Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XVI

„Diabli i kruki”

Jechali dwa dni przez porośnięte zielenią pagórki. Po długiej wędrówce ich oczom ukazało się pasmo kolorowych wzgórz o różnym rozmiarze. Zachodzące słońce nadawało im blasku i różnorakich kolorów. Stoki zalane były barwami: od fioletów i różów przez pomarańcze, czerwień i żółć aż do królującego nad innymi ogromnego masywu w kolorze królewskich dukatów- Złotego Wzgórza.

- Myślisz, że będziemy musieli wspiąć się na jego szczyt? – zagadnęła Liliana Terry’ego.

- Hm… – zamyślił się Terry – Pewnie tak.

Richard wydał z siebie jęk. Humoru raczej nie poprawiło mu też to, że niebo zaszło chmurami i lunął rzęsisty deszcz. Schronili się pod jednym z dużych drzew, mając nadzieję, że przeczekają pod nim ulewę, jednak chwilę po tym niebo przecięła błyskawica i w powietrzu dał się słyszeć przerażający grzmot. Wiedząc, że chowanie się pod drzewem podczas burzy jest dość ryzykowne Terry i jego przyjaciele ruszyli przed siebie. Ubrani w długie, szare płaszcze przemierzali pagórki na grzbietach koni, którym najwyraźniej deszcz nie przeszkadzał tak bardzo jak ich jeźdźcom była Huba. Podczas, gdy Terry starał się zmoknąć jak najmniej ona biegała dookoła nich, kłapiąc pyszczkiem i próbując połknąć krople deszczu. Zniechęciła się dopiero, gdy zaczął padać grad.

- Musimy znaleźć jakieś schronienie – jęknęła Liliana, ocierając wodę, cieknącą jej z włosów.

Jechali jeszcze kawałek, co chwilę oglądając się za biegnącą za nimi Hubą, aż ich oczom ukazały się ogromne ruiny zamczyska.

- Może schronimy się na dziedzincu? – zaproponowała Liliana – Nie musimy wchodzić do środka, bo nie wiadomo, co w tych ruinach może się znajdować, ale schrońmy się chociaż przed deszczem.

Richard i Terry przystali chętnie na tą propozycję, prędko kierując konie w kierunku ruin zamku. Mniejszy entuzjazm wykazała Huba, bo jej wielkie czarne ślepka czujnie rozejrzały się wokół i już jej nie było. Dała susa gdzieś między drzewa, znikając im z oczu. Terry nie zaniepokoił się tym zbytnio. Już wcześniej zdarzał się, że psina znikała na chwilę, aby zaraz się pojawić. Liliana, Richard i Terry usiedli na dziedzincu, gdzie deszcz i grad nie dosięgały ich. Siedzieli tak przez chwilę, drżąc z zimna. Terry rozejrzał się dookoła. Ruiny zamku musiały być naprawdę stare, bo w niczym nie przypominały pałaców i zamków, które dotychczas wojownik widział. Wyglądały raczej jak budowle, które Terry oglądał w książkach. Patrząc na ruiny można było przypuszczać, że niegdyś były niezwykle użyteczną twierdzą o kilku wieżach, basztach, murach obronnych. Teraz pozostał z nich jedynie kawałek znajdującej się w prawym, wschodnim skrzydle wieży, mury, ogromne, mosiężne drzwi i część dziedzinca. Terry nie wiedział jak jest w środku. Naraz jednak z drugiego końca ruin dał się słyszeć hałas. Mosiężne drzwi otworzyły się z łomotem. Wybiegła z nich grupa mężczyzn. Na ich przedzie stał tęgi mężczyzna o pokaźnym brzuchu, ubrany w długi, purpurowy płaszcz. W ręku trzymał berło zakończone srebrnym kryształem. Jego włosy i broda były przypruszone siwizną. Poruszał się w sposób dostojny. Dobył miecza i skierował go w kierunku Terry’ego. W jego ślady poszedł około tuzin ubranych w żołnierskie stroje mężczyzn. Stali za nim i czekali na jego rozkaz. Miecze wycelowali w ich trójkę. Mężczyźni byli w różnym wieku. Najmłodsi chłopcy mogli mieć tyle lat co Terry, starsi zaś mieli od dwudziestu do około sześćdziesięciu lat. Terry zdumiał się, bo uświadomił sobie, że Liliana jest jedyną dziewczyną na dziedzincu. W grupie stojących na przeciw byli tylko mężczyźni.

- Kim jesteście? – zawołał tęgi mężczyzna – Przyszliście od kruków? Przyznajcie się! Szpiegujecie dla nich?! Ty na pewno! – wskazał na Lilianę – Szpiedzy!

- Nie jesteśmy szpiegami! – wtrącił się Richard – I nie bardzo wiemy, co chce pan powiedzieć.

