Wojownicy i Złote Wzgórze

Rozdział XV

„Huba i bagna”

Jechali galopem nie zatrzymując się i nie oglądając za siebie. Pęd powietrza targał Terry’emu włosy. Wojownikowi zrobiło się niedobrze. Nie wiedział, czy to z szybkości, czy z poczucia winy. Zostawili ją, porzucili Jenny. Poczuł piasek pod powiekami.

- Jak mogliśmy? – pomyślał z rozpaczą.

Galopowali jednak dalej. Ani Liliana, ani Richard nie odzywali się. Być może oni też mieli podobne myśli. Zwolnili znacznie, gdy pałac Jennifer został daleko za nimi.

- Nie powinniśmy zwalniać – Liliana przerwała ciszę – Christhoper może być tuż za nami.

Na jej twarzy malowały się upór i determinacja. Terry nie wiedział co powiedział jej Christhoper, ale uznał, że to nie jest najlepszy moment na to. Przejechali przez las, wyjeżdżając na otwartą przestrzeń. Jechali przez kilka godzin bez przerwy. Zatrzymali się w zielonej dolince, aby napoić konie, a potem ruszyli dalej. Ich trójka, tak jak było na początku.

Jechali ścieżkami, które otoczone były drewnianymi tabliczkami, na których znajdowały się pobladłe napisy. Część jednak wciąż dało się odczytać.

Śmierć przybyszom! Wjeżdżasz na własne ryzyko! Zatrzymaj się póki możesz!

- Wjeżdżasz w gno? – odczytał z jednej zdziwiony Richard.

- Nie – jęknęła Liliana po czym krzyknęła – Uwaga! Wjechaliśmy w bagno!

Ona i Richard stali w miejscu, bo ich konie ugrzęzły. Terry ze zdumieniem zauważył, że jego koń chce iść na przód i już robi kolejny krok. Prędko go zatrzymał. Liliana krzyczała, a Richard szamotał się przeraźliwie.

Terry pilnował, aby koń nie ruszał się z miejsca. Jednocześnie wspiał sięna najwyższy punkt na jego grzbiecie i spróbował dosięgnąć ręką gałąź stojącego najbliżej drzewa.

- Nie ruszaj się – syknął do swojego konia i prosząc, aby ten wysłuchał polecenia uniósł się i przyklęknął na grzbiecie wierzchowca.

Usiadł z powrotem i machnął ręką w kierunku Liliany, która złapała konar i pociągnęła go mocno, wyciągając siebie i swojego mustanga z bagna. Trudniejsza sprawa była z Richardem. Jego koń ugrzązł bardzo głęboko. Wreszcie z pomocą księżniczki Terry’emu udało się pomóc Richardowi.

- Jedźmy dalej – zarządził Fioletowy Wojownik – Nie wytrzymam ani minuty dłużej w bagnie.

- Ty się nawet nie ubłociłeś – zauważyła Liliana – Tylko twój koń.

Zeskoczyła ze swojego wierzchowca i wyciągnęła z plecaka kawałek szmatki. Podeszła do koni i wytarła im kopyta, gdy już znaleźli się poza bagnem. Terry skierował wzrok na nią. Ich spojrzenia się spotkały. Znowu Terry przyłapał się na tym, że mimowolnie na nią patrzy. Kiedy Liliana wskoczyła na konia ruszyli ponownie. Jechali przez leśne ścieżki do wieczora. Gdy już zrobiło się bardzo ciemno, a na niebo wypełzły pierwsze gwiazdy zatrzymali się. Nie rozkładali namiotów. Usiadli po prostu na ziemi, a Richard rozpalił małe ognisko. Żar oraz ciepło bijące od ognia były uspokajające. Terry wpatrywał się w wesoło tańczące płomyki. Myślał o rodzicach, przyjaciołach, którzy zostali w pałacu, o Jenny, o niej w szczególności. Jego rozmyślania przerwał głos Richarda.

- Liliano, co powiedział ci Christhoper?

Terry usiadł prosto zainteresowany tym co odpowie księżniczka. Liliana wzięła oddech i odparła, cały czas patrząc z zamyśleniem w ogień.

- Chciał, żebym was zostawiła. Twierdził, że jeśli pójdę z nimi Król Ciemności daruje mi życie.

W powietrzu nie było słychać niczego prócz trzaskania iskierek z ogniska. Terry gwałtownie zaczerpnął powietrza. Richard też miał nieswoją minę.

- Więc czemu wciąż tu jesteś? – spytał w końcu Fioletowy Wojownik – Czemu z nim nie odeszłaś? Przecież wiemy, że ci się podoba.

Liliana spojrzała na niego jak na wariata, a Terry poczuł ukłucie złości.

- Jesteśmy drużyną, pamiętasz? – przypomniała mu Liliana – I nie, nie podobają mi się ludzie, dla których śmierć jest zabawą.

- Dobra, dobra – Richard mrugnął do niej, ale natychmiast spoważniał – Po prostu myślałem, że po tym jak się pokłóciliśmy nie będzie tak jak dawniej…

- Oszalałeś? – Liliana uśmiechnęła się – Dawniej też się kłóciliśmy.

