Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XX

Rozdział XX

„Piętnaste urodziny”

Terry zaczął schodzić do pałacowej jadalni na obiad. Ruszył krętymi schodami. Wczoraj wieczorem zjawił się w pałacu Avila razem z księżniczką, Fioletowymi Wojownikami i  Johanessem. Król i królowa nie posiadali się ze szczęścia, że ich córka jest już bezpieczna, a kiedy opowiedzieli im o celu ich misji, pokiwali poważnie głowami i nic więcej nie powiedzieli. Terry’emu przypomniało się coś jeszcze. Dziś był 12 sierpnia, jego piętnaste urodziny. Nie miał zamiaru ich świętować, wręcz przeciwnie. Traktował ten dzień jak każdy inny. Najlepszym prezentem od losu było to, że wrócił z Nawiedzonego Lasu w jednym kawałku. Otworzył drzwi od jadalni i oniemiał.

Stoły z obiadem zostały przesunięte w najdalszy kąt Sali. Na środmu stała kapela muzyczna. Wokół tańczyli Fioletowi Wojownicy. Richard i Scarlett kiwali się w takt powolnej melodii. Służące: Susan, Adele i Rea roznosiły szklanki z sokiem. Jednak najbardziej Terry’ego zaskoczył transparent z napisem: STO LAT, TERRY!, przywieszony do sufitu.

Podszedł do Liliany, która stała przy stole, rozmawiając z Johanessem.

- Co to wszystko ma znacyzć? – spytał ją Terry.

- Jak to co? – Liliana uśmiechnęła się – Przecież masz dzisiaj urodziny.

Obok jacyś Fioletowi Wojownicy zaprosili rozchichotane służące do tańca.

- Zatańczymy? – spytał Liliany,

Twarz księżniczki rozjaśnił uśmiech. Tańczyli chwilę do piosenki, aż Liliana wyjęła z kieszeni ładnie zapakowane pudełeczko.

- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Terry – powiedziała po czym pocałowała go w policzek. Piosenka się skończyła, Liliana wróciła do stołu, a Terry wciąż patrzył przed siebie pustymi oczami. Zaczął odpakowywać paczuszkę od Liliany. W środku była mała muffinka z napisem STO LAT, TERRY! i namalowaną buźką kota. Terry’emu od razu przypomniała się walka ze strażnikiem, co miał dziewięć żyć. Nie wiedział, czy o to Lilianie chodziło, ale był pewien jednego. Już niedługo jego, Lilianę i Richarda czekają nowe przygody i niebezpieczeństwa. Jednak narazie trzeba się cieszyć chwilą obecną i tym co jest, a później… później się zobaczy.

Koniec części pierwszej

Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XIX

Rozdział XIX

„ Pożegnanie Jenny”

Terry wstał dzisiaj późno. Ubrał się, do pasa przypiął miecz Marcusa. Zszedł na dół. W jadalni siedzieli już Fioletowi Wojownicy. Właśnie jedli śniadanie.

- Siadaj, siadaj, Terry – zawołał siedzący u szczytu stołu Johaness – Omlet, jajecznicę, może tosta?

- Tosta, proszę – powiedział Terry.

Resztę śniadania zjedli w milczeniu. Po posiłku Terry udał się do salonu. Nie było tam nikogo oprócz Jenny, Liliany i Richarda. Reszta wojowników miała obecnie zajęcia.

Terry usiadł na sofie obok Richarda.

- Nie jesteś na zajęciach? – spytał go.

- Nie, Johaness dał mi dzisiaj wolne – wyjaśnił – Po zajęciach wszyscy razem udamy się do pałacu Avila. Zostaniemy tam na trzy dni. A potem… A potem, Terry zastanawiałem się co z trzema pozostałymi talizmanami? Tylko kilka osób może sobie poradzić, cała armia nie da rady. Tak zaprojektowano pułapki i niebezpieczeństwa, które ich strzegą. Ty, ja, Liliana i  Jenny, jeśli zechce nam towarzyszyć.

Jenny kiwnęła głową.

- Chętnie wam pomogę, ale najpierw chcę odwiedzić moją mamę na zachodzie kraju.

- Ja również chciałbym odwiedzić moich rodziców we Flynetcher, zanim wyruszymy na kolejną wyprawę. Chciałbym… ich poznać – powiedział Terry – Bo potem może być już za późno.

- Ja też chce się już zobaczyć z mamą i tatą- oznajmiła Liliana – Tymi prawdziwymi, a nie klonami.

- A ty? – spytał Terry Richarda.

Chłopak spuścił oczy.

- Terry, ja jestem sierotą. Moi rodzice zginęli, kiedy wypełniali jakąś ważną misję przeciw Królowi Ciemnośi. Zniszczyły ich gobliny Wolder, Łamaniec i Euryk Straszliwy. Po części dlatego chciałem iść na tą wyprawę. Każde działania przeciwko nim to dobre działania.

Terry skinął głową.

- Przykro mi – powiedział.

- Mnie też. No, ale… trafiłem tu jako dziecko. To mój dom, moja rodzina.

- Czyli – zaczęła Liliana – gdzie ruszamy na następną misję?

- Nad Morze Zawiści – wyjaśnił jej Terry – Na wschód.

- Za dziesięć dni we Flynetcher – odparł Richard – Tam się spotkamy.

Liliana i Terry przytaknęli, tylko Jenny pokręciła głową.

- Na tę wyprawę będziecie musieli wyruszyć sami. Zajmę się czymś innym. Będę werbować elfy i inne istoty do armii. Kiedy Król Ciemności powstanie, a nie łudźmy się, bo na pewno tak będzie, wypowie wojnę tym, którzy mu się przeciwstawiali. Już dziś wyruszę na zachód. Pozostała mi jednak jeszcze jedna sprawa. Domyśliłam się, że szukacie czterech talizmanów, porozrzucanych w Czterech Światach, aby mieć jakąkolwiek broń do walki z Królem Ciemności, ale Terry, czy mapa jest u ciebie bezpieczna? Weźmiesz ją ze sobą nad Morze Zawiści?

Terry pokręcił głową.

- Mapa zostanie zamknięta w sejfie pałacowym. Mam przeczucie, że jeszcze się przyda.

Jenny wstała ze sofy. Wyszli na dwór. W ogrodzie pasł się koń.

- Johaness mi go użyczył – powiedziała – A  więc… żegnajcie przyjaciele!

Właśnie taką ją zapamiętali: uśmiechniętą, jak z rozwianymi, czerwonymi włosami, ruszyła dzikim galopem przed siebie. Z zamku wyszli pozostali wojownicy, Johaness i Scarlett.

- A teraz – rzekł Burkie – do pałacu Avila.

Fioletowi Wojownicy, Johaness, Richard, Liliana i Terry ruszyli marszem ku pałacowi.

