Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XIX

„Rękawiczka”

Gdy słońce zaszło za horyzont Terry i Richard wciąż wspinali się po ostrych graniach prowadzących na szczyt Złotego Wzgórza. Wojownikowi pot lał się po twarzy, oczy zaszły łzami. Szli w bardzo szybkim tempie, zdobywając co raz większą wysokość złotego masywu. Terry wszedł na jedną ze skał. Niestety nie miał szczęścia, bo kamień drgnął i noga Terry’ego wpadła w szczelinę między jedną skałą, a drugą. Wojownik wydostał się ze szpary z pomocą Richarda. Szli dalej przez kamienie i piargi. Szczyt Złotego Wzgórza był coraz bliżej. Terry nie czuł żadnego bólu w ramieniu, ale mimo to zmęczenie dawało mu się we znaki.

Razem z Richardem przycupnęli między kamieniami, aby zaczerpnąć oddechu. Nie było jednak czasu na odpoczynek po długiej, mozolnej wspinaczce. Gdzieś tam była Liliana i Terry miał zamiar ją odnaleźć.

Terry wyciągnął ze swojego plecaka z wyposażeniem bułak z wodą oraz pierwszy talizman – mapę, która zawsze wskaże drogę. Wlał do ust kilka kropli napoju. Zapasy wody mu się kończyły, Richardowi również. Terry spojrzał na mapę, aby dowiedzieć się którędy mają dalej iść. Znów stanęli na nogach i rozpoczęli ostrą wspinaczkę pod górę. Do Terry’ego dopiero teraz dotarło, czemu puścili konie wolno. Czterokopytne zwierzęta nie wyrobiłyby pod górę.

Gdy byli już wysoko prosto na Terry’ego i Richarda zaczęły toczyć się odłamki skalne. Musieli uskoczyć przed lecącymi z góry kamieniami.

Gdy Terry ujrzał szczyt góry ulżyło mu. Na jego twarz wdarło się coś na kształt uśmiechu, który jednak zgasł od razu, gdy wojownik ujrzał przełęcz, którą trzeba było pokonać, by zdobyć szczyt Złotego Wzgórza. Po kilkunastu minutach znaleźli się na samym szczycie Złotego Wzgórza, skąd był niesamowity widok na całą Armenię. Terry stał tak przez chwilę, chłonąc widok, aż Richard pociągnął go za ramię i wskazał palcem jaskinię znajdującą się na szczycie Złotego Wzgórza.

Terry ruszył w jej kierunku, wiedząc, że w jaskiniach często ukrywane były talizmany. Amulet Espery rozgrzał się.

- Jesteśmy blisko talizmanu – powiedział Richardowi, ale w rzeczywistości pomyślał – Jesteśmy blisko Liliany.

Zagłębili się do jaskini, oświetlając sobie drogę czerwonym klejnotem wystającym z klingi miecza. Szli wzdłuż jaskini, czując uderzającą od porośniętych mchem ścian wilgoć i chłód. Po kilku metrach wędrówki dostrzegli położone w głębi jaskini jezioro. Jego tafla błyszczała delikatnie. Ponieważ w jaskini było ciemno w jeziorze nic się nie odbijało. Terry podszedł bliżej i dostrzegł znajdującą się w oddali wyspę. Stała na niej jaśniejąca blaskiem gablota. Terry wytężył wzrok, ale nie dostrzegł co znajdowało się w jej wnętrzu. Mógł tylko przypuszczać, że to kolejny z talizmanów. Miał też nadzieję, że kiedy odnajdą talizman znajdą też Lilianę.

- Terry! – syknął Richard, wskazując mu most prowadzący przez jezioro.

Był on uszczerbany, pozbawiony wielu desek, z dziurami.

- Chyba nie mamy wyboru – powiedział Fioletowy Wojownik i pierwszy ruszył przez most.

Terry ruszył za nim. Most chybotał się niebezpiecznie, gdy stawiali niepewne kroki. Pod nimi jezioro falowało. Byli już gdzieś w połowie drogi, gdy w jaskini zapanowała nienaturalna cisza. Terry zatrzymał się. Nie słyszał już nawet cichego pluskania wody. Nagle z wód jezioro wyskoczył ogromny, morski potwór. Miał seledynową, pokrytą łuskami skórę, małe, żółte szparki zamiast oczu i wężowaty tułów. Otworzył swoją paszczę i pokazał Terry’emu i Richardowi swoje kły. Wojownik spodziewał się, że ich zaatakuje, lecz ten tylko odezwał się chrapliwym i nieco skrzekliwym głosem.

- Kto śmie zakłócać mój spokój?! Kto śmie przeszkadzać potężnemu Santarowi?! – ryknął, tarasując most.

- Gdzie byśmy śmieli – próbował wybrnąć z tej sytuacji Richard – My tylko chcieliśmy przejść na drugą stronę mostu, nic poza tym.

