możesz sam tam płynąć – zawołała Liliana, krzywiąc się, bo podbite oko dawało o sobie znać.

- I nie popłynie sam – Jenny zarzuciła łuk na plecy – Płynę z nim – powiedziała i zabandażowała ramię.

- Postaramy się do was dołączyć – oznajmił Richard.

Jenny i Terry zanurzyli się pod wodę.

- Możesz oddychać – zapewnił elfkę Terry.

Jenny niepewnie zaczerpnęła powietrza.

- Dokąd teraz? – spytała.

- Nie mam pojęcia, płyńmy w kierunku miasta – zaproponował wojownik.

Podpłynęli w kierunku wskazanym przez niego. Tym razem Terry’emu wydawało się, że w Underwarcie jest coś tajemniczego, mrocznego. Wpłynęli do miastam ale teraz nie było w nim żadnych syren i syrenów. Większość chowała się w domach.

- Terry! – syknęła Jenny, łapiąc go za rękę i ciągnąc za sobą za ścianę jakiegoś budynku.

Środkiem miasta sunął potężny morski rydwan. Miał cztery ogromne koła, cały był czarny, ciągnęły go dwa olbrzymie rekiny. Obok rydwanu płynęły po dwie pary syrenów w Czarnych zbrojach. W rydwanie siedział wyprostowany syren. Nie widać było jego twarzy, bo miał na głowie żelazny hełm. Jego ogon był w kolorze srebrnoczarnym. W ręku trzymał srebrny trójząb.

- Wprowadzam godzinę policyjną – ryknął – Ja, Posejdon, władca Underwartu. Od teraz każdy, kto zostanie przyłapany na ulicach po zmroku zostanie ukarany. Przypominam, że siedzibą władcy – kaszlnął – czyli mnie… jest teraz mój zamek. Tam też, w wieży trzymani są moi więźniowie: księżniczka Elena i jej przyboczne, które jej pomagały. Egzekucja planowana jest na jutro. Jeśli ktoś do tego czasu zbliży się do mego pałacu dołączy do księżniczki. I jeszcze jedno… – Posejdon zawahał się, jakby to co miał powiedzieć było ujmą na jego honorze – Jeżeli ktoś zauważy w Underwarcie jakiegokolwiek człowieka ma niezwłocznie zgłosić moim strażnikom, którzy będą patrolować miasto. Życzę miłego dnia!

Posejdon machnął lejcami rydwanu i oddalił się w towarzystwie swych ciężkozbrojnych strażników. Chwilę później do miasta przypłynęła grupa innych strażników syrenów, którzy patrowali teren.

- Terry, chodź! – usłyszał szept Jenny przy swoim uchu.

Spłynęli cicho na dno i chowając się za ścianami budynków podążali śladem Posejdona, którego rydwan co chwilę znikał im z oczu i pojawiał się na horyzoncie. Płynęli na zachód od pałacu Eleny. Dotarli do czarnego zamczyska. Stało ono na samym dnie Morza Zawiści, ale nikt koło niego nie przepływał. Sprawiał wrażenie opuszczonego i ponurego. Posejdon wpłynął przez ogromne drzwi, przy których stała dwójka strażników. Terry i Jenny okrążyli zamek od tyłu i ukryli się za jedną z wieży.

- Ten gościu mówił, że ukrył Elenę i inne syreny w jakiejś wieży. Jeżeli będziemy mieć szczęście to i uwolnimy księżniczkę i znajdziemy talizman – powiedział Terry.

- Tak, oby – Jenny podpłynęła kawałek dalej – Ale Terry… podpłyń tu, chyba je znalazłam!

Terry błyskawicznie podpłynął do niej. Elfka wskazywała na malutkie, zakratowane okno na dole wieży. Niewiele było przez nie widać, bo w pomieszczeniu, z którego wychodziło było ciemno, ale majaczyły się tam sylwetki kilku syren.

Terry przyłożył ucho do krat.

- Czekamy tu już kilka dni… – usłyszał kpiący głos Ellie – A ty wciąż wierzysz, że ten twój dowódca sprowadzi jakąkolwiek pomoc?

Odpowiedziało jej milczenie.

- Nie licz na to – odezwał się kolejny głos, tym razem jak się Terry’emu zdawało, należący do Katherine – Jutro odbędzie się zgodnie z planem egzekucja, a Posejdon zostanie panem Underwartu.

- Poddani nie będą chcieli go słuchać – odparła z nadzieją Leila.