 

Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XVIII

Rozdział XVIII

„Bitwa o mapę”

Przy drzewach stało około czterdziestu goblinów, prowadzonych przez Woldera i Łamańca. Wszystkie miały napięte łuki i celowały prosto w nich.

- Mapa do mnie, Terry Moonie, a nikomu nic się nie stanie – wycedził Wolder.

Terry popatrzył na niego z wściekłością. Jakże on nienawidził tego goblina. Na nim zaczęła się jego  wyprawa i na nim prawdopodobnie się skończy.

- Nie oddam ci mapy! – ryknął – NIGDY!!!

- A więc dobrze – rzekł spokojnie Wolder – Król Ciemności chce ciebie, a nie twoich przyjaciół. Strzelić w księżniczkę, elfkę i Fioletowego Wojownika.

Troje z goblinów oddało bardzo cenne strzały. Nagle zza drzewa wyskoczyła Laura Stones, klon z rezerwatu dzikich istot w Wandurgu. Wszystkie trzy strzały trafiły w nią. Ciężko dysząc upadła na ziemię. Kolejne gobliny, kiedy już otrząsneły się z osłupienia, przygotowywały strzały. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Gobliny od tyłu zaatakowała inna armia. Wojownicy w fioletowych zbrojach ruszyli na gobliny. Na bitwę prowadził ich Johaness Burke z Fioletowego Zamku i Scarlett Connery. Fioletowi Wojownicy ruszyli do boju.

Terry, Richard, Liliana i Jenny pochylali się nad klonem.

- Uratowałaś nam życie – szepnęła Liliana.

Miała łzy w oczach.

- To drobiazg – cicho powiedziała Laura – Posłuchajcie mnie teraz… Przysięga Pięciorg musi zostać odnowiona, Espera jest waszą nadzieją, on powstaje. Przysięga Pięciorga… – powtórzyła, a jej oczy zamknęły się po raz ostartni.

- Dlaczego? Dlaczego ona to zrobiła? – spytała Liliana – Dlaczego nas uratowała? Mogła nas przecież zostawić… strzały by nas trafiły…, ale ona nas uratowała. Dlaczego?!

- Chyba już nigdy się nie dowiemy – odparła Jenny.

Terry popatrzył na zapłakaną twarz Liliany i podniósł do góry miecz Marcusa.

-Za Laurę! – rzekł i ruszył do ataku.

Gobliny łatwo ulegały jego ciosom. Jednak już po chwili sprawy zaczęły przybierać znacznie gorszy obrót. Kilku Fioletowych Wojowników padło. Wkrótce zostało ich już kilkunastu, a goblinów wciąż było ponad połowę. I wtedy do walki wtracili się Jenny, Richard i Liliana. Miecz Richarda dosięgał wszystkich, strzały Jenny i Liliany trafiały każdy cel. Po chwili goblinów została zaledwie garstka, w tym Wolder i Łamaniec. Gobliny zaczęły się ratować ucieczką. Wojownicy ustawili się w szeregu. Johaness podszedł do Terry’ego.

- Co takiego powiedziała ci ta dziewczyna i kim ona w ogóle jest? – wskazał na Laurę.

- Laura jest, a raczej była klonem – wyjaśnił mu Terry, czując rosnącą w gardle gulę – Z początku trzymała stronę Króla Ciemności, ale po pewnych wydarzeniach zmieniła swoje poglądy.

- Uratowała nam życie – wtrąciła Liliana – Powiedziała coś o Przysiędze Pięciorga, że musi zostać odnowiona i że Espera musi powstać.

Johaness pobladł. W jego oczach malowało się niedowierzanie, ale szybko skinął głową.

- Idziemy wojownicy! – zakrzyknął.

Przeszli Bramę Światła i pożegnali się z Lizzy.

- Johanessie, jak się tu w ogóle dostaliście? – spytał Terry.

- Doszliśmy do wniosku, że w jaskiniach musicie sobie sami poradzić, gdyż pierwsza komora jest tak zbudowana, że może tam wejść tylko kilka osób, żeby polecieć na dywanach, ale w otwartej walce możecie potrzebować pomocy.

- Pierwsza komora? Jaskinie? Dywany? Skąd o tym wszystkim wiesz?

Johaness uśmiechnął się.

- Zaszedłem aż do trzeciej komory. Pokonałem różowe bąbelki z trującym gazem, z trollami też się dogadałem, oferując im worek mięsa, jeśli mnie przepuszczą. W trzeciej komorze stanąłem do walki ze strażnikiem. Dałem mu miskę mleka i bez walki udałem się na polanę. Napotkałem… – głos mu się załamał – Napotkałem czarnego wojownika. Strach mną zawładnął. Wiedziałem, że nie pójdę dalej. Ledwo co uciekłem.

- A, więc to o tobie mówiła Jenny. Podróżnik, który był aż w trzeciej komorze – zgadł Richard.

Mężczyzna pokiwał głową po czym zagwizdał. Na polanę wleciały sześcioosobowe powozy, ciągnięte przez pegazy. Terry wszedł do powozu z Lilianą, Richardem, Jenny, Scarlett i Johanessem.

- Nadal nie rozumiem, Johanessie, dlaczego nie powiedziałeś nam o tych wszystkich niebezpieczeństwach? Przecież doskonale je znałeś!

- Terry i tak nie chciałeś iść na tą wyprawę. Nie chciałem cię tylko niepotrzebnie martwić. A swoją drogą, jak pokonaliście czarnego wojownika?

- O! To my go pokonaliśmy? – ucieszył się Richard.

- W walce – skłamał Terry.

- Ale widok – westchnęła Scarlett.

Pegazy szybowały coraz wyżej. W dole widać było Pustkowie, dom bagnistego potwora, Miasteczko Złudzeń, rezerwat dzikich istot w Wandurgu. Terry starał się nie myśleć o Laurze ani o poległych Fioletowych Wojownikach. Minęli Flynetcher i dotarli do Fioletowego Zamku. Terry pomyślał, że jest tu jeszcze piękniej niż zwykle.

- Dzisiaj tu zanocujecie, a jutro wrócicie do pałacu – zarządził Johaness – Miłych snów!

Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XVII

Rozdział XVII

„Wojownik, który poległ”

Terry, Liliana, Richard i Jenny szli ciemnym tunelem, czując czającą się w powietrzu grozę i strach.

- Zawróćmy! – powiedziała Jenny – Inaczej stanie się coś strasznego!

- Masz rację! – Richard pokiwał głową.

Terry również przytaknął. Tylko Liliana nie dała się zwieść. Złapała Terry’ego za rękę i oznajmiła:

- Musimy iść dalej! To uczucie… ten strach… Ktoś nas zmusza, żebyśmy tak myśleli…

Ciemny korytarz właśnie się kończył. Aby wyjść z niego trzeba było pójść w górę klapą. Liliana otworzyła ją i cała czwórka znalazła się na polanie w Nawiedzonym Lesie. Na środku polany znajdowała się gablota, jaśniejąca blaskiem. W środku niej leżała mapa, z której wydobywało się światło. Nagle Terry zauważył coś, czego nie widział wcześniej. Przy gablocie tyłem do nich stał czarny wojownik w zbroi i hełmie. W ręku trzymał olbrzymi srebrny miecz.