Richard roześmiał się. Dobrze było ich widzieć, kiedy nie skakali sobie do oczu. Terry przyglądał im sięz radością do póki nie zobaczył jak się ściskają i zderzają głowami ze śmiechem. Poczuł ukłucie zazdrości, ale natychmiast o nim zapomniał, bo Liliana powiedziała:

- Pewnie martwisz się o Jenny – zwróciła się do Richarda, klepiąc go po ramieniu – My też – zapewniła go.

W brązowych oczach Fioletowego Wojownika pojawił się niepokój.

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że tam została. Nie po tym jak wredna była dla niej matka – westchnął.

- Jej matka nie żyje – wtrącił Terry – A ona została tam, aby pomóc nie jej, lecz siostrom. I choć uważała, że ich dworskie życie i ploteczki są głupie, to chyba je kochała, skoro została. Tak mi mówiła – dodał, widząc pytające spojrzenie księżniczki.

- Ciekawa jestem tylko, kogo przyśle, żeby dać nam znak, że przeżyła – zastanowił się Richard.

- Jeśli przyśle – zaznaczyła złowrogo Liliana.

- Znowu zaczynasz?!

- Tak – Liliana trąciła go w ramię, nie przestając się uśmiechać – Przyśle na pewno.

- Ja trzymam wartę pierwszy – powiedział Richard uspokojony słowami księżniczki.

Terry położył się spać na ziemi, przykrywając się kurtką. Chłód owiał go, więc przysunął się bliżej ognia. Kiedy zasnął przyśnił mu się koszmar.

Christhoper, Morena i Lord Brander przedzierali się przez jedną z leśnych ścieżek. Jechali konno. Morena zbliżyła się do jadącego daleko na przodzie Christhopera.

- Dalej się gniewasz, co? – powiedziała, odrzucając do tyłu długie, czarne włosy – To bardzo dobrze, gniew pomaga osiągać wielkie rzeczy.Ale nieuzasadniony… Mogę chociaż wiedzieć o co?

- Dobrze wiesz o co – odburknął Christhoper – Dlaczego zabiłaś tą elfkę? Obiecaliśmy jej negocjacje pokojowe, a ty poprostu ją zastrzeliłaś.

- Ciesz się, że tylko zastrzeliłam. Mogłam zrobić dużo gorsze rzeczy. I zaoszczędziłam nam kłopotów w wypłacaniu jej pieniędzy – odparowała.

- Ale Terry Moon znów nam uciekł – zauważył Christhoper – A ty postąpiłaś jak zwykły morderca… jak… jak… Król Ciemności.

- To dla mnie pochlebstwo – odparła chłodno Morena – A i ty mógłbyś być czasem bardziej jak on.

Christhoper potrząsnął głową, a jego blond włosy rozburzyły się na wszystkie strony.

- TERRY! TERRY! – ktoś nim potrząsał.

Terry otworzył oczy. Richard próbował go obudzić.

- Co? Co? – wymamrotał na wpół przytomny.

- Zobacz! – krzyknął Richard, potrząsając nim.

Na polanie obok wielkiego, zarośniętego hubą drzewa stał dosyć duży pies. Był czarny w białe łaty, a jego duże brązowe oczy patrzyły mądrze na Terry’ego. Powąchał czubkiem nosa hubę na drzewie i kichnął. Terry podszedł bliżej niego. Kiedy się zbliżył pies zaczął merdać ogonem. Terry zauważył, że na szyi ma czerwoną obrożę z dużą, okrągłą, srebrną zawieszką. Z zawieszki wystawał kawałek pergaminu. Terry podszedł do psa i ściągnął jej obrożę. Z początku zaszczekała dwa razy, ale potem zaczęła merdać puszystym ogonem. Terry rozpiął zawieszkę i wydobył z niej pergamin.

Terry! Richardzie! Liliano!

Bitwa skończyła się pomyślnie. Wygoniłyśmy gobliny z naszego terytorium. Po ich klęsce Christhoperowi, Morenie i Lordowi Branderowi udało się uciec. U mnie w porządku. Matka nie żyje, a Honorata przygotowuje się do objęcia władzy. Rozważałam udanie się za wami w podróż, ale uznałam, że tu będę bardziej potrzebna. Razem z siostrami przygotowujemy armię elfów i innych, aby kiedy Król Ciemności rozpocznie wojnę móc się bronić. Jak pewnie pamiętacie to miało być moje zadanie po wyprawie do Nawiedzonego Lasu. Zrealizuję je dopiero teraz. Mam nadzieję, że u was wszystko dobrze i że list do was dotarł, dzięki najszybszej z elfickich psów.

Jenny

Ps. Weźcie suczkę ze sobą.

Terry prześledził wzrokiem list jeszcze raz, a potem spojrzał na suczkę radośnie ocierającą się o pień drzewa porośniętego hubą.

- Huba – nazwał ją.

I tak o to pozyskał nowego członka wyprawy i wierną przyjaciółkę, Hubę.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.