- To nie jest właściwy sposób zwracania się do przywódcy Diablów! – zakrzyknął bojowym tonem – Nie dam się nabrać waszym sztuczkom. Dobrze wiem, że to pewnie oni was tu przysłali. Byłbym skłonny uwierzyć, że wasza dwójka – wskazał Terry’ego i Richarda- nie służy krukom, ale ty! – ryknął, patrząc na Lilianę – Nie uwierzę!

Księżniczka, która dotychczas spokojnie stała z twarzą zasłoniętą kapturem podeszła do starca.

- Ty jesteś Dalton Reynolds – powiedziała pewnie – Prawda?

Terry’emu nazwisko wydało się dziwnie znajome.

- OCHO! – zakrzyknął mężczyzna – Więc przyznajesz się, że jesteś szpiegiem?!

- Nie – warknęła Liliana – Ale mój ojciec mi o tobie opowiadał.

Zrzuciła kaptur z głowy, pokazując mu swoją twarz. Oblicze starca drgnęło.

- Liliana? – zdumiał się – Liliana Avila? To znaczy… jej wysokość… księżniczka… – mieszał się.

- Tak, to ja – przytaknęła – A teraz może opuścicie broń, co? – spytała groźne.

- Tak jest… to znaczy – plątał się mężczyzna – Wykonać rozkaz!

- Liliano – zaczepił ją Terry – Co tu się właściwie dzieje?

- Skąd znasz tego świra? – zainteresował się Richard.

Zamiast księżniczki odezwał się starzec.

- Powiem wam, młodzi ludzie, co tu się dzieje – zawołał radośnie – Otóż szlachetni bogowie zesłali mi w darze córkę mego przyjaciela z dawnych lat. Tą samą, przy której chrzcie, ja Dalton Reynolds, byłem obecny! Wciąż pamiętam jak wzruszony był wtedy Argus, tak… Niestety kilka dni później zmuszony byłem opuścić zamek w celu kolejnej podróży, Liliano, nic się nie zmieniłaś.

I wtedy Terry’emu przypomniało się skąd zna imię i nazwisko tego człowieka. Gdy poszukiwał rozpaczliwie informacji o Johanessie Burke, znalazł wzmiankę o największych podróżnikach Armeni, a wśród nich był również Dalton Reynolds.

Tymczasem mężczyzna ułożył stos gałązek zerwanych z pobliskiego drzewa i podpalił go. Upadł na kolana przed płonącym drewnem i zaczął wykrzykiwać.

- Dzięki wam bogowie! Dzięki wam!

A potem razem z towarzyszami zaczął śpiewać pieśń, której słów Terry nie mógł rozróżnić.

- Oni są mocno pokręceni – szepnął do niego Richard.

. . .

Następnego dnia Terry, Liliana i Richard zgromadzili się w wielkiej sali, mając nadzieję, że zjedzą dobre śniadanie i ruszą w dalszą podróż. Srogo się jednak zawiedli, bo choć w sali stał bogato zastawiony stół, to Dalton i jego towarzysze nie pozwolili im tak od razu zasiąść do posiłku.

Kiedy wszyscy zgromadzili się dookoła stołu Dalton przywdział białe, aksamitne rękawiczki i ujął w dłonie półmisek z chlebem. Następnie wymamrotał coś pod nosem, a wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu mężczyźni zaintonowali pieśń, z której Terry nic nie rozumiał. Następnie Dalton odezwał się.

- A teraz najważniejsza część naszych obrzędów – rzekł poważnie – Ofiara dla naszych bóstw. Proszę o absolutną ciszę, bo tych, którzy się odezwą lub zrobią coś co zakłóci święte obrzędy mamy w zwyczaju również składać w ofierze.

Na twarzach towarzyszy Daltona malował się spokój i opanowanie jakby już nie raz grożono im w ten sposób. Dalton wziął jeden z chlebków, ułożył na stosie z gałązek i tak samo jak poprzedniego dnia, podpalił.

I wtedy wiele rzeczy potoczyło się błyskawicznie. Do sali wpadła umorusana błotem Huba. Terry poczuł nieopisaną ulgę na jej widok, bo już dawno jej nie widział i niepokoił się, że być może gdzieś się zagubiła. Teraz jednak ulgę zdławiło przerażenie, gdy Terry uświadomił sobie, co Huba chce zrobić.

Suka rzuciła się w kierunku płonącego chleba i wyłowiła go pyskiem z płomieni. Z wyraźną błogością zjadła zwęglone pieczywo. Następnie ruszyła w kierunku Daltona, który z przerażeniem odpędzał ją białą rękawiczką. Złapała ją zębami i rozerwała na kilka małych kawałeczków. Terry bał się odezwaźć, pamiętając o ostrzeżeniu Daltona, więc stał jak skamieniały. Tymczasem Dalton, przewrócony przez Hubę pozbierał się z podłogi i z furią w oczach rzucił się z nożem na stojącego najbliżej Richarda. Zanim zdążyło dojść do rękoczynów powietrze przeciął grad strzał. W sali pojawiło się kilkanaście dziewczyn z bronią w rękach.

- Kruki! – rozległo się wycie Daltona i walka rozpoczęła się na dobre.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.