- Wiedziałem Terry Moonie, że przyjdziesz – powiedział głośno.

Lęk, strach, groza, niepokój chwyciły Terry’ego za gardło. Chłopak osunął się na kolana. Nie udało się. Nie zakończyli swej wyprawy. Wszyscy zginą.

Terry rozejrzał się wokół, zaślepiony strachem. Czarny wojownik odwrócił się do nich przodem. Wystarczyło jedno, tylko jedno jego spojrzenie, a Richard i Jenny omdleli ze strachu. Terry czuł, że jego świadomość też już odpływa, gdy nagle czyjeś dłonie uderzyły go w twarz. To Liliana patrzyła nie niego swoimi wielkimi, czarnymi oczami.

- Nie odpływaj, Terry! – krzyknęła – Dasz radę!

Liliana podczołgała się do niego i zapięła mu na szyi srebrny łańcuszek ze srebrną zawieszką w postaci sopelka. I nagle… przejrzał na oczy. Czarny wojownik nie wydawał mu się już taki straszny. Jasne, był straszliwym przeciwnikiem w walce, ale strach jaki przed chwilą odczuwał minął.

- Liliano, co…? – poszukał księżniczki wzrokiem.

Leżała zemdlona na ziemi. Teraz był tylko on. On, czarny wojownik i dziwny naszyjnik od Liliany.

- Czekałem aż przyjdziesz – powtórzył czarny wojownik – I czekał też mój pan, Król Ciemności. Na pewno się ucieszy, kiedy się dowie, że zginąłeś z mojej ręki.

- Kim właściwie jesteś? – spytał Terry.

- Niegdyś byłem wojownikiem pałacowym, ale zdradziłem wtedy rodzinę królewską i zostałem wygnany z królestwa. Król Ciemności zaproponował mi pracę. Zostałem na wieki strażnikiem mapy, która zawsze wskaże drogę. Sam nie mogę jej wziąć. Czekam, więc na sługi Króla Ciemności, którzy niedługo się tu pojawią. Raz tylko opuściłem tą polanę. Raz, aby zniszczyć dwóch pozostałych wojowników. Teraz z przyjemnością wykończę też ciebie.

- Nie sądzę – zauważył Terry i zaatakował. Czarny wojownik błyskawicznie odparował uderzenie.

Teraz to on zaatakował. Terry uskoczył.

- JAKIEJ MAGII UŻYWASZ? – ryknął czarny wojownik – DLACZEGO SIĘ MNIE NIE BOISZ?!

Chłopiec nie odpowiedział. Ruszył na przeciwnika i nagle usłyszał w głowie natarczywy, ale spokojny, kobiecy głos.

Użyj naszyjnika. Jeden dotyk go zniszczy. On żyje w kłamstwie, zdradził królestwo, jest wierny złudzeniom, a żadne kłamstwo nie ma szans w starciu z prawdą.

Terry opuścił miecz. Przypiął go do pasa i podbiegł do zaskoczonego czarnego wojownika. Wychylił się i przyłożył do niego naszyjnik. Wojownik upadł na kolana. Zaczął się rozmywać. Po chwili nie bylo już ani wojownika, ani zbroi. Znowu usłyszał w głowie ciepły głos.

Dobrze się spisałeś, Terry Moonie. Niech mój amulet dobrze ci służy. Pozwala on widzieć rzeczywistość, taką jaka jest. Pomaga w niebezpieczeństwach, wyjaśni ci wszystkie tajemnice, rozwikła łamigówki. Wkrótce się zobaczymy. Niech cię dobro prowadzi!

Liliana właśnie się ocknęła. Popatrzyła na Terry’ego.

- A, więc pokonałeś go? – spytała.

- Tak, ale nie udało by mi się bez twojego naszyjnika. Czym właściwie on jest?

- Ten naszyjnik to Amulet Espery. Espera była kiedyś dziewczyną z wioski, bardzo potężną żoną Marcusa. Stworzyła ten amulet, aby otworzyć oczy temu kto go nosi. Pozwala ujrzeć prawdę, przezwyciężyć uroki jak na przykład ten w rezerwacie dzikich istot w Wandurgu albo strach, który potęgowała obecność sługi Króla Ciemności – czarnego wojownika. Dzięki niemu widziałam potwory w rezerwacie i nie bałam się czarnego wojownika. Wiedziałam jednak, że nie dam sobie z nim rady w walce, więc amulet oddałam tobie. Przysięgałam nikomu o nim nie mówić.

- Więc skąd Amulet Espery wziął się w twoich rękach?

- Odnaleźliśmy go w starym muzeum pałacowym razem z Modestem. Obiecałam, że nikomu o tym nie powiem. To tajemnica. Espera była niegdyś wybitną czarodziejką. W amulecie zawarta jest jej moc. Nasi wrogowie z pewnością chcieliby go mieć, dlatego nie możesz o nim nikomu powiedzieć, nawet Jenny, czy Richardowi. Rozumiesz?

- Liliano, weź go. Należy do ciebie – Terry podał jej amulet.

Ona tylko się uśmiechnęła i potrząsnęła głową.

- To tobie może się bardziej przydać. Jest twój. Może kiedyś ci o mnie przypomni.

- Liliano…

Pokręciła głową po czym zajęła się cudzeniem Richarda i Jenny. Po chwili cała czwórka stała już na nogach. Ruszyli po mapę. Otworzyli gablotę. Terry trzymał w ręku mapę, która zawsze wskaże drogę. Ruszyli ścieżką w dół. Mijali drzewa i rośliny, gdy nagle rozległ się zimny głos:

- A teraz mi to oddasz!

Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XVI

Rozdział XVI

„Druga i trzecia komora”

Terry ocknął się. Po chwili ze zdumieniem stwierdził, że  jest przywiązany do drewnianego pala razem z Lilianą i Richardem.

- Co się stało? – zapytał zdumiony – Gdzie jesteśmy? Gdzie jest Jenny?

- Jesteśmy w drugiej komorze –Liliana uśmiechnęła się krzywo – Nie tylko ciebie ten zapach otumanił. Straciliśmy przytomność. W drugiej komorze znajduje się pięciu trolli. Bez trudu nas związali i zabrali broń. Włożyli ją do wielkiego pudła w kącie. Boją się tych przedmiotów.

- A Jenny? Gdzie ona jest?

- Udało jej się uciec. Musi być gdzieś tu schowana, bo gdyby wróciła do pierwszej komory trujący gaz natychmiast by ją obezwładnił.

Terry obrócił się i serce mu na chwilę stanęło. Przed nim krzątało się pięć najohydniejszych istot, jakie widział. Miały około pięć metrów wzrostu, ogromny nos i paszczę, wyłupiaste oczy i masywne, kleiste ciało.