- Nie będą mieć wyboru – drżącym głosem powiedziała Elena – Wuj jest następny w drodze do tronu – Będą zastraszani i torturowani, a…

- Psst! – przerwał jej Terry.

Elena krzyknęła.

- Ojej, wiedziałam, że przyjdziesz! Gdzie jest Liroy? – spytała.

Milczenie Terry’ego wystarczyło jej za odpowiedź.

- O nie – jęknęła, a po policzku spłynęła jej łza – Był dzielnym żołnierzem i wiernym przyjacielem. A ty… – głos jej zadrżał – Działasz sam?

- Nie, jest ze mną Jenny – wskazał na elfkę, stojącą za nim.

Jenny pomachała w kierunku okienka, nie widząc z kim się wita.

- Wyciągniemy was stąd – zapewnił Terry – Więzienie znajduje się w podziemiach?

- Tak, na samym dole – odparła Ellie – My jesteśmy w drugiej celi, ale przy wejściu do więzienia stoją strażnicy.

- Dobra.

Terry oddalił się od okienka i podszedł do Jenny.

- Posłuchaj…

- Nie, to ty posłuchaj. Nie będziesz sam ratował syren i szukać talizmanu.

- Wiem, dlatego mam plan – rzekł Terry – Odciągnę strażników Posejdona, a ty w tym czasie postarasz się je uwolnić.

- To się nie uda. Posejdon ma dużą armię.

- A masz lepszy pomysł?

Prychnęła ze złością.

- Nie, ale to nie znaczy…

Spojrzał na Jenny. Zamilkła.

- Daj spokój. Musi się udać.

- Musi się udać – powtórzyła elfka, po czym uściskała go – I och, Terry uważaj na siebie. Na szczęście – powiedziała, po czym pocałowała go w policzek.

Do Terry’ego dopiero teraz dotarło jaka była ładna. Jej czerwone włosy i idealnie łączyły się z zielonymi oczami i szczupłą sylwetką.

Wojownik pomachał jej i odpłynął w kierunku wejścia do zamku. Wiedział, że porywa się na szaleństwo, ale nie mógł tak zostawić syren. Ich była dwójka, a armia Posejdona liczyła trzydzieści razy tyle. Podbiegł do drzwi i otworzył je na oścież.

- Hej! – wrzasnął – To ja, człowiek, którego szukacie!

Skutek był taki, jak Terry się spodziewał. Przed zamek wypadło mnóstwo żołnierzy oraz sam Posejdon. Przygotowali kusze do wystrzału. Terry jednak nie miał zamiaru z nimi walczyć. Wskoczył do rydwanu, machnął lejcami i pojazd zaprzężony w rekiny ruszył przed siebie. Usłyszał jeszcze jak Posejdon krzyczy:

- Wziąć całe wojsko! Ruszamy w pościg! Niech zostaną tylko strażnicy więzienia. Chce mieć tego chłopaka martwego.

Terry zacisnął pięści w geście triumfu. Jego plan się powiódł.

 

Wojownicy Tom II

Rozdział XXI

„Runy elfów”

- Jimmy za ster! – krzyknęła Penelopa, kiedy wbiegli na pokład.

Pirat szybko wypełnił jej polecenie. Statek już odpływał, zostawiając za sobą „Korsarza”. Penelopa stanęła na środku pokładu i naciągnęła strzałę na łuk, który wzięła z magazynu „Szypera”, po czym wystrzeliła w jednego z piratów Czarnobrodego, który stał za sterem na jego statku. Wycelowała, ale nie trafiła. Zaklęła po czym spróbowała jeszcze raz. Tym razem znowu spudłowała. Dopiero za trzecim razem trafiła. Pirat osunął się na pokład. Terry spojrzał pytająco na Lilianę. Wiedział, że jeśli księżniczka by chciała mogłaby z zamkniętymi oczami zastrzelić pirata za sterem, który znajdował się tak blisko. Zanim Liliana zdążyła się odezwać, Penelopa powiedziała.

- No cóż… Jesteśmy bezpieczni.

W tej samej chwili ze statku Czarnobrodego nadleciała strzała. Trafiła Georga prosto w pierś. Pirat wybałuszył oczy po czym osunął się za burtę martwy do Morza Zawiści. W oczach Penelopy pojawiły się łzy. Jimmy złapał za ster i najszybciej jak mogli odpłynęli od statku Czarnobrodego, który był dużo większy od „Szypera”, więc poruszał się wolniej. Piratka, Jimmy i Jack stanęli obok siebie. Została ich już tylko trójka. Płynęli w milczeniu. W oczach Penelopy pojawiła się pustka. Dotarli do średniej wielkości wyspy, która poruszała się raz w jedną stronę, raz w drugą, delikatnie płynąc.