- HA! – ryknął potwór, który przedstawił się jako Santar – Wiem po co przybyliście! Po rękawiczkę! Ale ja jej nie oddam! Jest jedynym co mi pozostało odkąd Król Ciemności wygnał mnie i przemienił w to coś – spojrzał na swoje wężowe ciało z odrazą – Przeciwstawiłem mu się, więc zasłużyłem na to. Od dawna samotnie zamieszkuje to jezioro i strzegę skarbu, talizmanu. Jeżeli wypęłznę z tej jaskini słońce od razu oślepia mnie i parzy. Tak mnie urządził Król Ciemności, nie chcę mi się już żyć – Santar spojrzał na nich i dodał – To samo powiedziałem innej grupie – dwóch mężczyzn, jedna kobieta i jedna dziewczyna, chyba jeniec. Udało im się mnie ominąć – pokazał Terry’emu i Richardowi głęboką ranę na brzuchu – Boli, ale mnie nie zabije – wyjaśnił – A szkoda. A teraz… przykro mi, ale muszę was zgładzić. Skarb jest mój – zasyczał i rzucił się na Richarda, który zrobił unik, strącając przy tym do jeziora kilka deseczek mostu.

- Przestań! – krzyknął Terry, wiedząc, że są osłabieni i nie dadzą rady walczyć.

Ale gdzieś tam była Liliana, a Terry musiał się do niej dostać.

- Błagam, przepuść nas – poprosił Santara, widząc, że potwór nie spieszy się do zabijania ich – Odwdzięczymy ci się.

Santor roześmiał się. Był to śmiech zimny, kpiący, przerażający.

- Nie są mi potrzebne wasze usługi – rzekł – Władza, bogactwa i inne to słabości śmiertelników, nie moje.

- Jeżeli pozwolisz nam przejść na drugi koniec mostu… – zawahał się Terry, nie wiedząc, czy ta propozycja spodoba się Santarowi – Ja… zabiję cię.

Santor, który właśnie przygotował się do kolejnego ataku, zamarł bez ruchu.

- Słucham? – zasyczał zdziwiony.

- Dobrze słyszałeś. Zrobię to szybko i bezboleśnie.

O dziwo na szkaradnej twarzy Santara pojawiło się coś w rodzaju ulgi.

- To byłoby dobre rozwiązanie – powiedział – Wreszcie przestanę być niewolnikiem Króla Ciemności. Jego klątwa działa tak, że sam nie mogę się zabić ani wyjść z tej przeklętej jaskini. Tak zróbmy, chłopcze. Zabij mnie tu i teraz. I uważaj. Widzę w twojej przyszłości mnóstwo cierpienia, stracisz tych, na których ci zależy. Król Ciemności cię dopadnie.

Terry skinął głową i przygotował miecz.

-  Poczekaj chwilę – poprosił go Santor – Chciałbym, żeby moje ostatnie słowa były piękne. Gdy je wypowiem zabijesz mnie od razu. Dobrze? I nie wahaj się, bo zakończysz w ten sposób moje cierpienia.

Na obliczu potwora pojawiło się zamyślenie. Po chwili, gdy przemówił jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Był przepełniony szczęściem i spokojem.

- Za dużo w nas, ludziach z potworów, za mało z aniołów.

Po tych słowach skinął głową, dając Terry’emu znak, że to już ten moment. Wojownik dobył miecza.

- Zgiń dzielnie! – zawołałw stronę Santora i zakończył męki potwora jednym, szybkim ciosem.

Gdy ciało Santora runęło do jeziora Richard oznajmił:

- Oczywiście miał rację, ale udowodnił, że nie wszystkie potwory są złe – zauważył po czym on i Terry przebiegli po moście prosto na wysepkę. Gablota, która wcześniej jaśniała  blaskiem i mocą niczym kobieta z wizji Terry’ego teraz była ciemna, a w środku nie skrywała żadnego z talizmanów.

- To pułapka! – ryknął Richard, gdy od strony mostu nadbiegli Christhoper, Lord Brander i Morena, ciągnąca za sobą związaną Lilianę. Terry zauważył, że Christhoper ma na ręce czarną, skórzaną rękawiczkę.

- Kolejny talizman – przemknęło mu przez myśl – Rękawiczka, która pozwala rozmawiać ze zwierzętami.

Christhoper i Lord Brander rzucili się na nich. Bez problemu rozbroili Terry’ego i Richarda. Zabrali również plecak z talizmanami. Związali im ręce i nogi, ale tak, by mogli się poruszać. Wywlekli ich ze sobą z jaskini, wzięli ze sobą czekającą wiernie na zewnątrz Hubę.

- Znowu razem – mruknął Terry do Liliany.

Tymczasem Richard zapytał:

- Dokąd nas zabieracie?!

Morena spojrzała na niego i z dziką radością odparła.

- Do Doliny Mroku. Nasz pan ucieszy się z waszego przybycia.

Dopiero wtedy strach chwycił Terry’ego za gardło, bo uświadomił sobie co to znaczy. Jego śmierć. Śmierć jego przyjaciół. Powstanie Króla Ciemności.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.