- O zbudziły się maleństwa. Zaraz was ugotujemy. Wszystkich razem, co wy na to?

Terry uśmiechnął się pod nosem. A więc trolle nie wiedziały, że była z nimi jeszcze Jenny. Dzielna elfka na pewno ich uratuje. No chyba, że i ją złapią. W takim razie trzeba było zapewnić jej czas do działania.

- Chcecie być ugotowani z solą, czy pieprzem? – zapytał jeden z trolli.

- Z solą, czy pieprzem? – powtórzył Terry – A nie macie innych przypraw?

- Innych przypraw? – zadudnił głos trolla – Jakich?

- No innych niż sól i pieprz – odparł Terry, żałując, że nie nauczył się o tym od pałacowego kucharza.

Nagle zza skalnej półki wyskoczyła Jennny. Napięła łuk i wystrzeliła. Po chwili wszystkie trolle leżały na ziemi z wyrazem głupiego zaskoczenia.

- No, nieźle – skomentował Richard.

- To jeszcze nie koniec. Największe niebezpieczeństwo przed nami.

Weszli do trzeciej komory. Terry niemal odetchnął z ulgą.

Trzecia komora była pusta. Żadnych pułapek, niebezpiecznych stworów, czy roślin. Po drugiej stronie znajdowały się czarne drzwi.

- Pewnie za nimi znajduje się talizman – zgadywała Liliana – Więc, trzeba będzie je otworzyć.

Terry podszedł do nich i jednym ruchem otworzył. Zza drzwi wyszedł mały, brązowy kotek z białą łatką na nosie i cicho zamruczał.

- Słodki – mruknęła Liliana, a Richard i Terry przyznali jej rację.

Tylko Jenny miała pobladłą twarz.

- To nie jest kot – oznajmiła dobitnie – To strażnik, kot o dziewięciu życiach, uparta i bezwzględna bestia, która nigdy nie dopuści, abyśmy przeszli przez te drzwi.

Richard roześmiał się.

- Uparta i bezwzględna bestia? Jenny, patrz i się ucz.

Richard pewnym krokiem ruszył do drzwi. Jak na zawołanie kotek rzucił się na niego. Wysunął fioletowe pazury. Jenny krzyknęła i rzuciła w niego sztyletem. Kociak padł na ziemię.

- Co ty zrobiłaś?! – zdumiał się Richard – Wykończyłaś kotka! – rzekł z oburzeniem.

- A wolałbyś, żeby to on wykończył ciebie? Wystarczyłoby jedno draśnięcie jego pazurów, a zginąłbyś. To druga w kolejności najstarsza z trucizn. Starszy jest tylko kwas, osłabiająca mikstura, która sprawia, że się słabnie aż zasłabnie się na zawsze. Coś jak starość. Doszły mnie słuchy, że Król Ciemności ma do obu dostęp.

Terry czuł, że coś ważnego czai się w tym ostrzeżeniu. Nie zdążył się jednak nad tym zastanowić, bo kotek, który wcześniej leżał na ziemi zyskał nową postać. Teraz był rysiem z wężem zamiast ogona. Ruszył na Terry’ego. Jedna strzała trafiła go w tułów, druga w ogon. Liliana naciągnęła strzałę i przebiła podbrzusze zwierza. Upadł. Teraz do ataku zaczął powstawać gepard.

- Każde następne wcielenie strażnika jest groźniejsze od poprzedniego. Uważajcie! – ostrzegła ich Jenny – On jest bardzo szybki w walce bezpośredniej nie damy radę.

Richard dobył miecz i zanim zwierz całkowicie powstał dźgnął go mieczem.

- W sumie tak też można.

Jednak lampart już krążył wokół nich, jakby starając się wybrać, które z nich zje jako pierwsze. Terry podbiegł do niego i zaatakował. Wbił mu miecz w łapę. Ten zaskamlał i padł. Jaguar powstał jeszcze szybciej niż jego poprzednik. Ruszył na Lilianę. Oddała jeden precyzyjny strzał. Z padniętego jaguara zaczęła wyłaniać się czarna puma, dwa razy większa niż jaguar. Rozwarła paszczę, ukazując ogromne zębiska.

- To już szóste wcielenie strażnika! – zawołała Jenny, zadając cios pumie – Jeszcze trzy!

Teraz Lilianę zaatakował tygrys. Dziewczyna wzięła do ręki strzałę od Williama. Wbiła ją w rozjuszone zwierzę. Teraz Jenny stanęła do walki z panterą. Jej przeciwniczka robiła uskoki, inteligentnie planując każdy atak. Jenny jednak była zwinniejsza i pokonała panterę, wskakując jej na grzbiet i przygwożdżając do ziemi. Ostatnim z dziewięciu wcieleń strażnika był lew. Kiedy Terry stanął przed królem zwierząt nogi się pod nim ugięły.

- Weź się w garść – powiedział sobie – Przecież lew nie może być groźniejszy niż bagnisty potwór, klony, gobliny i trolle. Dasz radę!

Podniósł z ziemi strzałę Liliany i kiedy lew ryknął wrzucił mu ją do paszczy. W ten sposób dziewięć wcieleń strażnika zostało pokonanych. Jenny otworzyła drzwi i wszyscy zagłębili się w mroku tunelu.

 

Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XV

Rozdział XV

„ Ostrzeżenie”

Nie zaszli daleko, bo po kilku minutach wpadła na nich piękna elfka. Wyglądała na przerażoną. Usta miała zakneblowane, na twarzy kurz. Na sobie miała zbroję. Długie, wściekle czerwone włosy kontrastowały z jej ogromnymi, zielonymi oczami. Wyglądała na ich rówieśniczkę. Wyraźnie chciała im coś powiedzieć. Richard wyjął jej knebel z ust.

- Jestem elfka Jenny. Po prostu Jenny. Kiedyś byłam Strażniczką Bramy Światła. Elfy nie mają nazwisk. Nie możecie tędy iść. Tam jest około piędziesięciu goblinów – wyrzuciła na jednym wdechu – A wy jesteście?

- Liliana Avila, Terry Moon i Richard Forgot – przedstawił ich Richard.

- Tam, czyli gdzie? – spytała Liliana.

- W dole. Niedaleko jaskiń. Szukają skarbu. Są blisko. Bardzo blisko. Nie wiedzą jednak, że trzeba iść okrężną drogą, żeby do niego dotrzeć.

- Czy mówiąc skarb, masz na myśli jeden z czterech talizmanów?

- Oczywiście.

- Byłaś tam kiedyś? – spytał Terry.

- Raz – odparła – I tylko w pierwszej komorze.

- Zaprowadzisz nas tam? – poprosił Richard.

Elfka spojrzała mu w oczy i zagapiła się w nie o ułamek sekundy za długo. Westchnęła ciężko.