- Oto Pływająca Wyspa – oznajmiła Penelopa.

Kiedy Terry bardziej wnikliwie przypatrzył się wyspie zauważył, że stoją tam dwie murowane tablice. Podpłynęli i wysiedli ze statku. Na obu tablicach widniały jakieś dziwne znaki i symbole.

- Co to ma być? – zdziwiłsię Richard.

- Nie mam pojęcia – Terry wzruszył ramionami – Może jakieś wskazówki. Jenny, która właśnie zeszła na wyspę, podeszła do nich. Opatrzyła już ranę na policzku, a teraz przyglądała się napisom.

- To są runy elfów, ich pradawany język, używany od zarania dziejów – wyjaśniła w końcu – Mogę je przetłumaczyć, jeżeli chcecie.

Terry energicznie pokiwał głową. Jenny wpatrywała się w runy.

- XNEDEJXZXCHERETCZXWÓNAMZILATXTSEJXYTYRKUXWXUCAŁAPXANODJESOPX

- CO?! – zdumiał się Richard.

- Tak jest tu napisane – wyjaśniła Jenny.

- To chyba jasne, nie? – Liliana wtrąciła się do rozmowy – Wiadomość została napisana szyfrem.

Penelopa pokręciła głową.

- Jeśli karzecie nam się bić, to będziemy się bić do upadłego, ale jeśli w grę wchodzi umysł ani ja, ani moja załoga nic nie poradzimy – rzekła.

- To zupełnie jak ja, siostro – ucieszył się Richard.

- Zaraz… wy jesteście rodzeństwem? – zdziwiła się Jenny.

- Fajnie, nie? – Richard wyszczerzył się.

- Zależy jak na to spojrzeć – odparła Penelopa.

- Szyfr – przypomniał im Terry.

- Można by wykreślić wszystkie X – zaproponowała Liliana – Wtedy wyszłoby nam NEDEJZCHERETCZWÓNAMZILATTSEJYTYRKUWUCAŁAPANODJESOP.

Zapisała wzór palcem na piasku i pochyliła się nad nim.

- Może płyńmy zanim Czarnobrody nas dopadnie – zaproponował Terry.

- Nie ma już gdzie płynąć – odrzekł Jack – To jest już koniec Morza Zawiści.

Lilianie błysnęły oczy.

- Już wiem! – zawołała – Można odczytywać wszystkie wyrazy od końca. Wtedy wyjdzie nam coś takiego: JEDEN Z CZTERECH TALIZMANÓW JEST UKRYTY W PAŁACU POSEJDONA – wytłumaczyła.

- W pałacu Posejdona? – powtórzył Terry – Ale to…

Nie dokończył, bo na horyzoncie pojawiły się dwa statki. Pierwszym z nich był „Korsarz” Czarnobrodego, a drugim odrobinę mniejszy czerwony okręt.

- Jeszcze ich tu brakowało – skomentował Richard.

Na brzeg Pływającej Wyspy wyszli piraci Czarnobrodego. Lekko się zachwiali, kiedy wyspa popłynęła spokojnie w lewo. Z drugiego statku wysiedli Diana, Urma, Orna i Łamaniec.

- Gdzie troll? – zapytał Terry Diany, wiedziąc, że czeka ich walka.

- Nie zmieścił się na statek – odparła czarodziejka – Nie musimy walczyć – powiedziała, ignorując Czarnobrodego i jego piratów, którzy stali przygotowani do walki – Niech elfka przetłumaczy nam runy, a wojownik odda dobrowolnie w nasze ręce.

- Chyba jednak czeka nas walka – oznajmił Richard po czym on, jego siostra i jej piraci zaatakowali.

- Biorę na siebie Czarnobrodego – krzyknęła Penelopa – Zajmij się innymi – poleciła Jimmy’emu.

Liliana z kolei podbiegła do Diany. Wyciągnęła coś z kieszeni. Był to mały tulipan, który otrzymali od Rose. Oko spojrzało na Dianę, a Diana na tulipan. W jednej chwili czarodziejka została odrzucona do tyłu i straciła przytomność.

