Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XVIII

„Złote Wzgórze”

Jechali kilka godzin, gdy ujrzeli szczyt. Złote Wzgórze znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Teraz pozostawała już tylko wspinaczka na sam szczyt.

- Musimy puścić konie wolno – powiedział Terry – Nie przydadzą nam się podczas wspinaczki.

- A co z Hubą? – chciała wiedzieć Liliana – Idzie z nami, czy zostaje?

- Nie wyobrażam sobie porzucić jej teraz – wtrącił Richard – Nie po tym jak rzuciła ci się w obronie – uśmiechnął się do Terry’ego – Pójdę odprowadzić konie na jakąś rozległą polanę skąd będą mogły wrócić do domu. Zaczekajcie tutaj.

Richard oddalił się prędko. Terry i Liliana zostali sami. Wojownik milczał, więc pierwsza odezwała się księżniczka.

- Wiesz, – powiedziała cicho – chciałabym, żeby między nami było tak jak dawniej. Jeszcze zanim… poznałam Christhopera.

Terry zamarł. Czuł dreszcze na plecach, kiedy zaczął odpowiadać.

- Co masz na myśli? – spytał.

- Ja… – Liliana spuściła wzrok – Chodzi o to, że ty miałeś rację co do niego, a ja się myliłam. Przepraszam cię.

Terry podszedł do niej i objął ją. Czuł jak drżała, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że wciąż myślała o Christhoperze.

- Nie musisz mnie za nic przepraszać – rzekł Terry – To nie twoja wina, że Christhoper nas zdradził.

Liliana wzięła głęboki oddech. Spojrzała na Terry’ego.

- Zmieniłeś się – powiedziała, dotykając jego twarzy.

- Oczywiście – Terry roześmiał się – Na lepsze.

Liliana uśmiechnęła się.

- Jakie to słodkie – dobiegł ich drwiący głos.

Na przeciw nich, na ścieżce prowadzącej na Złote Wzgórze stał Christhoper. W ręku trzymał miecz. Huba zawarczała na jego widok ostrzegawczo. Liliana wyciągnęła sztylet, a Terry przygotował miecz. Księżniczka skinęła głową i razem rzucili się na Christhopera. Ten wycofał się i bez problemu odparował ich ciosy. Teraz on atakował. Jednym, szybkim ruchem wytrącił Lilianie sztylet z dłoni. Dziewczyna ze zdziwieniem spojrzała na niego i sięgnęła po łuk.

- Znam doskonale twój styl walki, Liliano – zauważył Christhoper, szukając wzrokiem Terry’ego.

Tymczasem Terry zaszedł go od tyłu i kopnął w tył głowy. Christhoper padł na ziemię. Z nosa ciekła mu krew. Podniósł się jednak szybko. Był tylko lekko oszołomiony, nic więcej. Odparował kolejne uderzenie Terry’ego i uskoczył przed strzałą Liliany. Odepchnął księżniczkę, która upadła na ziemię i stanął przed nią z mieczem wycelowanym w jej gardło.

- Zabijesz mnie? – Liliana nerwowo przełknęła ślinę.

Terry nie zawahał się ani chwili. Tym razem nie było nikogo kto by mógł pomóc Lilianie, tylko on. Rozpędził się i skoczył na Christhopera. Poturlali się po trawie, młócąc i wymachując mieczami. Jeden próbował dosięgnąć drugiego. Terry’emu udało się rozbroić Christhopera. Stał teraz przed nim z bronią wycelowaną w gardło chłopaka.

- Terry! – usłyszał krzyk Liliany, ale nie dbał teraz o to.

Nadarzyła się świetna okazja do pozbycia się ich wroga, więc czemu Liliana chciała go teraz powstrzymać. Zrozumiał to dopiero, gdy ktoś przystawił mu lufę pistoletu do skroni. Kątem oka zobaczył Morenę i Lorda Brandera, który obezwładnił Lilianę.

- Spróbuj coś zrobić Christhoperowi, a moja kula przestrzeli cię na wylot – powiedziała Morena.

Terry powoli odłożył miecz. Usłyszał jak Lord Brander mówi.

- Postrzel go, Moreno. Tylko tak, żeby się nie wykrwawił na śmierć. Wciąż jest potrzebny Królowi Ciemności. A księżniczkę weź jako zakładniczkę.

Morena cofnęła się trochę i pociągnęła za spust. Rozległ się huk i Terry upadł na ziemię. Oczy zaszły mu mgłą, nie czuł nic. Słyszał jak Liliana krzyczy i próbuje się wyrwać Lordowi Branderowi. Ich spojrzenia się spotkały. Terry’emu wydawało się, że Liliana coś do niego mówi. A potem wojownik osunął się w ciemność, stracił przytomność.

. . .

 

- Terry, Terry! – jakiś łagodny i spokojny głos rozsadzał mu głowę – Ocknij się! Musisz się obudzić.