- No dobrze. Chodźcie za mną!

. . .

- Musicie wiedzieć – zaczęła elfka, kiedy już opowiedzieli jej trochę o celu ich misji – że jaskinia, w której ukryty jest skarb jest podzielona na trzy komory. Każda następna jest straszniejsza od poprzedniej. Prawdopodobnie jestem jedyną obecnie żyjącą osobą, którą była w pierwszej komorze. Chociaż jeśli wierzyć plotkom pewien podróżnik był poza trzecią komorą. Natrafił tam na jakieś zło i się wycofał.

- Znając życie będziemy musieli się zmierzyć z tym „złem” – skomentował Richard.

- Jenny, nikt cię nie zmusi, żebyś szła z nami. Pokaż nam tylko, gdzie jest wejście.

Elfka pokręciła głową.

- Wiem, że mnie nie zmusicie. Wiem też, że działacie w słusznej sprawie i wiem, że przynajmniej w pierwszej komorze wam pomogę. Nasze losy są złączone. Wyczuwam to, a znam się trochę na magii.

Dotarli do ciemnego, ziejącego mrokiem miejsca. Przed nimi znajdowało się wejście do jaskini.

- Idziemy – zarządziła Jenny, pierwsza wchodząc do jaskini.

Reszta poszła za jej przykładem. Terry już miał iść na przód, gdy Jenny złapała go za rękę.

- Terry, nie! – krzyknęła.

Dopiero teraz Terry zauważył, że pieczara pełna jest okrągłych bąbli, różowych kulek, wielkości ziemniaka. Pokrywały za równo ściany, jak i podłoże jaskini oraz jej sufit. W powietrzu unosiły się dwa latające dywany.

- Jeśli chcemy przedostać się do drugiej komory, będziemy musieli polecieć. Uważajcie! Jeżeli dotkniecie choćby jednego z tych różowych bąbli cała komora w kilka sekund wypełni się trującym gazem. Nie zdążymy uciec. Chyba będziemy musieli polecieć na dywanach aż do wejścia drugiej komory – wskazała niewyraźną, ziejącą ciemnością dziurę.

Potem Jenny zamknęła oczy i w skupieniu wymamrotała kilka słów pod nosem. Dywany niemal natychmiast do niej podleciały. Ona i Richard wskoczyli na jeden z dywanów, Terry i Liliana na drugi. Wybili się w powietrze. Terry starał się kierować dywanem. Jenny udało się wyminąć skupisko różowych bąbli. Nagle usłyszał krzyk Richarda.

- UCIEKAJMY!!!

W sali znalazło się kilku goblinów, prowadzonych przez Euryka Straszliwego. To właśnie on stanął na różowego bąbelka. Jaskinię zaczął wypełniać duszący gaz. Gobliny i Euryk padły na ziemię. Ostatnią rzeczą jaką Terry pamiętał było to, że Liliana bardzo przypiesza. A potem… Terry osunął się w ciemność. Stracił przytomność.

Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XIV

Rozdział XIV

„Strażniczka Bramy Światła”

Wiatr zawył. Liliana potknęła się o wystający korzeń.

- Wszystko w porządku? – spytał Terry.

Księżniczka pokręciła głową.

- To nie jest dobre miejsce. Wyczuwam ogromny strach i gniew.

Nie musiała mu tłumaczyć. Terry doskonale wiedział o co jej chodzi. Nawiedzony Las był miejscem, w którym niepokój, stach i gniew potęgowały się nawzajem. Nagle z krzaków wyskoczyło ciemne zwierzę. Miało krwistoczerwone oczy, pazury ostre jak stal. Patrzyło na Terry’ego z nieukrywaną nienawiścią. Przez moment w umyśle Terry’ego pojawiło się wspomnienie.

Łąka, obok jego rodzice, naprzeciw król, królowa i Liliana, jego czwarte urodziny. Z lasu wybiega niedźwiedź, rzuca się na księżniczkę, Terry podbiega, łamie gałąź z drzewa, bije nią niedźwiedzia, dźga w oko. Wściekłe zwierzę ucieka.

- A, więc to tu uciekł – powiedział Terry – Tu się schronił.

- Kto się schronił? – spytała Liliana z paniką w głosie – Terry, wszystko dobrze?

- Czas dokończyć dzieło – szepnęł Terry.

- Jakie dzieło? Terry, co ci się stało? To tylko niedźwiedź.

Niedźwiedź zaatakował. Jego wściekłe spojrzenie utkwione było w chłopcu. Minął Lilianę i Richarda, i rzucił się na wojownika, który kiedyś sprawił mu taki ból, pozbawił zasłużonej zwierzyny.  Terry jednym ruchem wyciągnął miecz. Zwierzę, szczerząc kły skoczyło. Terry zrobił unik. W tle słyszał krzyk Liliany. Rzucił się na niedźwiedzia. Kiedy był już blisko, zaczął biegnąć. Gdy niedźwiedź zamachnął się na niego, podskoczył i wbił mu ostrze w łapę. Zwierzę zawahało się, a Terry rzucił w niego mieczem. Trafił. Niedźwiedź padł na ziemię.

- Co… co…? – wymamrotała Liliana.

- Nie pamiętasz? – szpytał Terry.

- Ja tam dalej nic nie rozumiem – wtrącił się Richard.

- Zaraz się dowiesz – rozległ się kobiecy głos.

Przed nimi stał sfinks, o bujnej grzywie. Z tą małą różnicą, że była to kobieta.

- Przerwaliście mi polowanie – oświadczyła, ukazując swoją paszczę z ogromną ilością zębów – Jeżeli odpowiecie prawidłowo na moje zagadki, zostawię was i sobie pójdę. Jest was troje, więc każdy otrzyma po jednej zagadce. Jeśli zaś, któreś z was nie odpowie lub udzieli złej odpowiedzi na zagadkę, to go pożrę. Zaczynamy. Kto idzie pierwszy?

- Ja mogę – Liliana wzruszyła ramionami.

- Doskonale – zasyczała sfinksa – Wyobraź sobie, że jesteś pilotem. Do Flynetcher poleciało siedemnastu pasażerów, do Fioletowego Zamku dwudziestu trzech, a do Nawiedzonego Lasu dwudziestu sześciu. Ile pilot ma lat?

- Co liczba pasażerów ma do tego, ile pilot ma lat?  – spytała, ale sfinksa tylko uśmiechnęła się tajemniczo – Wyobraź sobie, że jesteś pilotem… WIEM! Odpowiedź brzmi pilot ma tyle lat co ja, bo ja jestem pilotem.

Sfinksa wykrzywiła się w uśmiechu.

- Zgadłaś – potwierdziła chłodno – Następny.

Richard podszedł do niej.

- Pewien człowiek wyszedł na dwór bez parasola i bez peleryny przeciwdeszczowej. Kiedy wrócił do domu, wcale nie był mokry. Jak to się stało?