Jack właśnie przebił swoją złotą szablą Ornę. Osunęła się na wyspę. Wielu piratów Czarnobrodego padło, jednak on sam wciąż zawzięcie walczył z Penelopą.  Tymczasem Terry powalił na ziemię Łamańca, a Richard ogłuszył Urmę. Razem załadowali Dianę, Łamańca i Urmę na statek i odepchnęli go tak, że bezwładnie dryfował w kierunku brzegu z trójką osób, które straciły przytomność. Tulipan w rękach Liliany rozpadł się na milion małych kawałeczków. Tymczasem Czarnobrody wybił szablę z dłoni Penelopy.

- A teraz cię zabiję! – syknął i wbił jej ostrze w brzuch.

Piratka jak w zwolnionym tempie opadła bezwładnie na ziemię. W jednej chwili słychać było krzyk Richarda, a potem on i Jimmy rzucili się na Czarnobrodego. Ich miecze wbiły się prosto w klatkę piersiową pirata. I tak morski wilk osunął się martwy do Morza Zawiści. Ci piraci Czarnobrodego, którzy przeżyli skakali w panice do wody, ale osoby zgromadzone na wyspie liczyły się tylko z leżącą Penelopą, której powieki były zamknięte.

- Obudź się, proszę! – po twarzy Richarda płynęły łzy – Obudź się! OBUDŹ SIĘ!!!

Richard potrząsał ciałem siostry, kiedy podeszła do nich Jenny. Położyła dłoń na brzuchu Penelopy i zaczęła coś nucić pod nosem. Richard przyglądał się oniemiały jak krew krzepnie, a rana trochę się zabliźnia. Jego siostra usiadła.

-Co się stało? – zapytała zdumiona, kiedy Richard padł jej w ramiona.

Kiedy już się uściskali przed Penelopą stanął Jimmy. Wziął ją za rękę. Popatrzyli na siebie.

- Jeżeli z tego wyjdziemy… – zaczął Jimmy, a przez jego twarz przeleciał cień niepewności – To wyjdziesz za mnie?

- Najpierw z tego wyjdźmy – jej twarz rozjaśnił uśmiech – A później… może i wyjdę.

Rozległy się oklaski. Terry uśmiechnął się na widok oburzonej miny Richarda, pogratulował parze młodych, po czym podszedł do Jenny, która na skraju Pływającej Wyspy myła ręce w Morzu Zawiści, patrząc jak „Korsarz” idzie na dno.

- Jak to zrobiłaś? – zapytał elfki – Chodzi mi o uleczenie Penelopy.

- Magia elfów – wyjaśniła – Znamy się na medycynie. Rana nie była głęboka, a Penelopa ma bardzo silny organizm i walczyła o przeżycie… więc ja jej tylko pomogłam. Gorzej by było gdyby rana była groźniejsza, a organizm mniej wytrwały.

- To było niesamowite – powiedział z uznaniem, ale po chwili uśmiech zszedł mu z twarzy, bo Jenny pobladła i zachwiała się, niemal wywracając się na niego – Ty jesteś ranna.

- To nic takiego – elfka skrzywiła się – Po prostu jeden z piratów Czarnobrodego mnie drasnął szablą, a ta cała medycyna elfów trochę wyczerpuje.

Terry nabrał w ręce wody i przemył ranę przyjaciółki.

- Jak dostałaś się na statek Czarnobrodego? – spytał ją.

- Ruszyłam w kierunku terenów zamieszkiwanych przez elfy, kiedy złapali mnie jacyś ludzie. Później zrozumiałam, że byli to handlarze niewolników. Przybyliśmy do portu nad Morzem Zawiści daleką, okrężną drogą przez tereny zamieszkiwame przez sługi Króla Ciemności. Handlarze chyba doszli z nimi do porozumienia, bo nikt nas nie atakował. Miałam też szczęście, że nikt mnie nie poznał.

- Nie poznał? – powtórzył za nią Terry.

- Po tym jak w Nawiedzonym Lesie wam pomogłam, nie sądzę, żeby mnie przywitali z otwartymi ramionami. Potem w porcie nad Morzem Zawiści zostałam wykupiona przez piratów Czarnobrodego, którzy robili tam interesy i trafiłam na jego statek. Byłam trzymana w lochu, a potem usłyszałam głos Richarda i z pomocą elfickiej magii udało mi się przekonać strażnika, żeby mnie na chwilę wypuścił. Potem zabrałam Czarnobrodemu szablę, kiedy nie patrzył i razem uciekliśmy- opowiedziała – A teraz co zamierzamy zrobić? I gdzie w ogóle znajduje się pałac Posejdona?

- Pod wodą… Moglibyśmy…

Nie dokończył, bo Morze Zawiści zafalowało i wynurzył się z niego syren. Z piersi sterczała mu strzała.