Terry otworzył oczy. Znalazł się w zupełnie innym miejscu: na zielonej łące pełnej życia, kolorowych kwiatów i różnorodnych słodkich zapachów. Wśród traw siedziała niezwykle piękna, choć nie młoda kobieta. Miała śnieżnobiałe włosy upięte w wysoki kok. Jej niebieskie oczy wpatrywały się w niego tak intensywnie, że Terry poczuł chęć schowania się gdzieś przed jej wzrokiem. Ubrana była w białą sukienkę o kilku warstwach. Emanowała z niej moc i jasność.

- Odpocznij bohaterze – powiedziała cicho, a Terry zadrżał, gdy usłyszał jej głos – Tak wiele przeszedłeś.

Znał jej głos. Słyszał go już tyle razy: czasem w głowie, czasem dobywający się z Amuletu Espery. Był spokojny, melancholijny, łagodny i ciepły, a Terry słyszał go zawsze, kiedy był w niebezpieczeństwie. Pomógł mu wybrnąć z wielu sytuacji. A teraz widział przed sobą jego właścicielkę.

- Gdzie jesteśmy? – zapytał.

- Ty wciąż leżysz na polanie przed Złotym Wzgórzem, a ja wciąż jestem w Dolinie Mroku wulkanem Espera – wyjaśniła mu.

- Więc…

- Tak, nasze ciała wciąż są w tych samych miejscach, ale umysły widzą więcej.

- To skomplikowane – stwierdził Terry.

- Wyobraź sobie, że twoje ciało wciąż leży przed Złotym Wzgórzem, ale twój umysł przeniósł się tutaj i widzi co się tu dzieje.

- Więc to coś w rodzaju snu lub wizji, tak? – zainteresował się Terry, po czym niepokój ścisnął go za gardło i dodał – Czy wiesz co z moimi przyjaciółmi?

- Richard zaraz do ciebie przybędzie i będzie próbował cię obudzić. Natomiast Liliana… Wasi wrogowie wzięli ją ze sobą w charakterze więźnia i ruszyli w kierunku Złotego Wzgórza. Wciąż masz szansę ich dogonić.

- Dlaczego? – oczy Terry’ego zrobiły się ogromne – Dlaczego ją wzięli, a mnie zostawili?

- Przyda im się zakładnik, a ktoś kto jest następczynią tronu Armeni… no cóż, można się spodziewać, że zażądają za nią dużego okupu. Ciebie zostawili postrzelonego, bo nie mogą cię zabić, a jeśli wzięli by ciebie i ją do niewoli byłaby większa szansa, że uciekniecie we dwójkę, tak jak zrobiliście to uciekając goblinom i pierwsi dotrzecie do talizmanu – odparła.

- Skąd to wszystko wiesz? – zainteresował się Terry.

- Teraz nie mam czasu ci tego wyjaśniać. Jeśli chcesz dogonić przyjaciółkę musisz wyruszyć niezwłocznie. Przyspieszyłam trochę leczenie miejsca, gdzie postrzeliła cię Morena. Do zobaczenie wkrótce, Terry – mrugnęła do niego.

- Kim ty jesteś? – spytał Terry, ale obraz kobiety i otaczającej jej łąki zaczął powoli znikać.

- Myślę, że już znasz odpowiedź – odrzekła.

. . .

- Terry! Terry! – usłyszał wojownik.

Powoli otworzył oczy. Richard pochylał się nad nim i potrząsał nim nerwowo.

- Co… – wyjąkał Terry, próbując opanować zawroty głowy, które dopadły go, gdy usiadł.

- Stary, ty żyjesz – ucieszył się Richard – Serio, myślałem, że już po tobie. Kula raniła cię w ramię. Przyszedłem tutaj, bo pobiegła po mnie Huba. Była jakaś taka niespokojna. I wtedy zauważyłem, że ty leżysz zakrwawiony na ziemi, a Liliany nigdzie nie ma – Richard podrapał się po brodzie – Potem zaczęło dziać się coś dziwnego. Twoja rana zaczęła się zasklepiać. Podałem ci więc lekarstwo z plecaka, który miałem ze sobą i obudziłeś się. Gdzie jest Liliana?

Terry zakaszlał.

- Porwali… ją… – nie był w stanie wykrztusić więcej.

- Wobec tego musimy wyruszyć jak najszybciej.

Richard starał się nie okazywać jak bardzo wstrząsnęła nim ta wiadomość. Terry był mu za to wdzięczny. Gdyby i jego przyjaciel byłby tak zrozpaczony Terry’emu znacznie ciężej byłoby się pozbierać. Huba polizała go po twarzy, a Richard pomógł wstać.

- Możesz iśc? – spytał.

Terry kiwnął głową.

- Wędrówka na Złote Wzgórze się rozpoczęła – powiedział Terry po czym on i Richard rozpoczęli kilkugodzinny marsz na szczyt Złotego Wzgórza po kamienistej ścieżce, na której odbijały się złote promienie zachodzącego słońca.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.