- Yyy… czy mogę prosić o powtórzenie zagadki.

- Pewien człowiek wyszedł na dwór bez parasola i bez peleryny przeciwdeszczowej. Kiedy wrócił do domu, wcale nie był mokry. Jak to się stało?

Twarz Richarda rozjaśnił uśmiech.

- Już wiem! – oznajmił – Na dworze nie padało!

Sfinksa warknęła, ale kiwnęła głową. Utkwiła swoje wielkie oczy w Terrym.

- Jak podzielić cztery jabłka między trzy osoby bez krojenia ich na kawałki?

- Ugotować kompot – odrzekł pewnie.

Sfinksa uderzyła łapą o ziemię i wycofała się między drzewa, a Terry, Liliana i Richard pobiegli kamienistą ścieżką.

Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XIII

Rozdział XIII

„ Strażniczka Bramy Światła”

- A więc… – zaczęła Liliana -  Nawiedzony Las już niedaleko?

- Z tego co mówił ten klon, to chyba tak, ale nie możemy jej całkiem zaufać – ostrzegł ją Richard.

- To dobrze. Odetchnę z ulgą, kiedy to wszystko się skończy.

Terry pokręcił głową.

- Dużo o tym myślałam – rzekł – To tylko jeden z czterech talizmanów. A co z resztą? Kto się po nie uda. Kto…?

- Cicho! – przerwał mu Richard – Co tak szumi?

Nie wiadomo skąd, słychać było szum wody. Przeszli kilka kroków i ujrzeli ogromny wodospad. Na kamieniu koło niego siedziała dziewczyna, grająca na harfie smutną piosenkę.

- Kim jesteście? – spytała, podrywając się – Po co tu przyszliście?

Wyglądałaby jak normalna nastolatka, gdyby nie zielone włosy i spiczaste, mocno odstające uszy. Na jej niebrzydkiej twarzy malował się strach.

- Spokojnie – powiedziała Liliana – Nie chcieliśmy cię przestraszyć. Jestem księżniczka Liliana Avila, to jest Fioletowy Wojownik Richard Forgot, a to pałacowy wojownik – Terry Moon. A ty kim jesteś?

- Elfka Lizza, strażniczka Bramy Światła, ostatniej ostoi światła. Dalej jest już tylko ciemność.

- A więc to tam znajduje się Nawiedzony Las? – spytał Terry – Powiedz nam jak się tam dostać?

- Trzeba przejść przez Bramę Światła. Tylko ja was mogę przez nią przeprawić. Nie jesteście jedynymi, którzy chcą się tu dostać. Dzisiaj rano była tu grupa goblinów.

Terry poczuł suchość w ustach.

- Przepuściłaś ich? – jęknął.

- Weszli tam, ale nie ja ich przepuściłam – odrzekła – Zrobiła to wcześniejsza strażniczka. Porwali ją i siłą zmusili do otwarcia bramy. Ja jestem jej zastępstwem.

- Jak udało im się tu tak szybko dotrzeć? – zmartwił się wojownik.

- Oni nie musieli walczyć z Dianą, bagiennym potworem i klonem, bo są po tej samej stronie – wytłumaczył mu Richard.

- Jeszcze mamy szansę – pocieszyła go Liliana – Wszystko zależy od tego, czy Lizza nas przepuści przez bramę.

- Ale tu nie ma żadnej bramy – zauważył Richard.

- Jeśli tylko uznam, że jesteście tego godni w wodospadzie pojawi się Brama Światła.

- Co to znaczy, jeśli jesteśmy tego godni?

- Muszę zbadać wasze intencję – wyjaśniła Lizza – Daj rękę, Terry.

Terry podał jej rękę. Ona dotknęła jego nadgarstka i uśmiechnęła się.

- Idźcie. Powodzenia!

W wodospadzie otworzyła się jaśniejąca blaskiem brama. Terry, Richard i Liliana przeszli przez bramę, zostawiając za sobą Lizzę i wodospad.

Wokół nich roztaczała się gęstwina mrocznych drzew. Wiatr dął przeraźliwie. Ciemność spowijała wszystko. Gdzieniegdzie coś zaszeleściło. Naraz zakrakał kruk. Cała trójka podskoczyła. Znajdowali się w miejscu, gdzie strach był na porządku dziennym. Znajdowali się w miejscu, gdzie groza i niepokój rosły w siłę. Znajdowali się w Nawiedzonym Lesie.

Wojownicy i Nawiedzony Las: ozdział XII

Rozdział XII

„Rezerwat dzikich istot w Wandurgu”

Terry wstał bladym świtem. Słońce dopiero zaczynało wschodzić. Wojownikowi przypomniały się wschody słońca we Flynetcher. Tam było tak pięknie. Liliana i Richard w milczeniu jedli śniadanie, a myśliwy William szukał czegoś w komodzie.

- Mam! – zakrzyknął, wyciągając coś z szuflady – Chyba nie myśleliście, że wyślę was na wyprawę nieuzbrojonych. To jest łuk ze Złotego Drzewa oraz strzały zrobione ze skóry barana. Są twarde jak stal. Przebiją nawet skórę smoka. Proszę, to dla ciebie – powiedział, wręczając łuk Lilianie – A to miecz ze skóry smoczej. Jego klingę zdobią twarde łuski smoków – poinformował Richarda, dając mu podarek. Wreszcie jego głos zatrzymał się na Terrym – Och, Terry całą noc zastanawiałem się, co wojownik o twoim talencie potrzebuje. Ofiaruję ci miecz, który niegdyś należał do samego Marcusa.

Na rękojeści miecza widniały trzy, iskrzące się blaskiem klejnoty w odcieniach błękitu, zieleni i czerwieni.

- Zielony klejnot wzmacnia siłę wojownika podczas walki, czerwony świeci jasno, gdy w pobliżu znajduje się ktoś o nieczystych intencjach. Działanie niebieskiego klejnotu odkrył jedynie Marcus. To jedna wielka tajemnica. Mam nadzieję, że miecz będzie ci dobrze służył.

- Skąd ma pan ten miecz?

- Kiedyś po walce Marcusa z Królem Ciemności przyniesiono ten miecz do mnie, bym go zbadał. Kiedyś byłem badaczem przedmiotów specjalnych. Pomagałem Johanessowi w jego pracy. Później, gdy Marcus się poświęci, miecz został u mnie.

Liliana i Richard podnieśli się od stołu. Terry zrobił to samo.

- Dziękujemy panu za gościnę – oznajmiła Liliana.

William podał jej torbę z prowiantem na drogę.

- Tylko tyle mogłem dla was zrobić. Nie mam koni, które mógłbym wam dać. Musicie polegać na własnych nogach. Żegnajcie!

Terry, Richard i Liliana ruszyli kamienistą ścieżką.

- Dokąd teraz? – spytał Richard.