Wojownicy Tom II

Rozdział XX

Czerwonowłosa elfka”

- Trzymaj ster! – krzyknęła Penelopa do Richarda, przekazując mu go, a sama podbiegła do ogromnego dzwonu na przodzie statku i zadzwoniła nim. Na pokładzie “Szypera” rozległ się hałas. Spod pokładu wybiegli Terry i Liliana oraz załoga Penelopy.

- Uwaga, uwaga! – krzyczała piratka – Alarm, alarm! Czarnobrody nas namierzył!

Pokaźnej postury pirat i dziesięciu innych piratów wskoczyło z ich statku na pokład “Szypera”. Statek Penelopy stał teraz ramię w ramie z okrętem piratów, którzy właśnie stali przed nimi z wyciągniętymi szablami.

- Dawno się nie widzieliśmy, Forgot- rzekł jeden z nich, stojący na przodzie.

Miał czarną, zakrzywioną, piracką czapkę i bujną brodę w kolorze smoły. Jego małe oczka wpatrywały się w Penelopę z nienawiścią.

- Yyy… Dawno, dawno… A my się w ogóle znamy?

Pirat spojrzał na niego zdumiony.

- Mówiłem do niej głupku – wskazał na Penelopę – Ale czemu…

- Kim on jest? – zapytał Terry, stojącego najbliżej Jimmy’ego.

- Czarnobrody to okropny człowiek – skrzywił się Jimmy – Pozbawiony skrupułów i choćby najmniejszych ludzkich uczuć łajdak. Legendy mówią, że nawet syreny śpiewają o nim pieśni. Kiedyś właśnie one go pokonały, ale Czarnobrody tylko na chwilę udał się w dalekie Morze Zawiści i wrócił. Teraz regularnie obrabia wszystkie wioski i miasteczka w pobliżu Morza Zawiści.  Jako, że posiadamy mnóstwo złota pod pokładem – spojrzał na Terry’ego czujnie – Czarnobody już od wielu lat nas ściga.

- Służy Królowi Ciemności? – spytał.

- Chyba nie, ale i ludzie działający na własną rękę bywają groźni.

- Koniec gadania – warknął pirat – Dajcie mi wszystkie wasze bogactwa albo się zrobi nieprzyjemnie.

Penelopa ani drgnęła.

- Odejdź w pokoju, Czarnobrody – powiedziała spokojnie – Nie chcemy rozlewu krwi.

- Rozlewu krwi?! – powtórzył kpiąco – Żarty sobie robisz, piratko. Ty i twój statek nie przetrwacie naszego ataku. Znajcie moją łaskawość – pirat oparł rękę na mieczu – Oddajcie skarby i płyńcie w pokoju.

- Aż do następnego spotkania – dorzucił półgłosem Jimmy.

- Czemu mamy ci wierzyć? – spytała Penelopa.

- Bo nie macie wyboru?! – ryknął pirat.

- Dobrze więc. Damy ci część skarbów.

- Część skarbów?! Chyba się nie zrozumieliśmy, piratko. Po co mi targi z wami skoro mogę zrobić tak…

Pirat błyskawicznie wyciągnął zza pasa zakrzywioną szablę i przejechał nią po policzku Penelopy. Piratka krzyknęła. Strużka krwi spłynęła jej po policzku. Zachwiała się po czym wyciągnęła dwa noże. W tym czasie załoga Czarnobrodego otoczyła załogę Penelopy. Piratka zamachnęła się i rzuciła celnie nożem. Jeden z piratów Czarnobrodego został trafiony. Bezwładnie osunął się w Morze Zawiści, wypadając za burtę. Terry poczuł jak stojąca obok niego Liliana się wzdryga.

- Do ataku! – ryknął Czarnobrody.

Jego załoga wrzasnęła i zaatakowała. Terry zrobił szybki unik, kiedy jeden z morskich wilków prawie przebił go mieczem. Ich bronie skrzyżowały się. Terry wcale nie ustępował piratowi w umiejętnościach szermierki, ale jego broń źle leżała mu w ręku, więc pirat prędko się z nim rozprawił. Miecz potoczył się kilka metrów od niego, a pirat Czarnobrodego przystawił mu miecz do gardła.

Terry patrzył w oczy nieuchronnemu końcowi. Gdzieś obok niego Liliana i Jimmy ścierali się z  przeciwnikami, reszta załogi również walczyła dzielnie, ale najstraszniejsza walka trwała tam, gdzie ścierały się miecze Penelopy i Czarnobrodego, dwóch potężnych piratów, z których żadne nie miało zamiaru ustąpić.

Ich ostrza skrzyżowały się. Penelopa wyciągnęła nóż. Rzuciła nim w Czarnobrodego. On jednak uchylił się i kiedy nóż opadł na pokład, podniósł go i wyrzucił za burtę z kpiącym uśmiechem. Penelopa niechętnie sięgnęła po miecz. Czarnobrody unikał jak mógł jej ciosów, ale po chwili Penelopa wybiła mu miecz z ręki, który potoczył się kilka metrów dalej. Pirat nerwowo przełknął ślinę. Siostra Richarda przytknęła mu miecz do gardła.

- Mogę teraz skończyć z tobą raz na zawsze – syknęła – I mam zamiar to zrobić.

Terry ponad klingą miecza swojego przeciwnika widział jak Liliana zadrżała, kiedy po szyi Czarnobrodego spłynęła strużka krwi. Czym innym było pokonać przeciwnika w uczciwej walce, a czym innym dobić pokonanego z zimną krwią. W oczach Penelopy pojawiła się nienawiść.

- Giń! – szepnęła, ale za nim zdążyła się choćby poruszyć z drugiego końca pokładu rozległ się triumfalny śmiech.

Śmiech straszliwy, bezlitosny, a śmiał się jeden z piratów Czarnobrodego, który zanurzył ostrze swojej szabli w klatce piersiowej Darrena. Pirat Penelopy osunął się powoli, martwy na pokład statku, a jego przeciwnik wrzucił jego bezwładne ciało prosto w Morze Zawiści.  Chwila osłupienia i łzy w oczach Penelopy pozwoliły Czarnobrodemu opanować sytuację. Jednym ruchem powalił ją na ziemię i zabrał broń. Terry ujrzał, że piraci Czarnobrodego pokonali też Lilianę i Richarda. Jego przeciwnik, który wciąż trzymał miecz przy jego gardle zapytał:

- Zabić, kapitanie?

Terry i inni czekali teraz na wyrok z ust samego Czarnobrodego. Pirat zawahał się po czym rzekł:

- Brać ich żywych.

- Ale, kapitanie… – zaczął jeden z nich.

- Zasłużyli na szczególną karę – na ustach Czarnobrodego pojawił się uśmiech szaleńca.

Terry, Liliana, Richard, Penelopa i jej załoga przeszli przez drewnianą deskę z jednego statku na drugi, prowadzeni przez piratów Czarnobrodego, którzy mieli przygotowaną broń, gdyby musieli jej użyć. Nie mieli się jednak czego obawiać, bo cała broń Penelopy została na pokładzie „Szypera”.

- Witajcie na pokładzie „Korsarza” – zaśmiał się szyderczo – Ej ty – machnął na jednego ze swoich ludzi – Idź i zajmij się jej statkiem – wskazał na Penelopę, po której policzkach płynęły gęste strumienie łez – Płyń cały czas za nami. Mam nadzieję, że spodoba wam się na pokładzie „Korsarza”. Do lochu z nimi! – ryknął.

- Jesteś potworem! – krzyczała Penelopa.

- Moja droga- Czarnobrody przejechał palcem po krwawej ranie, którą mu zrobiła – Wszyscy nimi jesteśmy.

Jeden z jego piratów wprowadził ich pod pokład i zamknął w brudnej, ciemnej, ciasnej celi więziennej.

- Co Czarnobrody chce z nami zrobić? – zapytał Richard.

- Kto wie – mruknął George – Może zabić, może sprzedać jako niewolników. Co tylko jego czarny umysł wymyśli. Płynęli w milczeniu przez cały dzień. Jack, George, Jimmy i Penelopa w milczeniu opłakiwali zmarłego towarzysz, a Terry’emu, Lilianie i Richardowi udzielił się ich ponury nastrój. Terry’emu wydawało się, że w celi więziennej obok również się ktoś znajduje, bo co chwilę słychać było w niej jakieś szelesty i posapywania.

Spędzili długą, bezsenną noc w ciasnocie i zaduchu. Następnego dnia wcześnie rano do ich celi zszedł Czarnobrody ze świtą.

- Oswobodzić więźniów – zarządził pirat – Wziąć ich na pokład.

Cała siódemka została wyprowadzona na pokład. W oddali widać było jakiś poruszający się punkt.

- Co tam pływa? – zapytał Terry Penelopę w tej samej chwili, gdy piraci związali im ręce grubymi linami.

- Pływająca Wyspa – szepnęła Penelopa – Ale chyba nie będzie dane nam jej ujrzeć z bliska.