- Chyba na wschód…- Posłuchajcie – przerwał im Terry – Muszę wam coś powiedzieć – tu popłynęła opowieść o śnie, który mu się przyśnił.

- Ale kto nas spróbuje oszukać ? – Liliana uniosła brew do góry – Może to był tylko sen?

- Nie, to było coś w rodzaju ostrzeżenia, ale przed kim- nie wiem.

Szli w milczeniu około dwóch godzin. Droga była monotonna – drzewa i nic więcej. Nagle Richard zatrzymał się.

- Słyszycie to?

W oddali słychać było skoczną, wesołą melodyjkę.

- A co to znowu? – zdziwił się Terry.

Ruszyli za dźwiękami melodii.  Przed nimi rozpościerała się wyboista, kamienista ścieżka, prowadząca do żelaznej bramy, na której widniał napis REZERWAT DZIKICH ISTOT w WANDURGU.

- A co to znowu jest? – zapytała Liliana.

- Pewnie nic ciekawego – mruknął Terry – Lepiej trzymajmy się z daleka.

Kiedy to mówił z  rezerwatu wyszła kobieta o płomienno rudych włosach, związanych w dwie kitki, nie pasujące do jej poważnej twarzy. Uśmiechnęła się szeroko, ukazując idealnie białe zęby.

- Witajcie w rezerwacie dzikich istot w Wandurgu! – zawołała radośnie – Wreszcie jacyś zwiedzający! Ostatni zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Chodźcie, chodźcie! – powiedziała, wpychając ich do środka.

Żelazna brama zamknęła się.

- Yyy… prawdę mówiąc, my – zaczął Terry, próbując wyprostować sprawę – Nam się bardzo śpieszy… i…

- Nonsen, mój drogi – przerwała mu rudowłosa kobieta – Wypuszczę was, dopiero, gdy zobaczycie małe niedźwiadki.

- Proszę pani – jęknęła Liliana – my naprawdę się spieszymy. Musimy iść.

- Oj, kochana. Chyba nie chcecie odczuć gniewu mego szefa. On bardzo się denerwuje, kiedy ludzie tu przechodzą i chcą od nas uciekać. Jest bardzo groźny i potężny.

- Groźniejszy i potężniejszy od Króla Ciemności? – spytał Richard.

Kobieta wzdrygnęła się.

- Tak samo.

- Kim w ogóle pani jest?

Kobieta zmieszała się, robiąc minę, jakby ją na czymś nakryto.

- Ona.. chyba nazywałam się Laura Stones… Jakoś tak. No, a teraz… Kto chce oglądnąć słonie?

- Proszę pani, my nie chcemy oglądać żadnych słoni, niedźwiedzi, czy też innych zwierząt. Rozumie pani? NIE CHCEMY!!! A poza tym co to za rezerwat dzikich istot ze słoniami i niedźwiedziami.

Terry wciąż jeszcze pamiętał swój sen.

-  Nie radzę krytykować istot z tego rezerwatu. I nie krzycz. Nie macie wyboru. Brama jest zamknięta. Tylko ja mam do niej klucz. Nie wypuszczę was, dopóki nie oglądniemy całego rezerwatu. Idziemy!

Terry, Liliana i Richard wymienili bezradne spojrzenia i udali się za nią. Jedno było pewne. Nie chcieli robić jej krzywdy.

- Po prawej mamy klatki z niedźwiadkami polarnymi i fokami, za rogiem zwierzęta pustyni. Zebry, żyrafy, słonie.

- Terry – Liliana trąciła go łokciem – patrz!

Wskazywała na klatkę z żyrafami. Na początku nie odstrzegł niczego dziwnego. Zamrugał oczami. To nie były żyrafy, tylko przerażające stwory o kolcach w ogonach.

Terry zamrugał kilka razy. To co ujrzał, przeraziło go. Zwierzęta w klatkach nie były prawdziwe. W rzeczywistości były ukrytymi potworami, o długich kłach i czerwonych ślepiach. Niedźwiedź miał zęby jak sztylety, nietoperz bardzo długie szpony. Każde zwierze było straszniejsze od poprzedniego.

- Ojej… – wyjąkała Liliana.

- Ojej… – powtórzył Richard.

- A więc zwierzęta w klatkach to iluzja – rozumował Terry – którą udało nam się zwalczyć, dzięki ostrzeżeniu w tym dziwnym śnie.

- A co wy tam robicie? – zapytała rudowłosa przewodniczka.

- To… to są potwory! – wyjąkał Terry.

Wyraz jej twarzy natychmiast się zmienił. W oczach pojawiła się wściekłość. Twarz kobiety wykrzywił grymas złości.

- Oj tak, a więc przejrzeliście na oczy. Za łatwo zwalcza się to złudzenie. Widzę, że dzieciaczkom zachciało się prawdy. O skoro tak… Chyba nie mogę pozwolić, żebyście przeżyli i rozprzestrzeniali złą opinię o rezerwacie. To by odstraszyło klientów. Bardzo mi przykro. To samo z każdym innym klientem, który mnie tu odwiedza. Oni wcale nie giną w niewyjaśnionych okolicznościach, tylko wszyscy pokonują złudzenie, jakim są zwierzęta w klatkach. Niestety muszę was zniszczyć. Żegnajcie!

Rudowłosa kobieta wyszczeliła z łuku. Strzała pomknęła prosto w Lilianę. Terry błyskawicznie rozpłatał strzalę na pół. Richard zaszedł kobietę od tyłu i podciął jej nogi. Kiedy wylądowała na ziemi, Terry wycelował w nią miecz Marcusa, który idealnie leżał mu w dłoni.

- A teraz odpowiesz mi na kilka pytań. Tylko szczerze, jeśli ci życie miłe – rzekł chłopiec.

Na obliczu rudowłosej malował się strach.

- Kim właściwie jesteś? – zapytał chłopiec.

- No, przecież mówiłam. Ona… yyy… znaczy ja…- zaplątała się.

Terry przybliżył do niej miecz.

- Prawda – podkreślił.

- Klonem. Jestem klonem.

- Zapytaj ją, kto jest jej szefem – doradziła Liliana.

- Kto jest twoim szefem? – spytał Terry, myśląc, że już zna odpowiedź.

- Nie ma dwóch tak samo potężnych osób jak Król Ciemności. Jemu służę.

- Terry – wtrącił Richard – musimy ją zniszczyć.

Terry kiwnął i uniósł miecz. Przygotował się do zadania ostatecznego ciosu.

- NIE! – krzyknęła Liliana – Puść ją wolno. Odpowiedziała na nasze pytania.

Terry zawahał się.

- No, dobra, ale ona by się nie wahała.

- Oddaj broń! – poleciła Liliana rudowłosej.

Wykonała polecenie.

- Jeżeli w jakikolwiek sposób spróbujesz nas zaatakować, zginiesz. Jesteś tego świadoma?

Rudowłosa skinęła głową.