Wojownik spojrzał na horyzont. Płynęli powoli za sterami stał sam Czarnobrody. Słońce wznosiło się na nieboskłon wschodząc. Niebo było różowo, pomarańczowo, czerwone. Terry stanął obok Liliany. Chciał z nią porozmawiać, jednak przerwał im radosny okrzyk Czarnobrodego.

- Dopłynęliśmy!

- Dokąd? – zapytał Richard.

Wzrok Czarnobrodego utkwił w jego twarzy.

- W miejsce waszej zguby – odparł, a w jego czarnych oczach zapłonęło szaleństwo – Przygotujcie deskę – rozkazał załodze – Panie mają pierwszeństwo.

Umieścił deskę na dziobie. Teraz jej połowa wystawała nad wody Morza Zawiści. Terry spojrzał za burtę. W wodzie pływały ogromnych rozmiarów krokodyle.

- Będą was pożerać jedno po drugim, gwarantując wam długą i bolesną śmierć – Czarnobrody cieszył się jak dziecko.

Jednym ruchem wprowadził Penelopę na deskę i przyłożył miecz do pleców.

- Skacz albo cię tam wepchnę – rzekł.

- Jimmy, Richard… – szepnęła.

Tylko tyle. Ich imiona. Po policzkach starszego pirata płynęły szybkie, urywane łzy. Richard stał jak skamieniały. Kilka dni temu los postawił przed nim siostrę, a już postanowił im ją odebrać.

- NNIEEEE! – krzyknął, bo Penelopa zamknęła oczy i przygotowała się do skoku.

- SKACZ! – ryknął Czarnobrody.

I wtedy ktoś wypadł na pokład. Terry nigdy nie zapomniał jej twarzy, chociaż teraz wyglądała zupełnie inaczej. Zielone oczy były podkrążone, a w czerwonych włosach panował nieład. Na twarzy miała kilka siniaków i zadrapań, a jej piękną twarz pokrywał kurz. Ubrana była w jakieś łachmany.

- Richard – szepnęła z niedowierzaniem i podbiegła do niego. Zaczęła rozwiązywać liny z jego nadgarstków.

- Ejże! – ryknął Czarnobrody – Jak ty się w ogóle wydostałaś z lochu?

Jenny nie odpowiedziała, dalej rozwiązując Richarda. Na twarzy Czarnobordego malował się gniew. Złapał za nóż i przeorał jej policzek, tak jak wcześniej Penelopie. Jenny krzyknęła, kiedy z rany trysnęła krew. W tej samej chwili wszystko potoczyło się błyskawicznie. Richard rozerwał swoje więzy i bez broni rzucił się na Czarnobrodego, a Penelopa zeskoczyła z deski na pokład „Korsarza”.

Czarnobrody zaskoczony spojrzał na Fioletowego Wojownika, który odważył się na takie szaleństwo po czym sięgnął po szablę.

Ku jego zdumieniu jednak szabli nie było na swoim miejscu. Czarnobrody w panice rozejrzał się dookoła. I wtedy ją zobaczył. Jego szabla widniała w rękach Jenny, a Penelopa, jej załoga, Terry, Liliana i Richard uciekli na pokład „Szypera”.

- Brać… – zaczął, ale nie dokończył, bo Jenny uderzyła go płaską stroną jego własnej szabli w głowę i legendarny pirat stracił przytomność.

Ostatnim co ujrzał było to jak Jenny dołącza do przyjaciół, razem wyrzucają jego człowieka, który stał za sterem „Szypera” i wolni uciekają w Morze Zawiści.

Wojownicy Tom II

Rozdział XIX

„Rodzeństwo i ich historia”

Po skończonej lekcji walki u Jimmy’ego Richard wyszedł na pokład pirackiego statku. Za sterem stała Penelopa. Było już ciemno, ale lampy przymocowane do statku oświetlały jej drogę.

- Co robiłeś tak długo pod pokładem? – spytała.

- Jimmy uczył mnie i Terry’ego walczyć na miecze.

Penelopa westchnęła.

- On jest niesamowity.

Richard zachmurzył się.

- To kiedy ślub?! – rzucił kpiąco.

Piratka zmierzyła go spojrzeniem.

- Może już niedługo – oznajmiła tajemniczo – Chciałam o czymś z tobą porozmawiać.

- O ślubie?! – przeraził się Richard.

- Nie, nie o ślubie – odparła – Niespełna dwa dni temu dowiedziałam się, że mam brata, a ty już zaczynasz działać mi na nerwy.

- Taa… to jedna z moich specjalności – odrzekł Richard – To o czym chcesz rozmawiać?

- Ufam ci, że zrozumiesz moje postępowanie. Ja i moja załoga znamy się od czternastu lat. Ufaliśmy sobie nawet w najgorszych momentach. Źle się czułam, utrzymując w tajemnicy przed nimi prawdziwy cel wyprawy na Pływającą Wyspę. Znam ich bardzo długo, Richardzie.  Żadne z nich nie popiera Króla Ciemności. Każdy z nich chce by wasza wyprawa zakończyła się sukcesem. Powiedziałam im o prawdziwym celu waszej wyprawy. Morze Zawiści jest naszym domem również od czternastu lat. Wiele razy chcieliśmy zaprzestać niebezpiecznego trybu życia jaki prowadzimy i osiedlić się na lądzie. Teraz jesteśmy już dorośli. I chcemy wam pomóc. To będzie nasza ostatnia przygoda, a później osiedlimy się na lądzie, tak jak postanowiliśmy. Trwa nasza ostatnia przygoda.

- Już nie będziecie pływać po Morzu Zawiści? – zdziwił się Richard.

- Tak. Podjęliśmy dziś tą decyzję i na pewno dobrze będziemy pamiętać dzisiejszy dzień.

Richard milczał. Od kiedy spotkał Penelopę, chciał jej zadać pytanie, które nurtowało go od zawsze, ale nikt nie mógł mu na nie odpowiedzieć.

- Pamiętasz rodziców?

Penelopa powoli odwróciła się do niego.

- Pamiętam – powiedziała cicho – Ale nie lubię o nich mówić. Mama nazywała się Telia, a ojciec Dean, był wojskowym. Rodzice pamiętali czasy, kiedy Król Ciemności rządził Armenią. Od zawsze byli przeciwko przemocy i okrucieństwu i chętnie angażowali się w misje przeciwko niemu. Kiedy miałam dziesięć lat urodziłeś się ty. Kilka miesięcy później rodzice ruszyli na kolejną misję. Tym razem wzięli cię ze sobą. Wiedzieli, że to niebezpieczne, ale mimo to nie chcieli się wycofać. A mogli… – na twarzy Penelopy pojawiło się rozgoryczenie – Ja zostałam pod opieką starszej sąsiadki, która zgodziła się mnie przygarnąć, bo pomagałam jej w codziennych obowiązkach: robiłam zakupy, sprzątałam i tak dalej. Nikt inny nie chciał mnie przygarnąć. Mówili że rodzice narobili sobie wrogów działając przeciwko Królowi Ciemności i że nierozsądnie będzie im pomagać. Nikt nie chciał jednak przyjąć pod dach kilkumiesięcznego noworodka, a ta miła starsza pani nie mogła ze względu na stan jej zdrowia. Wyruszyłeś więc z rodzicami. A potem… – Penelopa przymknęła oczy, a w jej spojrzeniu nie było  żadnych emocji – Kilkanaście dni później przybył do nas pewien człowiek. Wyglądał na żołnierza. Powiedział, że rodziców zabiły gobliny, a ty zaginąłeś. Tego samego dnia uciekłam i spróbowałam życia na własną rękę. Pokonałam wiele niebezpieczeństw po czym dotarłam do portu, nad Morzem Zawiści. Tam spotkałam Jimmy’ego, Darrena, Georga i Jacka. Jimmy i George byli sierotami, a Darren i Jack uciekli od swoich rodzin. Byliśmy niespełna dziesięcioletnimi dzieciakami, które spróbowały życia na własną rękę. Wybraliśmy życie pełne niebezpieczeństw, a naszym domem było Morze Zawiści. I tak przez czternaście lat. Wiele razy nas korciło nas, aby porzucić ten tryb życia, ale nawet takie życie miało swoje zalety. A co było z tobą przez ten czas?

- Trafiłem do Fioletowego Zamku. To takie miejsce, gdzie ćwiczą się Fioletowi Wojownicy. Wyjeżdżamy na różne misje. Jest tam Johaness, Scarlett i … – urwał, widząc że Penelopa się uśmiecha – Czemu się cieszysz?

- Scarlett, mówiłeś? – powiedziała, przewracając oczami.

Richard zrobił się czerwony. Niezręczną ciszę przerwał huk. Richard i Penelopa odwrócili się. Naprzeciwko ich statku stał inny czarny statek. Na jego pokładzie stał pokaźnej postury pirat.

Penelopa pobladła:

- O nie! – szepnęła – Czarnobrody nas namierzył!