- Otworzyliście mi oczy na świat – powiedziała w końcu – Wasza litość mnie uzdrowiła. Odejdę teraz i udam się do Nawiedzonego Lasu, aby tam szpiegować goblinów. Żelazną bramą wyjdziecie z zoo. Idźcie na zachód, miniecie Bramę Światła i dojdziecie do Nawiedzonego Lasu, bo domyślam się, że to tam idziecie. Żegnajcie, niech dobro was prowadzi!

 

 

 

 

Wojownicy i Nawiedzony Las: Rozdział XI

Rozdział XI

„ W chacie myśliwego Williama”

Terry siedział przy stole w małej, położonej w głębi lasu chatce myśliwego Williama. Obok niego Liliana pomagała myśliwemu zaparzyć herbatę. Richard siedział na krześle obok Terry’ego. Leczniczy napój myśliwego i kilka lekarstw postawiło go na nogi, a rana zaczęła się zasklepiać.

- Pozostanie ci blizna – poinformował go myśliwy – Zostaniecie na kolację, nie? Mamy wiele do obgadania. Możecie nawet przenocować. Siadajcie, siadajcie. Zaraz podam kolację.

Liliana weszła do pokoju, niosąc tacę z herbatą.  Postawiła ją na stole i zajęła miejsce obok Richarda. Tymczasem myśliwy William przyniósł cztery miski z gorącą, pysznie pachnącą zupą. Terry pomyślał, że nie zastanawiał się nad tym, że nie jadł już od około ośmiu godzin. Jego żołądek domagał się jedzenia. Wziął łyżkę i wsadził sobie do buzi. Zupa miała słodki, delikatny smak.

- A więc – zaczął myśliwy – Co chcecie wiedzieć? Jestem przyjacielem Johanessa Burke. To właśnie on powiedział mi, że w najbliższych  dniach mam się spodziewać trójki wędrowców: Fioletowego Wojownika, księżniczki i wojownika z pałacu. Obiecałem, że kiedy ich spotkam udzielę im schronienia i pomogę w potrzebie. Udało wam się przejść obok bagiennego potwora. Wspaniale! Dobrze, że nie wybraliścue drogi w drugą stronę. Mało kto o niej wie. Prowadzi ona do Miasta Złudzeń. To niebezpieczne rejony, zamieszkiwane przez stary ród – upadłe nimfy, które przyciągnęła mroczna strona.

- Prawdę mówiąc – zaczął Terry – to na początku wybraliśmy tamtą drogę. Udało nam się uciec.

- Chłopcze! To jeszcze nikomu się nie udało, to niesamowite, niezwykłe, niemożliwe! – wykrzyknął entuzjastycznie William – Brawo! To… Czy wiecie kim jest Diana?

- Nie – powiedzieli jednocześnie Terry i Richard.

- Za czasów, kiedy Król Ciemności przejął władzę, Diana była młodą i bardzo piękną dziewczyną. Zakochała się w wojowniku Marcusie, tym samym, który uwięził Króla Ciemności w Esperze. Marcus zaś zakochany był w… innej dziewczynie, którą wkrótce poślubił. Wściekła Diana poprzysięgła zemstę wojownikom. Połączyła siły z Królem Ciemności, a kiedy i on został pokonany udała się na dalekie tereny i założyła miejsce, gdzie dziewczęta szukają zemsty na tych, którzy ich nie kochali. Tak powstał gatunek upadłych nimf. Są napędzane gniewem i goryczą, pragną zemsty na wojownikach, ponieważ tego pragnie ich królowa Diana. A teraz… Ktoś chce z wami porozmawiać. Chodźcie!

William zaprowadził ich do pokoju, w którym stał mały telewizorek. Wziął do ręki pilota, włączył urządzenie. Na ekranie pojawiła się twarz Johanessa Burke. Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.

- Witajcie, dzieciaki! Scarlett przesyła pozdrowienia. Cieszę się, że jesteście bezpieczni u Williama- twarz mu spochmurniała – Jesteście niestety w ogromnym niebezpieczeństwie. Otóż, twoi rodzice Liliano nas zdradzili.

- CO?! – księżniczka pobladła – Oni by nigdy…

- Cierpliwości. Daj mi wyjaśnić – przerwał jej Johaness – Otóż to wcale nie byli twoi prawdziwi rodzice. To były klony, czyli istoty, które potrafią wcielać się w dowolnego człowieka, nie w roślinę, rzecz, czy zwierzę, ale w człowieka. Mimo wszystko klona dość łatwo zdemaskować. Co prawda, wygląda identycznie jak dana postać i jest znakomitym aktorem, nie dysponuje wspomnieniami, ani wiedzą osób, w które się wciela. Otóż twój „ojciec” nie wiedział kto był jego przodkiem. To go zdemaskowało. Podejrzewamy, że twoi prawdziwi rodzice są bezpieczni w pałacu, a gobliny wcale go nie opanowały. Po tym jak uciekłaś prawdziwy ojciec by cię szukał. Ale on nie wie nawet, że żyjesz, a więc… W każdym razie, gdy zdemaskowaliśmy klony chcieliśmy walczyć, ale oni byli na to przygotowani. Bardzo szybko uciekli. Wiemy, że większość klonów służy Królowi Ciemności. Krążą pogłoski, że to on je stworzył. Pewnie już wie, że wyruszyliście po jeden z czterech talizmanów. Zrobi wszystko, aby wam przeszkodzić. To tyle. Mam nadzieję, że sobie poradzicie. Powodzenia!

Telewizor wyłączył się.

- Musimy natychmiast ruszać – powiedział Terry – Możliwe, że w tej chwili Król Ciemności wysyła za nami pogoń.

- Terry – zaczęła łagodnie Liliana – nawet ty nie możesz zmagać się z niebezpieczeństwem przez całą dobę. Musimy odpocząć. Wyruszymy zaraz o świcie. Musimy się przespać.

- No, może… – mruknął Terry, któremu oczy się zamykały.

- Jesteście tu mile widziani. Może przyniosę wam materace? – zaproponował myśliwy Blythe.

- Bylibyśmy bardzo wdzięczni – odparł Richard.

Kiedy głowa Terry’ego spoczęła na poduszce, wojownik od razu zasnął. We śnie odwiedził wulkan Esperę. Czuł gniew i nienawiść promieniujące ze środka, pomieszane z dziwnym spokojem i melancholią.

- Wreszcie jesteś – usłyszał łagodny, kobiecy głos – To tobie pisane jest uratować świat, jak niegdyś mojemu mężowi. Mam ci wiele do powiedzenia, chociaż pewnie niedługo się spotkamy. Nie dam rady dłużej go powstrzymywać. Na razie dam ci ostrzerzenie. W rezerwacie dzikich istot w Wandurgu uważaj! Ona spróbuje was oszukać. Nie wierzcie w żadne jej słowo. W tym rezerwacie są tylko potwory, a nie żadne niedźwiadki i słonie. Powodzenia, wojowniku!